Najstarszy obecnie członek siemiatyckiej orkiestry dętej OSP - Henryk Sobecki, który ma 73 lata - wstępował do orkiestry w 1965 r. Grał na perkusji, werblu albo bębenku. Przygodę z muzyką i orkiestrą wspomina jak spełnienie swoich marzeń. Nadal nie rozstaje się z werblem i bębenkiem.
Z panem Henrykiem rozmawiamy o jego muzycznej pasji oraz występach w siemiatyckiej orkiestrze. - Nie pochodzi pan z Siemiatycz. Gdzie stawiał pan swoje pierwsze muzyczne kroki? - W Starogardzie Gdańskim. Stamtąd pochodzę. Po raz pierwszy tak na serio to zacząłem z kolegami grać w restauracji "Ratuszowa" w Starogardzie. Oczywiście były też inne koncerty i występy. Zleciało mi tam przy perkusji dziesięć lat z przerwą na służbę wojskową. - Po powrocie z wojska wrócił pan od razu do grania? - Grałem też w wojsku. Tak się złożyło, że trafiłem do wojska do Białegostoku, a tam była orkiestra wojskowa. Tak więc przez cały czas pobytu w wojsku nie wykonywałem komend "padnij - powstań", tylko byłem etatowym muzykiem - tak zwanym doboszem. - Gdzie graliście? - Etatowi muzycy każdego dnia przeważnie do południa mieli próby, a po południu gdzieś koncertowali. Jednak najważniejsze występy mieliśmy w niedziele. To były wyjazdy w różne strony Polski, jak również występy estradowe w Białymstoku, często na Plantach. To były lata 50-te. - Kiedy zaczęła się przygoda z siemiatycką orkiestrą dętą OSP? - Po powrocie z wojska wróciłem jeszcze na jakiś czas do Starogardu Gdańskiego. Chałturzyliśmy z kolegami na weselach i imprezach okolicznościowych. Po jakimś czasie żona powiedziała "Jedziemy w moje strony". No i pojechaliśmy. Dziś pamiętam, jak pociągiem wiozłem swoją perkusję. To był rok 1965. Od tamtej pory zaczęła się moja przygoda z siemiatycką orkiestrą. - Kiedy pan do niej trafił? - Już drugiego dnia, kiedy przyjechaliśmy z żoną do Siemiatycz, dowiedziałem się, że jest tutaj orkiestra strażacka. Wtedy kapelmistrzem był Fredek Zarzecki. Od razu mnie przyjął. - Jaka była orkiestra za kapelmistrza Zarzyckiego? - Była chyba najlepsza w historii. Grania było dużo, muzykujących było dużo i chęci do grania też było dużo. Jeździliśmy po województwie i po Polsce. Wtedy była większa moda na orkiestry dęte. Orkiestry uświetniały prawie wszystkie uroczystości. Jeździliśmy też na przeglądy. - Były jakieś sukcesy? - Pamiętam, że na przeglądzie orkiestr dętych w Olecku w latach 60-tych zajęliśmy pierwsze miejsce. Dużo było tych przeglądów i występów - nie jestem w stanie przypomnieć sobie tych innych, na których zajęliśmy inne miejsca. Było też sporo wyjazdów zagranicznych, kiedy grałem gościnnie w orkiestrze strażackiej z Sokołowa Podlaskiego i z Bielska Podlaskiego. Na przykład pojechaliśmy do Niemiec i na 50 orkiestr z całej Europy zajęliśmy ósme miejsce. Pamiętam, że wtedy jury dało naszej orkiestrze dodatkowe punkty za mój występ. - Czy jakiś występ zapamiętał pan najbardziej? - Tak. W Watykanie na audiencji u naszego papieża. Zagraliśmy mu "Góralu, czy ci nie żal...". Ojciec Święty wzruszył się do tego stopnia, że zapłakał. - A których jeszcze kapelmistrzów zapamiętał pan najbardziej? - Dosyć długo kapelmistrzem był Henryk Adamiec z Białegostoku, poza tym Józef Denys z Bielska Podlaskiego. Wtedy orkiestry były chyba najbardziej prężne. - Czy utrzymuje pan kontakt z ludźmi z orkiestry z tamtych czasów? - Z tym jest problem, bo niestety większość z nich już nie żyje. Z tych najstarszych żyją tylko Kazio Jodłowski i Błaszczuk. Oni już grali w orkiestrze, kiedy ja zaczynałem. To byli muzykanci przedwojenni - wszyscy samoucy. Kto jeszcze? Ryszczuk, Kochański, Stanisław Kopiec, Paweł i Grzegorz Szyszko, Kociołkowski. - Jakie są różnice między dawną orkiestrą OSP, a dzisiejszą? - Podwaliny tamtej stanowili przedwojenni muzykanci, którzy oprócz muzyki nie mieli innych zainteresowań. Większość z nich była rolnikami, więc jak po południu, czy wieczorem, taki człowiek zostawił już pług w domu, to nie miał co robić i szedł na próbę. Dziś z tym jest inaczej - młodzież ma inne zainteresowania, a jak wśród nich jest też muzyka, to na nią poświęca dużo mniej czasu niż my kilkadziesiąt lat temu. - Grając w siemiatyckiej orkiestrze był pan też strażakiem ochotnikiem. - Przez długie lata, bo wtedy nie było jeszcze straży zawodowej. Biegłem i wjeżdżałem na tak zwaną syrenę. Największy pożar, który pamiętam, to jak w latach 70-tych jednocześnie paliło się w Milejczycach, Turnie i Boratyńcu Ruskim. Mnie rzucili do Boratyńca, a jechaliśmy do tego pożaru prosto z defilady, która miała być w Dziadkowicach. - Co pan robi teraz? - Mimo sędziwego wieku nadal gram w kapelach na bębenku na różnych festynach. Nadal też społecznie, wraz z Wiesławem Koszelem, staramy się uczyć grać młodzież w orkiestrze strażackiej. - Jest pan samoukiem? - W zasadzie tak, ale kiedyś musiałem zdawać egzaminy, m.in. w Filharmonii Bałtyckiej, bo inaczej nie mógłbym etatowo grać w klubach i restauracjach. - Przez te lata należał pan jednocześnie do wielu innych zespołów muzycznych. - Jak osiedliłem się w Siemiatyczach, to zgłosiły się po mnie "Dudki" z Ciechanowca. Jak już mówiłem, grałem też w orkiestrze w Sokołowie Podlaskim i Bielsku Podlaskim i w paru ludowych, powiedzmy weselnych, kapelach. - Dochował się pan swego następcy. - Zgadza się. Syn Bogdan to dobry perkusista. Moja nauka nie poszła więc w las. - Dziękuję za rozmowę.
Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze