To impreza z wieloletnią tradycją i wyrobioną renomą. Inna niż wszystkie, nie tylko ze względu na trzy dni trwania. Inna głównie ze względu na prawdziwą muzykę, której można tam posłuchać. Muzykę różnorodną, autentyczną i co ważne profesjonalną.
Inna ze względu na ciekawe podejście organizatorów, którzy wiedzą jak ściągnąć uczestników na imprezę. Inna ze względu na mniej pijaną publiczność? Być może to spostrzeżenie jest bardzo subiektywne, ale takie właśnie odniosłam wrażenie. Może dlatego, że w części festiwalowej przestrzeni, wydzielonej na gastronomię i browar, spokojnie można było znaleźć wolne miejsce? Może dlatego, że oprócz tradycyjnie wlewających w siebie litry piwa, można było zobaczyć całkiem sporo trzeźwych ludzi, którzy mieli gdzie usiąść, a za przyzwoitą cenę mogli zjeść coś innego niż tłustą golonkę czy kiełbasę z mielonych kości? Kramy nie oferowały chińskiej tandety, lecz ciekawe wyroby rękodzieła. Słowacy przywieźli kilka rodzajów swego wina /5 zł kubek/, a dla smakoszy był też prażony bób z masłem. Pierwszy dzień (piątek, 20 lipca) przyciągnął miłośników muzyki folkowej. Tego dnia wystąpił także artysta, którego twórczość dla wielu jest mocno dyskusyjną kwestią - Czesław Mozil. Naszym zdaniem jednak prawdziwą gwiazdą wieczoru była lokalna, ale znana na całym świecie „Czeremszyna”. Dzień drugi (sobota) od rana poświęcony różnorodnym warsztatom, a w części wieczornej koncertom muzyki, która czerpie inspiracje z folkloru, m.in. takich grup jak amerykańska „Blasting Company” czy polsko-amerykański zespół „Megitza”. Jak można było usłyszeć wśród spontanicznie bawiącej się publiczności, a później także poczytać w internecie, „Amerykanie wymiatali”. 5 młodych mężczyzn, ich wirtuozerska gra na instrumentach, głównie dętych i niesamowity efekt w postaci żywiołowej muzyki. Muzyka na przemian w stylistyce cygańsko - bałkańskich tradycyjnych orkiestr dętych i w brzmieniach nowoorleańskiego jazzu. To wystarczyło, by wprawić w ruch stojącą część widowni. Mocnym akcentem był węgierski „Sheket” - połączenie mocnego rocka z melodyka i harmonią węgierskich czardaszy. Nie mniej porywający był występ kwartetu „Megitza”. Połączenie góralskich i romskich klimatów, silny głos drobnej wokalistki i niecodzienny widok kobiety z kontrabasem porwały publiczność, która długo nie pozwalała zejść artystce ze sceny i odśpiewała „Sto lat” na koniec koncertu. Trzeciego dnia, w niedzielę można było m.in. spróbować regionalnych podlaskich przysmaków, startujących w konkursie czy obejrzeć spektakl w wykonaniu Teatru A3. Nie będziemy wspominać o wszystkich towarzyszących festiwalowi projekcjach filmów, wystawach, kiermaszach ludowego rękodzieła czy konkursach, bo sami wszystkich nie widzieliśmy. Ale to co widzieliśmy wystarczyło, by uznać to wydarzenie za wyjątkowe. I co ciekawe – to jedyna w naszych okolicach impreza, której organizatorzy pomyśleli o darmowym transporcie. Specjalny pociąg wyruszający z Warszawy, zawiózł do Czeremchy i odwiózł z powrotem, za darmo!, każdego fana festiwalu w Czeremsze.
Ewa Magdalena Iwaniak, Kurier Podlaski - Głos Siemiatycz, fot. emi i AK
Komentarze