Reklama

Bunkier za oknem - Wólka Zamkowa - (Video)

28/02/2008 19:30
Chętnie sprzeda bunkier, bo zasłania on widok nie tylko na drogę, ale i wszystko, co dzieje się za płotem.
- Jest do sprzedania. Kupcie ode mnie tę twierdzę. Od lat każdemu, kto tutaj zatrzyma się i podziwia bunkier mówię, że sprzedam niedrogo - mówi pani Zoja Żynel, mieszkanka Wólki Zamkowej w gm. Drohiczyn.
          Bunkier stoi na jej posesji - w ogródku, między domem a szosą. To jeden ze schronów umocnień Linii Mołotowa. Te kilkadziesiąt ton betonu na dobre wrosło nie tylko w krajobraz posesji, ale i w życie pani Zoi. Zawsze, gdy wygląda przez okno widzi tylko bunkier. Chętnie go sprzeda, bo budowla zasłania widok nie tylko na drogę, ale i wszystko, co dzieje się za płotem. Odległość między bunkrem a domem wynosi kilka metrów.
          - Cóż. Widocznie taki jest już człowieka los. Tak popadło, że pobudowali go na ziemi ojca i tak zostanie - mówi pani Zoja.
          Budowali dwie doby
          Pani Zoja miała kilkanaście lat, kiedy budowano ten bunkier. Wspomina, że przy jego budowie pracowali głównie więźniowie sowieccy. Nie można było rozmawiać z tymi więźniami. W jej domu, a wtedy jeszcze w domu rodziców, kwaterowało trzech lejtnantów. Jeden nazywał się Korolow, drugi Kansdarow, nazwiska trzeciego nie pamięta. Robotników i materiały przywożono kolejką z Drohiczyna. Teren budowy był szczelnie osłonięty płotem wyplecionym z sosnowych gałęzi. Razem z innymi dziećmi pani Zoja spomiędzy gałęzi przyglądała się budowie.
          Jak pisze Sławomir Kordaczuk w "100 spotkaniach z historią" (wydawnictwo Muzeum Regionalnego w Siedlcach, 2000 r.), Sowieci znaleźli w tym miejscu punkt strategiczny, stąd decyzja o budowie akurat tutaj. Schron wycelowany jest w stronę Bugu. Okno strzelnicze przeznaczone było dla działka dużego kalibru. Budowa tego schronu, jak i większości z Linii Mołotowa nie została zakończona i nie został on uzbrojony. Starsi mieszkańcy nazywają okoliczne bunkry "toczkami".

          Drewno zabrali mieszkańcy
          Początkowo ta betonowa bryła była osłonięta drewnianym szalunkiem. Gdy w czerwcu 1941 roku Niemcy weszli do Wólki Zamkowej, od razu chcieli podpalić płot i szalunek. Jak ludzie dowiedzieli się, że Niemcy chcą spalić drewno, to zaprosili ich do swoich domów na obiad.
          - Na jajka. Nasmażyła i ja tych jajek. Oni bardzo lubili te jajka. Za pół godziny wszystko zjedli. No i samogonką trzeba było ich napoić. A w tym czasie ludzie te drewno z bunkra pozabierali, bo żadnego kawałka na opał wtedy nie było - opowiada pani Zoja.
          Na bunkrze brakuje też końcówek drutów i żelaza zbrojeniowego, które były jednym z elementów spoiny betonu. Według publikacji Sławomira Kordaczuka te sterczące końcówki drutów zbrojeniowych ludzie wycięli i zrobili z nich pale do czepiania krów.

          Schron na liście
          Obecnie schron służy pani Zoi za śmietnik.
          - Liście tam trzymam. Bo co tam trzymać? - mówi nasza rozmówczyni.
          Dodaje też, że przez lata do tego bunkra przyjeżdżało mnóstwo historyków i badaczy tego typu obiektów. Nic w nim nie znaleźli, bo to tylko schron - nie posiada korytarzy, piwnic i tunelów.
          Według mieszkańców Wólki Zamkowej Rosjanie nie bronili się tu. Uszkodzony został w 1944 r. podczas bombardowania. Świadczyły o tym m.in. ślady po wybuchu bomb, znajdujące się na stropie. W środku chroniła się za to rodzina pani Zoi oraz żołnierze niemieccy, cofający się przed Armią Czerwoną. Poza tym, po zakończonej budowie okolicznych bunkrów sowieci chcieli wywieźć mieszkańców Wólki w głąb Rosji. Na szczęście nie zdążyli.


          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama