Reklama

Dyrektor Szczygoł odchodzi na emeryturę

17/07/2007 22:44
Z natury jestem liberałem
Wieloletni dyrektor Szkoły Podstawowej nr 2, a póżniej Gimnazjum nr 1 w Siemiatyczach, Sergiusz Szczygoł odszedł na emeryturę.


          - Nie żal Panu odchodzić z pracy?

          - Poczucia żalu nie mam dlatego, że 41 lat pracy to jest sporo. Po głębszym zastanowieniu uznałem, że z końcem obecnej dyrektorskiej kadencji trzeba ten rozdział życia zamknąć. Od startu w tym zawodzie przyjąłem zasadę, że mam rozumieć młodzież, a młodzież ma rozumieć mnie - to podstawa w pracy pedagogicznej. I zbliża się ten okres, że możemy się nie rozumieć, więc po co brnąć dalej? Nie lubię udawać, pozorować roboty, dlatego podjąłem decyzję, że z dniem 31 sierpnia 2007 roku odchodzę.
          - Jakie były początki?
          - Ponad 40 lat temu system kształcenia nauczycieli zaczynał się od Liceum Pedagogicznego i takie były moje początki. Potem była nauka w Studium Nauczycielskim w Ełku. I praktycznie pracę pedagogiczną rozpocząłem już w 1966 roku. Ale wcześniej, po maturze miałem inne plany. Poszedłem na szkołę oficerską. Każdy chciał zostać generałem, jak to się wówczas mówiło. Po trzymiesięcznej unitarce w Olsztynie dałem stamtąd drapaka. No i od tamtego czasu zacząłem być nauczycielem. Pierwszą pracę podjąłem w szkole w Domanowie za Brańskiem.
          Po roku władze z Bielska Podlaskiego kazały mi być kierownikiem szkoły. No i od tego czasu tak się stołek przykleił, że do dzisiejszego dnia jestem z nim.
          - A Siemiatycze?
          - Później wżeniłem się w Mielnik. Tam byłem dyrektorem przez 3 lata. W 1975 roku kazano mi być dyrektorem szkoły w Siemiatyczach, choć miałem wiele innych ofert. Zastałem szkołę pod względem infrastruktury niezłą, ale np. były tylko trzy klasy ze stoliczkami, a reszta to ławki z kałamarzami. O dziwo, pieniędzy było w bród, a sprzętu w sklepach i centralach zaopatrzenia nie było. Trzeba było w Białymstoku siedzieć w Cezasie, szukać „chodów”, układów i dojść. Po trzech latach udało się wyposażyć sale. Zastałem kadrę dobrą, odpowiedzialną i zaangażowaną. Start był bardzo łatwy. Ponieważ z natury jestem liberałem, nie przeszkadzałem nikomu w pracy. Ludzie mnie rozumieli, chroniłem ich przed przeszkadzaniem w pracy, czyli wizytacjami kuratorium. Szkoła Podstawowa nr 2 była jedyną w mieście, w której uczyło się 90 procent wszystkich dzieci. Pracowaliśmy od godziny siódmej do dziewiętnastej, było dużo kadry, więc niejako można nazwać wówczas szkołę kombinatem. No i tak to przeleciało. Wrażenia z końca kariery wynoszę dobre.
          - Co najbardziej utkwiło Panu w pamięci?
          - Najbardziej radosnym momentem było to, kiedy od nauczycieli z liceum usłyszałem, że uczniowie z naszej szkoły byli najbardziej przygotowanymi do nauki w szkole średniej.
          - Czy jest różnica pomiędzy młodzieżą z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, a obecną?
          - Ona nic się nie zmieniła, jest taka sama. Kochana cały czas, fantastyczna. Tylko obecnie bardziej rozwinięta pod względem intelektualnym. Doszły inne niebezpieczeństwa. Nikotyna wśród młodzieży była zawsze. Teraz są narkotyki.
          - Stan szkoły dzisiaj?
          - Dużo się zmieniło. Przyszli nowi nauczyciele. Ubolewam, że obecne studia nie przygotowują do zawodu nauczyciela. Nauka zawodu odbywa się w miejscu pracy. Pomimo tego, dzięki nim powstały nowe sekcje, stąd też się wywodzi „Małe Podlasie”. Tutaj muszę dodać, że nie jestem zadowolony, gdyż zespół obecnie zmienił charakter. Wcześniej były tańce ludowe, teraz więcej tzw. narodowych, a jest to odejście od tego, co miało być. Szkołę, obecnie gimnazjum, zostawiam w stanie technicznym dobrym, kadra jest ustabilizowana. Żałuję tego, że nie powstała hala sportowa, bo to by nam wiele pomogło, ale nie mnie o tym mówić. Mojemu zastępcy nie zabraknie pracy.
          - Co będzie robił Sergiusz Szczygoł po 1 września?
          - Mam uzbrojony po zęby warsztat stolarski. Lubię bawić się w drewnie, więc nadrobię to, na co nie miałem czasu wcześniej. Także zajęcie podrzuci mi żona, gdyż od trzech lat maluje i będą potrzebne ramy do obrazów. Mamy ranczo w Mielniku, sprzęt rolniczy, las własny, plantację porzeczki. Przydałoby się pojechać gdzieś na wczasy. Tak więc nie zabraknie mi zajęć. I wszystko na spokojnie. Jak kiedyś do Mielnika musiałem jechać szybko, łamiąc wszelkie przepisy, tak dziś mogę jechać powoli, podziwiając Bug i krajobrazy.

          Jacek Piotrowski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. JP
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama