Reklama

Najstarszy w orkiestrze

22/09/2008 17:47
Najstarszy obecnie członek siemiatyckiej orkiestry dętej OSP - Henryk Sobecki, który ma 73 lata - wstępował do orkiestry w 1965 r. Grał na perkusji, werblu albo bębenku. Przygodę z muzyką i orkiestrą wspomina jak spełnienie swoich marzeń. Nadal nie rozstaje się z werblem i bębenkiem.

          Z panem Henrykiem rozmawiamy o jego muzycznej pasji oraz występach w siemiatyckiej orkiestrze.
          - Nie pochodzi pan z Siemiatycz. Gdzie stawiał pan swoje pierwsze muzyczne kroki?
          - W Starogardzie Gdańskim. Stamtąd pochodzę. Po raz pierwszy tak na serio to zacząłem z kolegami grać w restauracji "Ratuszowa" w Starogardzie. Oczywiście były też inne koncerty i występy. Zleciało mi tam przy perkusji dziesięć lat z przerwą na służbę wojskową.
          - Po powrocie z wojska wrócił pan od razu do grania?
          - Grałem też w wojsku. Tak się złożyło, że trafiłem do wojska do Białegostoku, a tam była orkiestra wojskowa. Tak więc przez cały czas pobytu w wojsku nie wykonywałem komend "padnij - powstań", tylko byłem etatowym muzykiem - tak zwanym doboszem.
          - Gdzie graliście?
          - Etatowi muzycy każdego dnia przeważnie do południa mieli próby, a po południu gdzieś koncertowali. Jednak najważniejsze występy mieliśmy w niedziele. To były wyjazdy w różne strony Polski, jak również występy estradowe w Białymstoku, często na Plantach. To były lata 50-te.
          - Kiedy zaczęła się przygoda z siemiatycką orkiestrą dętą OSP?
          - Po powrocie z wojska wróciłem jeszcze na jakiś czas do Starogardu Gdańskiego. Chałturzyliśmy z kolegami na weselach i imprezach okolicznościowych. Po jakimś czasie żona powiedziała "Jedziemy w moje strony". No i pojechaliśmy. Dziś pamiętam, jak pociągiem wiozłem swoją perkusję. To był rok 1965. Od tamtej pory zaczęła się moja przygoda z siemiatycką orkiestrą.
          - Kiedy pan do niej trafił?
          - Już drugiego dnia, kiedy przyjechaliśmy z żoną do Siemiatycz, dowiedziałem się, że jest tutaj orkiestra strażacka. Wtedy kapelmistrzem był Fredek Zarzecki. Od razu mnie przyjął.
          - Jaka była orkiestra za kapelmistrza Zarzyckiego?
          - Była chyba najlepsza w historii. Grania było dużo, muzykujących było dużo i chęci do grania też było dużo. Jeździliśmy po województwie i po Polsce. Wtedy była większa moda na orkiestry dęte. Orkiestry uświetniały prawie wszystkie uroczystości. Jeździliśmy też na przeglądy.
          - Były jakieś sukcesy?
          - Pamiętam, że na przeglądzie orkiestr dętych w Olecku w latach 60-tych zajęliśmy pierwsze miejsce. Dużo było tych przeglądów i występów - nie jestem w stanie przypomnieć sobie tych innych, na których zajęliśmy inne miejsca. Było też sporo wyjazdów zagranicznych, kiedy grałem gościnnie w orkiestrze strażackiej z Sokołowa Podlaskiego i z Bielska Podlaskiego. Na przykład pojechaliśmy do Niemiec i na 50 orkiestr z całej Europy zajęliśmy ósme miejsce. Pamiętam, że wtedy jury dało naszej orkiestrze dodatkowe punkty za mój występ.
          - Czy jakiś występ zapamiętał pan najbardziej?
          - Tak. W Watykanie na audiencji u naszego papieża. Zagraliśmy mu "Góralu, czy ci nie żal...". Ojciec Święty wzruszył się do tego stopnia, że zapłakał.
          - A których jeszcze kapelmistrzów zapamiętał pan najbardziej?
          - Dosyć długo kapelmistrzem był Henryk Adamiec z Białegostoku, poza tym Józef Denys z Bielska Podlaskiego. Wtedy orkiestry były chyba najbardziej prężne.
          - Czy utrzymuje pan kontakt z ludźmi z orkiestry z tamtych czasów?
          - Z tym jest problem, bo niestety większość z nich już nie żyje. Z tych najstarszych żyją tylko Kazio Jodłowski i Błaszczuk. Oni już grali w orkiestrze, kiedy ja zaczynałem. To byli muzykanci przedwojenni - wszyscy samoucy. Kto jeszcze? Ryszczuk, Kochański, Stanisław Kopiec, Paweł i Grzegorz Szyszko, Kociołkowski.
          - Jakie są różnice między dawną orkiestrą OSP, a dzisiejszą?
          - Podwaliny tamtej stanowili przedwojenni muzykanci, którzy oprócz muzyki nie mieli innych zainteresowań. Większość z nich była rolnikami, więc jak po południu, czy wieczorem, taki człowiek zostawił już pług w domu, to nie miał co robić i szedł na próbę. Dziś z tym jest inaczej - młodzież ma inne zainteresowania, a jak wśród nich jest też muzyka, to na nią poświęca dużo mniej czasu niż my kilkadziesiąt lat temu.
          - Grając w siemiatyckiej orkiestrze był pan też strażakiem ochotnikiem.
          - Przez długie lata, bo wtedy nie było jeszcze straży zawodowej. Biegłem i wjeżdżałem na tak zwaną syrenę. Największy pożar, który pamiętam, to jak w latach 70-tych jednocześnie paliło się w Milejczycach, Turnie i Boratyńcu Ruskim. Mnie rzucili do Boratyńca, a jechaliśmy do tego pożaru prosto z defilady, która miała być w Dziadkowicach.
          - Co pan robi teraz?
          - Mimo sędziwego wieku nadal gram w kapelach na bębenku na różnych festynach. Nadal też społecznie, wraz z Wiesławem Koszelem, staramy się uczyć grać młodzież w orkiestrze strażackiej.
          - Jest pan samoukiem?
          - W zasadzie tak, ale kiedyś musiałem zdawać egzaminy, m.in. w Filharmonii Bałtyckiej, bo inaczej nie mógłbym etatowo grać w klubach i restauracjach.
          - Przez te lata należał pan jednocześnie do wielu innych zespołów muzycznych.
          - Jak osiedliłem się w Siemiatyczach, to zgłosiły się po mnie "Dudki" z Ciechanowca. Jak już mówiłem, grałem też w orkiestrze w Sokołowie Podlaskim i Bielsku Podlaskim i w paru ludowych, powiedzmy weselnych, kapelach.
          - Dochował się pan swego następcy.
          - Zgadza się. Syn Bogdan to dobry perkusista. Moja nauka nie poszła więc w las.
          - Dziękuję za rozmowę.

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama