Daniel Mudel z Moszczony Pańskiej w ciągu ośmiu lat wyremontował unikalny samochód osobowy produkcji radzieckiej, ZIS-110, który jest najstarszym jeżdżącym samochodem na terenie powiatu siemiatyckiego i jednym z dwóch takich egzemplarzy w Polsce.
- Jak auto znalazło się w twoim posiadaniu? - Razem z kolegą Radkiem Błaszczykiem szukaliśmy fajnego samochodu, by móc jeździć do dziewczyn – szukaliśmy raczej „Warszawy” garbatej. Jednak nie mogliśmy jej znaleźć. Przypadkowo dowiedziałem się, że w Maćkowiczach stoi jakieś stare auto. Pojechałem obejrzeć. - Pierwsze wrażenie po zobaczeniu ZIS-a? - Jak go zobaczyłem wiedziałem, że ten samochód chcę zrobić czy jak to teraz mogę nazwać - odrestaurować. Już wtedy wiedziałem, że każdy inny samochód nie wzbudzi mego zainteresowania. Choć ZIS był w opłakanym stanie. Rama była zdjęta i 24-25 lat stała na dworze, praktycznie nie było czego brać – nic się kupy nie trzymało. W trakcie przewożenia auta ZIS pękł na dwie części – wszystko było zardzewiałe. - Krótko mówiąc kupiłeś złom, który wymagał kapitalnego remontu. - Robiłem to pierwszy raz – dziś z perspektywy czasu wiem, że niektóre rzeczy zrobiłbym inaczej i lepiej. Najgorszą rzeczą było to, że nie spotkałem ludzi, którzy mają wiedzę w tym temacie i chcieliby się nią podzielić i podpowiedzieć. Ja jestem z zawodu stolarzem, więc niewiele miałem do czynienia np. ze ślusarstwem. Musiałem jeździć i szukać – wiele razy byłem na targach motoryzacji w Poznaniu, by dowiedzieć się np. o chromowaniu części auta. Z tym był problem, gdyż chromować można tylko części metalowe, a w ZIS-ie wielu elementów brakowało – części te dorabiałem z żywicy. Z silnikiem nie było większych problemów, gdyż takie same silniki były produkowane do aut ciężarowych – więc zawsze coś tam się znalazło. Tapicerkę robiłem też sam. Obecnie szukam felg i opon. Z felgami mam właśnie problem, gdyż nigdzie nie mogę ich znaleźć, nie pasuje też nic zastępczego. Z ruskich aut typu WAZ, UAZ, GAZ także nic nie pasuje. Próbuję szukać wśród starych aut amerykańskich, bo ZIS był zrobiony na wzór amerykańskiego Packarda. Opony można dostać, ale już bez oryginalnego białego paska, który można dostać oddzielenie. Remont ZIS-a zajął mi 8 lat. - Ktoś pomagał Ci w remoncie? - W sumie tylko ojciec wierzył w to, że uda się ZIS-em wyjechać na drogę. Jeszcze Mirek Sycewicz z sąsiedniej miejscowości dużo takiej słownej otuchy dodawał, większość ludzi jednak zniechęcała mnie do remontu. Znajomi i ludzie z mojej wsi to mówili tylko „dobry kurnik z tego auta będzie” itp. Tak na marginesie - dużo zakładów było, że nie uda się. Ile ja flaszek wygrałem, to się w głowie nie mieści... Przyjechał też do mnie, tak sam z siebie, Maciek Pietraszko, który ma zabytkową „Warszawę”. Dowiedział o ZIS-ie i o tym, że go remontuję. Wiele mi pomógł. - Czy znasz historię tego ZIS-a? Jak znalazł się w Maćkowiczach? - Auto wyjechało z garaży rządowych i kupił go mechanik, który potem zamienił się z drugim warszawiakiem, który oddał mu jaguara, a wziął ZIS-a. Potem ten warszawiak, zresztą powstaniec warszawski, sprzedał go do Gdańska i z nad morza trafił do Maćkowicz. - Dane techniczne auta? - Auto jest duże, ma 6 litrów pojemności, 8 cylindrów w V ustawione, 140 koni, 4 biegi. Zostało wyprodukowane w 1946 roku. Jeśli chodzi o nowinki techniczne, to ten model ma hydraulicznie opuszczane szyby, były też montowane podgrzewane siedzenia i klimatyzacja. ZIS to limuzyna, zarówno jeśli chodzi o wyposażenie, jak i długość: 6 metrów i kilka centymetrów. Ma 7 miejsc – z przodu kanapa na 2 osoby, z tyłu kanapa na 3 osoby oraz 2 rozkładane siedzenia dla ochroniarzy. - Jak zachowuje się na drodze? - W czasie jednego z pierwszych wyjazdów urwała mi się linka od licznika i nie bardzo mogłem sprawdzić, ile pali i jak się rozpędza. W tej chwili jeżdżę już na sprawnym liczniku. ZIS pali 27-30 litrów na 100 km. Jeśli chodzi o prędkość, to do 120 km auto jest w stanie się rozpędzić. Przejechałem ZIS-em około 400 km. Wielkich tras nim nie robiłem – najdalej byłem w Drohiczynie i często w Siemiatyczach. - Cóż w tym aucie jest niezwykłego? - To legendarny flagowy samochód radziecki, używany przez przywódców innych krajów socjalistycznych. Są tylko dwa takie auta w kraju, mój i drugi w Muzeum Motoryzacji i Techniki w Otrębusach pod Warszawą. Źródła podają różnie - jedne mówią, że wyprodukowano tych aut tylko 7 sztuk, ale raczej są to błędne dane. Wiarygodniejsze są te mówiące o 254 egzemplarzach ZIS-110, które opuściły fabrykę „Zawod Imieni Stalina”. W naszym kraju tym autem jeździł Aleksander Zawadzki – generał i komunista, przewodniczący Rady Państwa PRL. - Jak wygląda procedura rejestracji zabytkowych aut? - By zarejestrować auto, musi mieć ono odpowiedni wiek, oraz 80 procent części oryginalnych. ZIS nie był zarejestrowany – musiał więc wycenić go rzeczoznawca. Wojewódzki Konserwator Zabytków musiał wydać też zaświadczenie o tym, że auto jest zabytkiem. Musiałem oczywiście zrobić przegląd pojazdu. Z racji, że jest to auto zabytkowe, to mam takie korzyści, że po jednym przeglądzie auto jest zwolnione z corocznych przeglądów pojazdu. Ubezpieczenie OC jest takie samo jak w normalnych samochodach z tym, że zabytkowe auta mają prawo do wykupu OC na czas określony np. tylko na miesiąc – nie trzeba zachowywać ciągłości. - Jakie więc są reakcje ludzi na takie auto? - Ludzie w różnym wieku podchodzą i oglądają, zadają pytania. Zainteresowanie jest duże, a dla mnie to duża frajda, że ludzie doceniają, i że podoba się im ZIS. W końcu spędziłem przy nim 8 lat. Z kupy złomu stał się na nowo oryginalną limuzyną. Jest naprawdę fajnie. - Czy masz jakieś plany na przyszłość związane z ZIS-em? - Jest duże zainteresowanie związane z tym, by ZIS służył jako limuzyna na wesela. W sumie nie ma problemu – ale tu trzeba się dogadywać indywidualnie. Wolałbym jednak, by ZIS wystąpił w jakimś filmie lub reklamie. Mam nadzieję, że się uda. - Dziękuję za rozmowę i życzę, by udało się wjechać ZIS-em na plan filmowy. A tak przy okazji, jeśli widzimy ZIS-a na ulicach Siemiatycz – trochę szacunku dla szacownego auta. Nie pchać i ustępować miejsce na parkingu - wszak starsi mają pierwszeństwo. Marcin Korniluk, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. MK
Komentarze