Chętnie sprzeda bunkier, bo zasłania on widok nie tylko na drogę, ale i wszystko, co dzieje się za płotem. - Jest do sprzedania. Kupcie ode mnie tę twierdzę. Od lat każdemu, kto tutaj zatrzyma się i podziwia bunkier mówię, że sprzedam niedrogo - mówi pani Zoja Żynel, mieszkanka Wólki Zamkowej w gm. Drohiczyn. Bunkier stoi na jej posesji - w ogródku, między domem a szosą. To jeden ze schronów umocnień Linii Mołotowa. Te kilkadziesiąt ton betonu na dobre wrosło nie tylko w krajobraz posesji, ale i w życie pani Zoi. Zawsze, gdy wygląda przez okno widzi tylko bunkier. Chętnie go sprzeda, bo budowla zasłania widok nie tylko na drogę, ale i wszystko, co dzieje się za płotem. Odległość między bunkrem a domem wynosi kilka metrów. - Cóż. Widocznie taki jest już człowieka los. Tak popadło, że pobudowali go na ziemi ojca i tak zostanie - mówi pani Zoja. Budowali dwie doby Pani Zoja miała kilkanaście lat, kiedy budowano ten bunkier. Wspomina, że przy jego budowie pracowali głównie więźniowie sowieccy. Nie można było rozmawiać z tymi więźniami. W jej domu, a wtedy jeszcze w domu rodziców, kwaterowało trzech lejtnantów. Jeden nazywał się Korolow, drugi Kansdarow, nazwiska trzeciego nie pamięta. Robotników i materiały przywożono kolejką z Drohiczyna. Teren budowy był szczelnie osłonięty płotem wyplecionym z sosnowych gałęzi. Razem z innymi dziećmi pani Zoja spomiędzy gałęzi przyglądała się budowie. Jak pisze Sławomir Kordaczuk w "100 spotkaniach z historią" (wydawnictwo Muzeum Regionalnego w Siedlcach, 2000 r.), Sowieci znaleźli w tym miejscu punkt strategiczny, stąd decyzja o budowie akurat tutaj. Schron wycelowany jest w stronę Bugu. Okno strzelnicze przeznaczone było dla działka dużego kalibru. Budowa tego schronu, jak i większości z Linii Mołotowa nie została zakończona i nie został on uzbrojony. Starsi mieszkańcy nazywają okoliczne bunkry "toczkami".
Drewno zabrali mieszkańcy Początkowo ta betonowa bryła była osłonięta drewnianym szalunkiem. Gdy w czerwcu 1941 roku Niemcy weszli do Wólki Zamkowej, od razu chcieli podpalić płot i szalunek. Jak ludzie dowiedzieli się, że Niemcy chcą spalić drewno, to zaprosili ich do swoich domów na obiad. - Na jajka. Nasmażyła i ja tych jajek. Oni bardzo lubili te jajka. Za pół godziny wszystko zjedli. No i samogonką trzeba było ich napoić. A w tym czasie ludzie te drewno z bunkra pozabierali, bo żadnego kawałka na opał wtedy nie było - opowiada pani Zoja. Na bunkrze brakuje też końcówek drutów i żelaza zbrojeniowego, które były jednym z elementów spoiny betonu. Według publikacji Sławomira Kordaczuka te sterczące końcówki drutów zbrojeniowych ludzie wycięli i zrobili z nich pale do czepiania krów.
Schron na liście Obecnie schron służy pani Zoi za śmietnik. - Liście tam trzymam. Bo co tam trzymać? - mówi nasza rozmówczyni. Dodaje też, że przez lata do tego bunkra przyjeżdżało mnóstwo historyków i badaczy tego typu obiektów. Nic w nim nie znaleźli, bo to tylko schron - nie posiada korytarzy, piwnic i tunelów. Według mieszkańców Wólki Zamkowej Rosjanie nie bronili się tu. Uszkodzony został w 1944 r. podczas bombardowania. Świadczyły o tym m.in. ślady po wybuchu bomb, znajdujące się na stropie. W środku chroniła się za to rodzina pani Zoi oraz żołnierze niemieccy, cofający się przed Armią Czerwoną. Poza tym, po zakończonej budowie okolicznych bunkrów sowieci chcieli wywieźć mieszkańców Wólki w głąb Rosji. Na szczęście nie zdążyli.
Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze