Stanisław Nikonowicz z Dziecinnego w gminie Boćki ma 220 krów, w tym dojnych 110 i wiele maszyn. Pomimo tego znajduje czas na wyjazdy z rodziną do Szwajcarii na narty. Jak mówi, czas wolny jest zimą.
- Jestem z pokolenia, które w szkole nie widziało komputerów. - Ale w jaki sposób komputer może pomagać w rolnictwie? - Za każdym razem, aby coś opłacić musiałbym jechać do Bielska Podlaskiego lub Bociek. Podróż kosztuje, zabiera czas. A to jest najdroższa z rzeczy na gospodarstwie. Banki podnoszą ceny, więc opłaty w formie papierowej są nieopłacalne. Ja dziennie kilka transakcji muszę wykonać. Więc komputer jest tutaj niezastąpiony. Druga rzecz - części zamienne do wszelkich urządzeń. Mogę je zamówić przez np. telefon lub faksem. Ale dzięki internetowi mogę kupić taniej i szybciej. Można powiedzieć, że zyski na gospodarstwie nie rosną. Dochody z litra mleka spadają. Można więc to nadrabiać skalą produkcji i oszczędnościami. I właśnie tutaj potrzebny jest internet. Dzięki temu zakupiłem czujniki prądu, które wszystkim polecam, gdyż dają duże oszczędności. Takie rzeczy, które racjonalizują, pozwalają godziwie żyć. Mimo wzrostu cen stałych, takich jak wzrost cen pasz, udaje się zachować dochodowość. - Dlaczego cena mleka jest niska? - Mleka mamy za dużo, a konsumpcja w Polsce jest za mała. Spadek euro i dolara ma także wpływ na eksport. Wzrost cen ropy. Mleko będzie tanieć również z tego powodu, że np. Chińczycy przestali u nas kupować. Patrząc na to w makroskali, to widać. Z tego co wiem, to np. Mlekovita sprowadziła sery z innych krajów i doczepiła swoje metki. Trudno także sprzedać proszek, bo ten rynek załamał się w świecie. - Jakie więc są perspektywy rozwoju? - Z mojego punktu widzenia należy popracować nad kosztami. Nam się tylko wydaje, że nic nie można zrobić. Trzeba trzymać rękę na pulsie. Np. zdrożała soja, ale nie zdrożał słonecznik, więc tutaj należy widzieć oszczędności. Nie należy trzymać się wyłącznie drogiej paszy. - A rolnicy, bez wiedzy, bez internetu stoją na straconej pozycji? - Bez wiedzy trudno iść do przodu. - Rolnicy często narzekają na brak wolnego czasu. Brak urlopów. - No nie, ja już się dorobiłem trochę innego gospodarowania. Na stałe u mnie pracują trzy osoby. Dzieci często mogą gdzieś pojechać. Mankamentem jest to, że latem muszę być na gospodarstwie. Ale zimą jest wyjazd rodzinny do Szwajcarii na narty. Stałem się zapalonym narciarzem. - Ma pan dużo rolniczego sprzętu. - Według mnie polityka rolna państwa jest błędna. Jest limit dopłat, który nie pozwala mi na umaszynowienie gospodarstwa. W przypadku małych gospodarstw może dawać to określone profity, ale nie u mnie. Z jednej strony państwo jakby chce wspierać młodych rolników i stara się, aby gospodarstwa nie były dzielone. A ze strony drugiej, ja aby otrzymać więcej dopłat, muszę rozpisywać gospodarstwo na żonę, dzieci. Zawsze korzystałem ze wszystkich funduszy unijnych. Powinny one być do produkcji. A nie tak, że ten kto ma ziemie, może korzystać z wszelkiej dobroci unijnej, a jak już ma krowy, to nie. - Czy można mówić o powołaniu w przypadku bycia rolnikiem? - Mam duże gospodarstwo, ponad 200 ha. Kiedyś inaczej na wszystko patrzyłem. Miałem jakąś wizję, cele. Dzisiaj przez politykę naszego państwa, nie widzę realnych perspektyw. I swoich dzieci nie zachęcam do pozostania na gospodarstwie. A to, że mi na razie wychodzi, to wynik ekonomicznej zaradności. Ale tak jest w każdej dziedzinie. Nie mogę powiedzieć, że w moim przypadku jest to powołanie. Byłem jedynakiem i jakoś tak wyszło, że zostałem na wsi. Uczyłem się wszystkiego. Dużo dał wyjazd na Zachód. Już jako 17-letni chłopak pojechałem z wycieczką. Wówczas w Niemczech i Holandii zobaczyłem co u nas będzie za 20 lat. Nabrałem śmiałości, zauważyłem w którą stronę mam zmierzać. Ale to nie powołanie. - Więc po tylu latach, różnice pomiędzy tym co pan widział za granicą i co jest w Polsce, zanikły? - Jest kilka rodzajów różnic. U nas upadły wszystkie organizacje rolnicze, które mogły cokolwiek dla rolnictwa zdziałać. Na przykład w Holandii nie ma zakupów sprzętu rolniczego wyłącznie do jednego gospodarstwa. Kupuje się dla wielu. Jaki jest sens zakupu paszowozu dla np. 30 krów? Tam są związki rolnicze świadczące sobie usługi. I to jest dobry kierunek. Tam można koszty ciąć znacząco. Inną różnicą jest dozowanie rynku, czyli jest kontrolowana sprzedaż np. rzepaku, który jest sprzedawany cały rok. Pilnuje się tam, aby ceny nie spadały. U nas sprzedaż jest jakby jednorazowa, jest dyktat kupujących. Stanisław Nikonowicz widzi potrzebę zmian w rolnictwie. Gdy mówi, to wszystko wydaje się proste. I jakby prostą wydaje się praca, efektem której jest zdawanie 50 tysięcy litrów mleka miesięcznie. Na razie wiedza, którą posiada i pogłębia, pozwala na omijanie wszelakiego rodzaju raf, które stają na drodze wielu rolnikom.
Jacek Piotrowski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. JP
Komentarze