"Chyba na zachodzie słońce wschodzić będzie, wtedy na mój tron nowy król zasiędzie. A wy, mili żołnierze, bierzcie broń w ręce, na konie siadajcie, do Betlejem szybko pospieszajcie i wszystkie dziatki wnet wycinajcie”. - tradycja Herodów na Podlasiu
Pan Józef Szepietowski, 85-letni mieszkaniec Wierzchucy, gm. Drohiczyn, to - jak mówią ludzie z tej wsi - żywa legenda. Już tylko kilka osób żyje z grupy, której on przewodniczył i która przez lata tworzyła i prezentowała bożonarodzeniowe przedstawienia zwane Herodami. Tradycja ta zanikła kilkanaście lat temu. Dziś pan Józef z nostalgią wspomina tamte czasy. Mówi, że jeszcze z Herodami chętnie by pochodził, ale ludzi do tego brakuje.
Król, Anioł, Żyd, Żołnierze...
Wspomina lata trzydzieste:
- Pamiętam, że miałem wtedy 14 lat. Ten zwyczaj istniał w naszych stronach od dawna. Ludzie dużo wcześniej co roku chodzili z tym przedstawieniem - młodzi, starsi, nawet dziadkowie. Moje role początkowo sprowadzały się do statystowania, ale pamiętam, że w wieku kilkunastu lat co roku chodziłem w Herodach z konikiem. Do Herodów wziął mnie brat - opowiada pan Szepietowski.
Nadeszła wojna.
- Jak Niemiec nastał w naszych stronach, to tradycja ta nie zanikła. Nadal chodziliśmy po okolicznych wsiach z kolędą. Nasz obyczaj dodawał nam otuchy i mimo okupacji przynosił nadzieję na lepsze dni. Ale jednego roku zdarzyło się, że z kolędowaniem z nami i żołnierz niemiecki poszedł. Wiedział, co oznacza ten zwyczaj, bo sam w swoich stronach też w podobnym kolędowaniu uczestniczył. Mówił swój tekst po niemiecku. Ludzie chętnie go z nami przyjmowali - mówi.
Największy rozkwit corocznego kolędowania zwanego Herodami przypadł na lata powojenne, aż do lat 90-tych. W skład zespołu wchodziło kilka osób grających poszczególne postacie. Byli tam: Król, Żołnierze, Żyd, Anioł, Diabeł, Śmierć, Marszał. Aktorzy mieli swoje stroje.
Chłopaki tylko na zelówki pieniądze dostawali
Dla grupy kolędników z Wierzchucy teksty pisał pan Józef. Przed świętami, jak cały repertuar był już gotowy, grupa zbierała się u niego w domu i ćwiczyła przedstawienie.
Wieść o grupie rozniosła się dalej, poza Wierzchucę i Drohiczyn.
- Z Herodami chodziliśmy od Bożego Narodzenia do Trzech Króli. Bywało też, że jeździliśmy z tymi i innymi przedstawieniami dalej, do Białegostoku, Czarnej Białostockiej, Białej Podlaskiej, pod Lublin.
W grupie chodziło 9 - 10 osób. Każdy miał rolę - mówił tekst albo śpiewał. Nikt nie brał za to pieniędzy.
- Prawie wszystkie zebrane pieniądze przekazywaliśmy na jakiś cel, najczęściej na kościół w Śledzianowie. Zakupiliśmy m.in. ornat, stuły, lampy, oświetlenie. Chłopakom tylko od czasu do czasu drobny grosz na tzw. zelówki dawałem, czyli na lepsze buty - wspomina nasz rozmówca.
Pan Józef dodaje, że podczas kolędowania ludzie częstowali ich jedzeniem - jeden dał po cukierku, inny kawałek chleba, ktoś z kolei zaprosił do kolacji, bo akurat do niej rodzina zasiadała. Często też po kielichu od domowników dostali.
- Jak wjeżdżaliśmy do wsi, bo od wsi do wsi to samochód najczęściej nas woził, chodziliśmy po wszystkich domach, nie patrząc na to, czy mieszkają tam katolicy czy prawosławni. Każdy przecież mógł powiedzieć, że nie życzy sobie kolędników, ale takich przypadków w zasadzie nie było. Chętnie przyjmowali nas i prawosławni, i katolicy.
Bywało też, że grupa kolędników, ale już z innym repertuarem, zabawiała gości na weselach, potańcówkach i sylwestrach.
- Często graliśmy na sylwestrach w Siemiatyczach: "U Kmicica", w "Jubilatce", „Hetmańskiej", „Oleńce" - wspomina pan Józef.
"A jak wypijemy, to podziękujemy i dalej pójdziemy"
Przedstawienie zaczynał Marszał. Najczęściej tę rolę grał Józef Kruszewski.
- Jak on już wszedł do domu, to ja wtedy przed drzwiami dzwoniłem dzwoneczkiem, co oznaczało, że kolędnicy chcą wchodzić - mówi pan Józef.
Wchodzili więc. Przeważnie jako pierwszy po Kruszewskim wchodził pan Józef i od razu zaczynał śpiewać:
- W Dzień Bożego Narodzenia, weseli ludzie, błogo im będzie, chwałę Bogu wyśpiewują, wesoło wszędzie. Anioł pasterzom zwiastował, że Bóg się narodził i nas oswobodził... - wspomina swój tekst nasz rozmówca.
Jak skończył, to podawali mu krzesło. Wtedy, już jako król Herod, siadał na nie i mówił:
- Wyszedłem na pole, spojrzałem na działa, dwieście armat zagrzmiało. Pod moim panowaniem cały okręg słońca, na moje panowanie nigdy nie ma końca. Bo jestem król Herod i pan nad pany, nie boję się w świecie żadnej odmiany. Na mój rozkaz, na me wezwanie, niech tutaj wnet Marszał wstanie".
Wtedy z rolą wchodził Józef Kruszewski, mówiąc:
- Słucham królewskiej mości, jakoby dzwonka, powinności.
Król Herod pytał:
- Jakie są wieście w Betlejem mieście?
Marszał odpowiadał:
- Takie są wieście w Betlejem mieście, że się nowy król narodził.
- Wtedy ja mówiłem: "Chyba na zachodzie słońce wschodzić będzie, wtedy na mój tron nowy król zasiędzie. A wy, mili żołnierze, bierzcie broń w ręce, na konie siadajcie, do Betlejem szybko pospieszajcie i wszystkie dziatki wnet wycinajcie”.
Żołnierze odpowiadali chórem:
- „Natychmiast królu spełnim twą wolę, wytniem, wyrąbiem małe pacholę”.
Ciągnąc fabułę - kiedy Marszał przynosi głowę jako dowód wykonanego rozkazu, króla dręczą wyrzuty sumienia. Teraz była rola dla Diabła, który wbiegał do pokoju i zaczepiał gospodynię i innych domowników. Za Diabłem wchodził Anioł. Krótka była jego przemowa, ale - jak podkreśla nasz rozmówca - ocieplająca duszę. Za Aniołem wchodziła Śmierć:
- „Klęcz, jęcz siermiężnymi głosami. Władałam książętami, nie takimi panami”.
Śmierć ostrzyła kosę. Król Herod, aby jej się przypodobać, zaoferował jej swój purpurowy płaszcz. Jednak kostucha go nie chciała - w purpurze nie chodziła i chodzić nie będzie, a głowy ścinała i ścinać będzie. Duszy Heroda domagał się też Diabeł. Z tego względu stoczył walkę ze Śmiercią. W ruch szły więc miecze. Za Herodem wstawił się jednak Anioł. Ale i on Heroda upominał, że jego berło i korona zginie, bo teraz narodził się nowy król.
I jeszcze ostatnie teksty wypowiadane przez aktorów:
- „A nam za granie, za powinszowanie, niechaj talar będzie. Z nas każdy wypić może, aby było co w gąsiorze. A jak wypijemy, to podziękujemy i dalej pójdziemy”.
Na zakończenie zawsze przemawiał pan Józef:
- „Winszuję państwu z Bożym Narodzeniem. W szczęściu, zdrowiu, pomyślności, daj Boże następnego roku doczekać dla was i dla waszych gości”.
Pan Szepietowski do dziś zna na pamięć teksty poszczególnych postaci. Śpiewając je albo recytując niesamowicie wczuwa się w rolę. Prawdopodobnie jest już jedyną osobą, która pamięta całe przedstawienie.
W teatrze u Hanuszkiewicza
Pan Józef, dzięki Herodom, z małej wsi trafił do wielkiego świata – poznał reżysera teatralnego i aktora Adama Hanuszkiewicza.
- Grałem u niego rolę Złego Pana w trzeciej części "Dziadów". Występy trwały około roku w teatrze przy Puławskiej w Warszawie. Mówiłem sporo tekstu, moja rola była dosyć ważna. Wczuwałem się w nią, jak tylko potrafiłem. Myślę, że dałem z siebie wszystko w tym teatrze.
A wszystko zaczęło się od kasety wideo. Nagranie z naszym występem wpadło w ręce dyrekcji białostockiego teatru. Pracownicy tego teatru podziwiali w nas swojską gwarę, tutejszy akcent no i ten zwyczaj Herodów. Poza tym wcześniej, na konkursach ludowych grup muzycznych zajmowaliśmy pierwsze miejsca. Takich ludzi poszukiwał Adam Hanuszkiewicz, chcąc na aktorach ze wschodnim akcentem oprzeć swoją inscenizację. Znaleźli mnie i naszą grupę poprzez ośrodek kultury w Drohiczynie. Pamiętam, że jak się o tym dowiedziałem, to był poniedziałek. Szwagier do mnie przyszedł i powiedział: "Przyjechali do ciebie z Warszawy, z teatru". Ja mówię: " Co ty szwagier - niepoważny?" Tak się zaczęła moja przygoda z teatrem.
Pan Józef ubolewa, że nie skończył żadnej szkoły. Jest samoukiem. Jedyne szkolenie, w jakim uczestniczył, było zaraz po tym, jak przyjechał do niego Hanuszkiewicz.
- Dwa tygodnie się uczyłem, w Drohiczynie. Przyjeżdżał Hanuszkiewicz, jego asystent i jeszcze parę osób. Uczyli nas różnych rzeczy - zachowania się na scenie, poruszania się, dykcji, tekstów - opowiada.
Na sztukę, w której grał, przychodziło po tysiąc widzów.
- W dzień graliśmy dla uczniów szkół, a wieczorami dla dorosłych. I tak przez około rok. To było jakieś osiem, może dziesięć lat temu -wspomina.
- Namawiali mnie, żeby zostać dłużej w teatrze. Ale żona nie chciała. Mówię im: "Wystarczy. Nie zostawię żony w domu. I nie zostawiłem". Po około roku gry na deskach na Puławskiej moja przygoda z teatrem i Hanuszkiewiczem skończyła się.
Zanikła tradycja
- A kto to teraz zrobi? Ci, którzy tym żyli już poumierali. Nikt tego nie przejął. Teraz inne czasy są. Ludzie wolą z rodziną posiedzieć przy stole, niż chodzić po wsiach i kolędować. Kto by teraz uczył się na pamięć tych tekstów? Zanikła tradycja. Szkoda - mówi pan Józef.
Po raz ostatni w Wierzchucy i okolicy Herodów zagrano jakieś 15 lat temu.
Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze