- W mieście mówi się, że związki zawodowe szaleją w Oerlemansie, a my chcemy, by społeczeństwo wiedziało, jak traktowani są pracownicy w największym zakładzie w Siemiatyczach – mówi Teresa Grzeszczuk, przewodnicząca związku. Tego samego zdania są członkowie komisji zakładowej.
Związkowcy związków zawodowych i Solidarności, istniejących w Oerlemansie, stanowiący ok. 10 procent załogi, twierdzą, że są szykanowani: - Problem zaczął się w październiku od tego, że prezes Oerlemansa wynalazł nowa firmę ubezpieczeniową, niemiecką i wbrew woli pracowników chciał ich ubezpieczyć w tej firmie. Wszyscy prawie jednogłośnie nie wyrazili na to zgody. W ofercie były świadczenia dla załogi, ale również przeloty samolotem, rejs statkiem, czyli rzeczy niepotrzebne pracownikom. Naszej załogi to nie dotyczy. My chcieliśmy ubezpieczenie z tytułu urodzenia, zgonu, wypadku. Zrobiliśmy referendum. Wśród czterech firm pracownicy wybrali PZU, w którym byliśmy do tej pory ubezpieczeni. Prezes jednak wypowiedział umowę PZU i skończyło się to tym, że teraz ubezpieczenia prowadzi związek Solidarność. Nasilenie konfliktu nastąpiło, gdy w marcu wystąpiliśmy do prezesa o podwyżkę dla pracowników. W tej chwili pracujemy średnio za 6 zł na godzinę brutto. Sugestia nasza była taka, by podwyżkę zrobić legalnie, nie tak jak w zeszłym roku, kiedy prezes obiecał na spotkaniu z pracownikami 7 procent podwyżki dla wszystkich. Pracownicy dostali jednak od 4 do 7 procent, większość dostało poniżej 7, ale też byli i tacy co dostali 2 procent. Kilku pracowników w ogóle nie otrzymało podwyżki. Teoretycznie miało to wyglądać tak, że kierownicy poszczególnych działów ustalali te podwyżki, znając pracę swoich pracowników. Kierownicy ustalili, a prezes zrobił i tak po swojemu. Teraz twardo powiedzieliśmy, że robimy legalne podwyżki. Wystąpiliśmy z wnioskiem, żeby każdy pracownik coś tam otrzymał, a co prezes uważa, może uznaniowo przydzielić. Chcieliśmy, by każdy dostał jakieś pieniądze. Więc prezes od razu powiedział, że będą ostre konsekwencje naszej decyzji.
I konsekwencje się zaczęły, chociaż, jak twierdzą nasze rozmówczynie, źle działo się już od dłuższego czasu:
- Nie dogadujemy się z prezesem. Praktycznie nie padła żadna konkretna propozycja z jego strony. Cały czas jest wersja 7 – 10 procent podwyżki w formie premii. Od tego zaczęło się szykanowanie nas i związkowców z drugiego związku. Wcześniej dało się zauważyć pojedyncze przypadki szykanowania. Polegały one na tym, że jeśli wypiszesz się ze związku, dostajesz większą podwyżkę. Osoby, które nie należą do związków dostawały więcej pieniędzy. W dziale np. dostajemy po 60 - 55 zł premii, a teraz w ubiegłym miesiącu związkowcy dostali 10 zł brutto premii, za trzyzmianową pracę. W tym miesięcu 20 zł premii. Jedyną winą pracownika jest to, że należy do związku. - Kiedy część związkowców nie otrzymała premii, złożyliśmy skargę do Państwowej Inspekcji Pracy, że są łamane prawa pracowników. W wyniku kontroli, która trwała 2 miesiące, PIP potwierdziła naszą skargę i złożyła zażalenie do prokuratury, że w Oerlemansie złamano art. 35 ustawy o związkach zawodowych, że są łamane prawa pracownicze. A w naszym zakładzie pracownicy są wzywani „na dywanik” i dotąd „urabiani” i straszeni, dokąd nie zrezygnują z członkostwa w związkach. Pracownicy, członkowie związków uczciwie mówią, że mają rodzinę na utrzymaniu, że nie mogą sobie na to pozwolić, by im zabierano premię. Potwierdzają, że kiedy wypiszą się ze związku, otrzymują wysoką premię. Inny przykład. W czasie trwania tego konfliktu trzy osoby wstąpiły do związku. Po 2 tygodniach te osoby dostały „angaż” na mrożonkowego, zostały można powiedzieć zdegradowane do najniższego stanowiska. Zachodzi podejrzenie, że pracodawca celowo dąży do tego, by związki straciły związkowców, przestały mieć osobowość prawną do reprezentowania załogi. Bo jeśli nie będzie związków, nikt nie będzie informował, jaki jest budżet zakładu, nikt nie będzie socjalnego dzielił. A tak wiemy, że zakład osiągnął 50 procent zysku i jest z czego dawać te podwyżki. Poza tym 90 procent pracowników, to „stara” załoga byłego Horteksu. Na słowo „Hortex” prezes wysypki dostaje. Twierdzi, że jesteśmy do niczego. Zapowiedział nam, że Chińczyków zatrudni na nasze miejsce. - Związkowcy, którzy w czasach stanu wojennego tworzyli w tym zakładzie Solidarność zrezygnowali, to znaczy, że nie jest dobrze w zakładzie, że coś złego się dzieje, skoro trzon związku odchodzi. Jak przejmowali zakład po Horteksie, nie upominaliśmy się o podwyżki, rozumieliśmy, że trzeba ratować nasze miejsce pracy. A w 1999 roku miałam stawkę godzinową 9,05 zł, teraz 7,70 zł.
W Oerlemansie trwa spór zbiorowy: - We wtorek 5 czerwca mieliśmy mediatora z listy krajowej (Ministerstwa Pracy). Odbyło się spotkanie mediacyjne, jaki będzie finał – nie wiadomo, jesteśmy w trakcie..
Anna Kondraciuk, tygodnik Głos Siemiatycz (Nazwiska rozmówców do wiadomości redakcji)
Komentarze