Jednym z rzemiosł tradycyjnie wykonywanych od zamierzchłych czasów w Siemiatyczach było garncarstwo.
Występująca u nas dobrej jakości glina, tzw „wierzchówka”, tłusta i mało zanieczyszczona nadawała się idealnie do tego rodzaju produkcji.
Zamoście było tą częścią miasteczka, gdzie przed II wojną i wcześniej, najwięcej mieszkało rzemieślników i robotników. Garncarze wykonywali garnki, donice, misy, dzbanki, a nawet gliniane durszlaki i tłuczki do ubijania masła. Na Zamościu mieli swoje zakłady ostatni garncarze: Władysław Walendowicz, Witold Walendowicz, Jan Dawidziak, Wincenty Uścijaniuk, Bolesław Zalewski, Władysław Romańczuk, Michal Lewkowicz. Niektórzy jeszcze w końcu lat 70. ub. wieku. W wielu przypadkach tajniki wypalania naczyń przechodziły z ojca na syna.

Na zdjęciu: Władysław Romańczuk w swoim warsztacie, w latach 70. ub wieku, fot Antoni Nowicki
W ostatnich latach istnienia tego rzemiosła, wypalano głównie doniczki do kwiatów, wazonki. Swoje wyroby siemiatyccy garncarze sprzedawali na targach w Siemiatyczach, Drohiczynie, Łosicach, w Bielsku Podlaskim. Jak przed laty opowiadał jeden z garncarzy, przed 2 wojną większość wyrobów sprzedawano hurtownikom – handlarzom.
Glinę do wyrobu garnków oczyszczano z kamieni i organicznych domieszek, a następnie, zlepioną, strugano specjalnym rodzajem struga, lub sierpem. Dla lepszego spojenia zbijano glinę drewnianym młotem tzw „szlagą”. Koła garncarskie używane na naszym terenie poruszane były obiema nogami. Naczynia gotowe do wypalania dosuszano przeważnie na słońcu.
W czasie suszenia a przed wypalaniem przylepiano ucha do garnków, wygładzano kamieniem lub rogiem /siwaki/, glazurowano te przeznaczone do zdobienia. Najtrudniejszym momentem był wypał w tzw „hornie”, czyli, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, w piecu (mieściło się w nim jednorazowo ok. 200 naczyń). Dobre wypalone naczynia poznawało się po dźwięku i kolorze, a sposoby wykonywania tzw. polewy, kolorowej glazury, były tajemnicą zawodową przekazywaną z ojca na syna.
Dzisiaj wracają niektóre archaiczne technologie ceramiczne, głównie jako ciekawostka, hobby, albo twórczość artystyczna.
Jerzy Nowicki
PS:. Ciekawostka. Z glinianymi garnkami, donicami wiąże się pewien zwyczaj, znany w Siemiatyczach, jeszcze w latach 70. Przed Wielkanocą, kiedy mijała połowa Wielkiego Postu, tego dnia starsze dzieci wrzucały do domów (do tzw. sieni) gliniane garnki, czy dzbanki - hładyszki napełnione… popiołem i z krzykiem „pół postu!” uciekały. Garnek się rozbijał, a popiół rozsypywał... Tak bywało na bardziej tradycyjnych ulicach, jak Wesoła, Kilińskiego i okoliczne. Było to możliwe, bo drzwi do tzw. sieni były zazwyczaj nie zamykane, a poza tym, no cóż, nie było takich salonów jak obecnie. Podłogę w sieni stanowiło często klepisko, lub cementowa posadzka. Należało tylko się cicho zakraść pod drzwi, a później… szybko uciekać. A znam ten obyczaj z autopsji, brałem w tym czynny udział w połowie lat 70. wraz ze szkolnymi kolegami z ul. Kilińskiego. No cóż, dzisiaj to byłoby nie do przyjęcia: policja, sąd, a może i kurator ds. nieletnich by się zajmował takimi ekscesami. /jn/
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dzięki, za przypomnienie rzemiosła z naszych stron. Dawno temu mieszkałem w rejonie tych ulic ( kachalnej?).Dobrze pamiętam ten zwyczaj nie tylko z wizyty w sieniach u sąsiadów ale i ze Szkoły Nr.1 , kiedy dostawało sie pięścią po plecach od starszych kolegów z okrzykiem "pół postu". Tylko niekiedy udało się zrewanżować...Sprzątania w sieni było dużo, gdy popiół rozsypał wszędzie. Było dużo złości i może trochę zabawy, ale trzeba było być dobrym w nogach. Nikt nikogo nie podawał do sądu i rodzice też nie byli wzywani do szkoły przez pana kierownika Arcichowskiego. Pozdrawiam PS. W branży pracował i chyba był wespół właścicielem zakladu garcarkiego na ul. Wysokiej pan Wiktor Walendowicz, ojciec zmarłego przed wieloma laty mojego kolegi ze szkolnej ławy.
Dzięki, za przypomnienie rzemiosła z naszych stron. Dawno temu mieszkałem w rejonie tych ulic ( kachalnej?).Dobrze pamiętam ten zwyczaj nie tylko z wizyty w sieniach u sąsiadów ale i ze Szkoły Nr.1 , kiedy dostawało sie pięścią po plecach od starszych kolegów z okrzykiem "pół postu". Tylko niekiedy udało się zrewanżować...Sprzątania w sieni było dużo, gdy popiół rozsypał wszędzie. Było dużo złości i może trochę zabawy, ale trzeba było być dobrym w nogach. Nikt nikogo nie podawał do sądu i rodzice też nie byli wzywani do szkoły przez pana kierownika Arcichowskiego. Pozdrawiam PS. W branży pracował i chyba był wespół właścicielem zakladu garcarkiego na ul. Wysokiej pan Wiktor Walendowicz, ojciec zmarłego przed wieloma laty mojego kolegi ze szkolnej ławy.