Flamenco to sztuka tańca, śpiewu i muzyki, a właściwie cała filozofia życia, andaluzyjskich Cyganów, w której odnaleźć można elementy kultury hinduskiej, perskiej, żydowskiej czy arabskiej.
O tym, że wbrew pozorom nie jest to łatwa sztuka, i że falbaniasta spódnica i odpowiednie buty nie wystarczą, by tańczyć flamenco, w ubiegłym tygodniu mogła się przekonać kilkunastoosobowa grupa Siemiatyczan. W minioną niedzielę zakończyły się kilkudniowe warsztaty flamenco, prowadzone przez Lindę Jakubowską, siemiatyczankę na stałe mieszkającą w Hiszpanii. Poniżej fragmenty rozmowy z prowadzącą warsztaty, nie tylko o kulturze flamenco. - Proszę powiedzieć kilka słów o sobie. - Nazywam się Linda Jakubowska, pochodzę z Siemiatycz. Jestem absolwentką tutejszego liceum. Obecnie mieszkam w Granadzie, na południu Andaluzji, w Hiszpanii. - Jak się pani tam znalazła? - Studiując stosunki międzynarodowe, zainteresowałam się obszarem Ameryki Łacińskiej. Potem zaczęłam drugi kierunek, właśnie Amerykę Łacińską. Jak wiadomo, to sprowadza się też do języka i chyba od tego wszystko się zaczęło. Na drugim roku studiów pojechałam do Granady na kurs językowy. Tam po raz pierwszy zetknęłam się z flamenco. Byłam tak zauroczona miastem, ludźmi, kulturą i muzyką, że później każdego prawie roku wracałam do Granady podczas wakacji. Trzy lata po studiach rzuciłam pracę w Warszawie i postanowiłam na stałe przeprowadzić się tam. - Co takiego urzekającego jest w tej kulturze, że pod jej wpływem młoda osoba decyduje się na porzucenie wszystkiego i zaczynanie od nowa na obczyźnie? - W Andaluzji urzekła mnie mieszanka kultur, czystej hiszpańskiej, cygańskiej, północnoafrykańskiej zwłaszcza marokańskiej – duże wpływy z czasów konkwisty i rekonkwisty odnotowuje się w Granadzie. Również pogoda, słońce, bliskość do morza, gór, kuchnia, styl życia, praktycznie wszystko. Styl życia jest znacznie wolniejszy. Wstaje się nieco później, pracuje się mniej intensywnie. Między 14.00 a 17.00 jest czas na sjestę, którą zwykle spędza się na spaniu. Od 18.00 do 20.00-21.00 wraca się do pracy. Po pracy idzie się do baru. Śniadanie też zwykle się je w barze, czemu towarzyszą spotkania ze znajomymi. Je się bardzo często w restauracjach, nie biegnie się tak szybko jak tu, w Polsce. Mogę to porównać do życia w Warszawie, bo tam spędziłam 8 lat. W Hiszpanii trzeba mocno zwolnić, co też na początku może być problemem. Strasznie się denerwowałam, kiedy o 14.00 nic nie można było już załatwić w żadnym banku, w żadnym urzędzie, kiedy urzędnicy okazywali się strasznie powolni, albo kiedy koleżanka przychodziła na spotkanie godzinę lub dwie spóźniona. Teraz już się przyzwyczaiłam, obrałam podobny styl życia. - Jak wspomina pani swój pierwszy kontakt z flamenco? - Taki pierwszy, bierny kontakt z flamenco, był podczas tego kursu językowego. Miałam wtedy 22 lata. Poszliśmy wówczas na występ. Później, już praktyczny kontakt, w Granadzie zapisałam się na lekcje tańca. Odkryłam, że to jest coś znacznie trudniejszego niż mi się wydawało. Potem były jakieś wyjścia na prywatne imprezy, gdzie się tańczy flamenco. Teraz wspólnie z mężem prowadzimy hostel i udzielam lekcji flamenco turystom, ale również sama się uczę, ponieważ to jest taki rodzaj sztuki, gdzie się trzeba rozwijać do końca życia, nigdy nie jest za dużo i za późno na naukę. - Czym jest flamenco? - Zasadniczą sprawą jest fakt, że flamenco nie sprowadza się tylko do tańca, ale do całego życia. To jest cała filozofia życia, ludzie, specyficzna kultura, imprezy, spotkania. Bez śpiewu, bez gitary nie można mówić o flamenco. Imprezy flamenco, gdzie wszyscy wyklaskują rytm, można by porównać do takiego zbiorowego transu. Wydaje mi się, że to jest właśnie najważniejsza różnica. Flamenco w Hiszpanii jest wszędzie. Idziesz ulicą – słyszysz flamenco dobiegające z okna sąsiada, z samochodu. Ktoś siedzi w parku brzdąka na gitarze, dalej ktoś siedzi na ławeczce i sobie podśpiewuje, ludzie tańczą na ulicach. - Jak wyglądają zajęcia z siemiatyczanami? Skąd pomysł na te warsztaty? - To była moja inicjatywa. Skontaktowałam się z panią dyrektor SOK, która bardzo chętnie się zgodziła na moją propozycję twierdząc, że jeszcze w Siemiatyczach takiej imprezy nie było. Mieszkając w Granadzie, tańczę co najmniej po 4 godziny dziennie, więc nie chciałam tak całkiem spędzać tutaj świąt bezczynnie. Chciałam poćwiczyć, poruszać się, a przy okazji podzielić się zdobytą wiedzą. Mamy zaprogramowanych 12 godzin, przez 6 dni, a więc po 2 godziny dziennie. Najmłodsi uczestnicy mają po 10 lat, najstarszych wieku nie będę zdradzać. Są licealistki, dziewczęta z gimnazjum, ale też dojrzałe panie. Przeważa płeć żeńska, mamy tylko jednego rodzynka. Są systematyczni, punktualni, nie opuszczają. Wydaje się, że są dość zaangażowani, że chcą się czegoś nauczyć. Na początku obawiałam się trochę, że może będą chcieli rezygnować po pierwszym dniu, ponieważ narzuciłam im dosyć szybkie tempo nauki. Okazało się, że doskonale sobie radzą. - Planuje pani powrót do Polski? - Raczej nie zakładam takiej możliwości, ale kto wie jak będzie. Mieszkając w Hiszpanii, mam wrażenie, że jest się bliżej Europy niż w Polsce. Mimo tego, że mieszkam na południu, bliżej Afryki niż Polski, to i tak mam wrażenie, że wszystko jest bliżej. Mogę sobie pozwolić na podróże, bliższe i dalsze. Świat nie kończy się na Polsce, ani na Hiszpanii, ale jak na razie jest mi tam bardzo dobrze. - Czy podjęcie decyzjo o wyjeździe z Polski było łatwe? - Jadąc tam, wiedziałam, że wyjeżdżam na stałe. Miałam wówczas 27 lat, moje koleżanki wtedy już zaczynały wychodzić za mąż, zakładać rodziny, miały ustabilizowane życie. Wydaje mi się, że też ode mnie się tego oczekiwało i ja byłam już wówczas bardzo bliska temu, żeby postąpić w ten sam sposób. Podjęłam jednak decyzję o wyjeździe, mimo że nie znałam jeszcze wtedy dobrze języka, nie miałam żadnych oszczędności, ani tym bardziej pewnej tam pracy. Jechałam właściwie w ciemno. Wiadomo, że z poprzednich pobytów miałam jakieś znajomości, wiedziałam, gdzie mogę się zatrzymać. Plan był taki, że jadę tam, zatrzymam się w hostelu, w ciągu miesiąca, może dwóch znajdę jakąś pracę. I właściwie też przypadek zadecydował o tym, że pracę znalazłam dość szybko. Kolega z hostelu musiał wyjechać na rok z Hiszpanii, a ja zajęłam jego miejsce. Myślę, że żeby podjąć decyzję o zostawieniu wszystkiego i zaczynaniu od nowa w nowym miejscu nie potrzeba specjalnych cech charakteru czy odwagi. Wystarczy, by coś wywarło na człowieku tak silne wrażenie, że skłoni do podjęcia takiej decyzji. Ja z charakteru jestem konserwatystką, dążyłam do stabilizacji, nie lubiłam zmian. To miasto jednak i cała Hiszpania podjęły chyba tę decyzję za mnie. Musi się obudzić jakiś impuls, jakaś siła wyższa, która podyktuje, co masz robić i jak żyć. W mojej decyzji nie było żadnej logiki. - Nie żałuje pani jej? - W żadnym wypadku, dziś zdecydowałabym identycznie. - Dziękuję za rozmowę i życzę wielkich sukcesów w dalszej przygodzie z Hiszpanią i flamenco.
Komentarze