Artur Więzowski, 51 lat, mieszkaniec Ciechanowca, urodził się tego samego dnia i miesiąca, co legendarny Bruce Lee. Przygodę życia rozpoczął w wieku 16 lat. Trudno na dziś doliczyć się jego sukcesów sportowych, ale w parze z tymi szły osiągnięcia w dziedzinie trenerskiej.
Te najważniejsze: dwukrotna nominacja na osobowość sportową roku w kategorii "Lider upowszechniania kultury fizycznej na Podlasiu" (1997, 1998), dwukrotnie odznaczony przez ministra sportu odznaką "Zasłużony Działacz Kultury Fizycznej" (srebrna i złota odznaka), srebrny i złoty Krzyż Zasługi za wybitny wkład w rozwój kultury fizycznej na bazie karate (2003, 2011), "Najlepszy Trener 2004 r. Województwa Podlaskiego", "Zasłużony dla Województwa Podlaskiego" (2011).
Posiada uprawnienia: instruktor Oyama Karate, trener II klasy w sporcie ju jitsu, sędzia krajowy, główny egzaminator PF IBK.
W 1995 r. utworzył Mazowiecko - Podlaski Klub Oyama Karate, który objął swym zasięgiem Ciechanowiec, Zambrów, Wysokie Mazowieckie, Ostrów Mazowiecką, Bielsk Podlaski, Sokoły, Łomżę, Siemiatycze.
W tym roku shihan Więzowski obchodzi 35-lecie swojej pracy w sztukach walki.
- Shihan. To tylko tytuł, czy coś więcej?
- Inaczej, to tytuł profesora sztuk walki, lub mistrza - mówi Artur Więzowski. - Przysługuje posiadaczom stopni mistrzowskich, ale aby go osiągnąć, trzeba mieć stopień co najmniej 5 dan. To tytuł wiążący się z olbrzymią odpowiedzialnością, sporymi umiejętnościami oraz wiedzą w zakresie sztuk walki. Również z dojrzałością mistrza. W wielu organizacjach takiego tytułu nie otrzymują ludzie przed 40 rokiem życia.
- 35 lat pracy w sztukach walki. Jak wytrwać tyle czasu, biorąc pod uwagę przykładowo trzy treningi dziennie - kiedyś dla siebie, teraz dla innych? Trzeba mieć tylko tzw. końskie zdrowie, czy coś jeszcze?
- Dla wielu osób jest to trudne, ale ci, którzy poszli drogą budo, czyli sztuki walki traktują to jako sposób na życie, jak drogę życiową. Wiąże się to także z rozwojem duchowym i to najbardziej motywuje. To także ciągłe pokonywanie swoich słabości. Ci, którzy są w stanie zrozumieć kanony sztuk walki, potrafią wytrwać. Każdego dnia robią kolejny krok na obranej przez siebie drodze.
- Dlaczego sztuki walki? Jaki był cel - ćwiczę dla siebie, czy z myślą o trenowaniu innych?
- Każdy czegoś poszukuje, szczególnie w młodym wieku. Jeden z pierwszych celów młodego człowieka jest taki - być silnym. Z czasem cel ten zmienia się w bardziej dojrzałe spojrzenie i np. ćwiczymy dla siebie, a po wielu latach szukamy następców. Chcemy zarażać tą pasją innych, dawać innym tę siłę, która pozwoliła nam radzić sobie w różnych, czasami trudnych sytuacjach życiowych. Poza tym mistrz potrzebuje uczniów. W ten sposób dopełnia się jego mistrzostwo.
- Nie było chęci rezygnacji?
- Raczej nie. Zawsze czułem, że muszę doskonalić się i dojść do celu.
- I ten cel został osiągnięty?
- Myślę, że tak, aczkolwiek apetyt rośnie w miarę jedzenia i zobaczymy, co życie i los jeszcze mi przyniosą, a mam na myśli głównie tytuły i sukcesy uczniów. To te cele dodatkowe. Bo ten cel ogólny - tytuł profesora sztuk walki udało mi się osiągnąć.
- Idol?
- Moim pierwszym i największym idolem był Masutatsu Oyama - wielki mistrz i twórca karate kyokushin. Sposobu walki, który uchodzi za najtwardszy na świecie. Człowiek, który pokonał swoje słabości przebywając 3 lata w górach na treningach. Stworzył jedną z największych organizacji sztuk walki. Wychował wielu legendarnych karateków, m.in. mojego obecnego szefa - Gerarda Gordeau, z Holandii, posiadającego 9 dan. Oyama był i jest moim idolem. Chociaż po drodze mojej młodości jako idol trafił mi się też Bruce Lee, ale to już styl kung fu.
- Uczestniczył pan kiedyś w bójce ulicznej?
- Tak. Kiedy było się młodym i niedojrzałym emocjonalnie. I to nie jeden raz. Ale to wcale nie przynosi chluby.
- Czy zmieniłby pan coś w swojej karierze, gdyby jeszcze raz zaczynał od początku? Czy zacząłby pan to samo?
- Zacząłbym to samo. Za to dużo wcześniej i za wszelką ceną pojechałbym do Japonii, by ćwiczyć u samego Oyamy. Czasy PRL-u trochę nas upośledziły i długo staliśmy w miejscu.
- Co smakuje lepiej – sukces własny czy ucznia?
- Stanowczo dla mistrza ważne są osiągnięcia jego wychowanków, ale każdy ma też potrzebę odnoszenia własnych sukcesów. To taki kaprys naszego ego.
- Najtrudniej zdobyte osiągnięcia - własne i podopiecznych?
- Dla mnie na pewno egzamin na pierwszy mistrzowski stopień przed legendą kyokushin Shigeru Oyamą. Jeśli chodzi o podopiecznych - zdobycie drużynowego mistrzostwa Polski. Chociaż każdy kolejny dzień wymaga determinacji i wyrzeczeń, a poukładanie dnia też może być sukcesem.
- Jak obecnie ocenić profesję sztuk walki - to specyficzny rodzaj kultury połączony z tajnikami walki i samoobrony, czy masowa inscenizacja pod przykrywką karate, w dodatku nastawiona na zysk?
- Cały problem polega na tym, że to od danego mistrza zależy czym są sztuki walki. Jeżeli mistrz jest człowiekiem próżnym, to niestety mamy niekorzystny jego obraz. Jeśli zaś przestrzega zasad wpojonych mu przez jego nauczycieli i ma w sobie dużo pokory oraz szacunku do innych, jest to sztuka przez duże S. Trudno też uczyć za darmo, bo wtedy nikt tego nie szanuje. Jak mówi ewangelia - "godzien jest robotnik zapłaty swojej". Chociaż przyznam, że wiele razy bezpłatnie uczyłem dzieci z domów dziecka i dzieci z rodzin biednych oraz zagrożonych - dla samej idei, każdemu trzeba dać szansę, podać rękę. Może kiedyś oni zrobią to samo w stosunku do innych potrzebujących.
Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. CK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze