Pani Jadwiga Wysocka, ponad osiemdziesięcioletnia mieszkanka Bielska Podlaskiego, jeszcze teraz z przejęciem i niezwykłą dokładnością opowiada zdarzenia, które miały miejsce nieopodal kolonii zaliczanej w 1955 r. do wsi Holonki.
- Mieszkałam wtedy na kolonii koło Holonek i chodziłam do domu w lesie odległego o kilometr, aby pilnować dziecka swojej siostry. Miałam wtedy piętnaście lat. W domu tym mieszkała jeszcze druga moja siostra. Obie były zamężne. Dom należał przedtem do ojca ich mężów. Miał on trzech synów. Trzeci syn z żoną też mieszkał w tym domu, który był przedzielony ścianami na trzy mieszkalne izby. Straszyć zaczęło w 1955 r. po śmierci podstarzałego już właściciela. Jego owdowiała żona żyła jeszcze długo po nim – wspomina pani Jadwiga.
Straszenie to polegało na przemieszczaniu się przedmiotów z jednego pomieszczenia do drugiego, nawet przez ścianę. Siostry komunikowały się głosowo, gdy następowały te zjawiska. Coś znikało w jednej izbie, a pojawiało się w drugiej.
- Bywało też tak, że buty same chodziły po mieszkaniu, młotek wzlatywał w powietrze i uderzał samoczynnie w ścianę. Hałas i huk był tak ogromny, że wydawało się, iż chałupa się zawali. Wydarzały się takie rzeczy, ale nic złego się nie działo – opowiada pani Jadwiga – czasem było wyjątkowo strasznie, np. raz było, że ręka z mankietem na nadgarstku przeniknęła przez szybę okna i było słychać cienkie gwizdanie. Po tych wszystkich przejściach przyzwyczaiłam się już do tego, bo widziałam, że nic złego się nie dzieje, ale obawy ciągle miałam, że coś może się stać. Pilnowanemu dziecku tłumaczyłam, że to szczury robią hałas i przenoszą rzeczy.
Nie koniec jednak było na tym, dziwne rzeczy działy się też na polach nieopodal domu i w lesie. Pewnego razu, gdy wiadomo było, że nie ma już gajowego w lesie, jest po służbie, to zajechały furmanki by „pozyskać trochę drewna”. Była noc, gdy chłopi ścięli trochę drzew i wrócili na miejsce, to okazało się, że furmanki przepadły, a odnaleziono je na wysokich stogach z sianem. Były też częste wypadki przemieszczania podczas żniw postawionych snopów zboża. Podczas wykopywania ziemniaków motyczki same się unosiły i uderzały w ludzi, ale nie działo się nic oprócz mrowienia ciała. Można by pomyśleć, że to wszystko wymysł garstki ludzi albo po wódce, albo po narkotykach. Wszystkim zaczęła się jednak interesować milicja.
- Proszę pana, przyjechał milicjant z Dołubowa, usiadł na krześle w mieszkaniu i mówi: „No to pokażcie gdzie są te duchy”. Jak nie wykręciło nim na tym krześle z dziesięć razy, jak on się nie zerwał - nawet zapomniał swojej czapki – wsiadł w te pędy na motor i odjechał. Później wielokrotnie przyjeżdżała milicja, zasadzała się w mieszkaniu i nie mogła się nadziwować temu co się działo. Zawsze jednak milicjanci wyjmowali kule z magazynków, bo mówili, że zmarły gospodarz był myśliwym i karabiny mogłyby same zacząć strzelać. Takie to rzeczy się działy. A pewnego razu milicjanci nie mogli wyjść z mieszkania, bo zniknęła klamka – opowiada z humorem pani Jadwiga.
Doszło do tego, że mieszkańcy samych Holonek zaczęli rano lub wieczorem zaglądać na sławne podwórko koło domu w lesie, bo można było zawsze zobaczyć tam coś niezwykłego, a to po zagnaniu krów na wypas, czy wracając z lasu lub z krowami po wypasie. Wśród okolicznych mieszkańców i w samym siedlisku nawiedzanym przez ducha zmarłego krążyło kilka koncepcji tłumaczących te zdarzenia.
- Proszę pana, z początku uważano, że dzieje się tak, ponieważ jeden z synów zmarłego żyje z ukochaną bez ślubu. Ale i po ślubie działy się nadal te rzeczy. Przez kilka dni siedziała zamknięta w komisariacie jedna z moich sióstr, bo podejrzewano, że dzieje się to za jej przyczyną. Dochodzenie jednak nic nie wykazało. Dalej działy się niezwykłe rzeczy. Chciano też uspokoić ducha zmarłego, by odszedł do świata umarłych i nie błąkał się po ziemi. Krewna zmarłego, będąca zakonnicą zamówiła trzydzieści mszy w okolicznych kościołach o tej samej godzinie, właśnie w tej intencji. Stało się na odwrót, bo właśnie o tej godzinie nasiliło się występowanie wszystkich niezwykłych zdarzeń. Chodziły też słuchy, że zmarły w ten sposób mścił się na niezadowolonych z podziału przez niego majątku. Były też plotki, że miał kochankę w sąsiedniej wsi i mścił się po śmierci na żonie, że była przeszkodą w ich związku. Najbardziej niesamowita była jednak plotka, że lubił on strzelać jako myśliwy do hostii, uważając, że to przynosi szczęście. Nikt jednak tego nie widział. Mogła to być kara wymierzona z kolei dla niego, by błąkał się bezdomny po świecie. Osobiście nie wiem dlaczego to wszystko miało miejsce, po roku wszystkie te zdarzenia ustały – dopowiada pani Jadwiga.
Pani Jadwiga Wysocka przed rozmową o tych wszystkich wypadkach miała telefony odradzające jej ujawnianie tych zdarzeń sprzed sześćdziesięciu sześciu lat. Mając jednak świadomość, że jest najprawdopodobniej jednym z ostatnich świadków tych zdarzeń postanowiła tę historię opowiedzieć.
Andrzej Salnikow, fot. AS
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze