Rozmowa z Andrzejem Wrzecionko, artystą rękodzieła, stosującym oryginalną technikę plecionkarstwa
- Panie Andrzeju, pewnie już jako dziecko wyróżniał się Pan zdolnościami plastycznymi, a może nawet i malował na ścianach swego pokoiku?
- Pamiętam swój pierwszy akt twórczy, może nie wszyscy się na nim poznali. Był to „mural pomidorowy” – przejrzałe pomidory wylądowały na ścianach. Dokonałem tego wraz z moją kuzynką – wnętrze mego rodzinnego domu, jedna ściana została obrzucona pomidorami. Wszyscy byli w szoku, niemal załamani.
- A pierwszy poważniejszy projekt Panie Andrzeju, jak zaczęła się przygoda artystyczna?
- Zająłem się rękodziełem, a materiałem podstawowym w mojej twórczości było siano, kora, wiklina. Po części było to koniecznością, ponieważ po skończeniu studiów zamieszkałem nieopodal gór w Beskidzie Niskim i musiałem się z czegoś utrzymać. Pierwsza indywidualna wystawa moich dzieł miała miejsce w Krośnie w 1997 roku. Tytuł wystawy „Bliżej ziemi”.
- Dlaczego właśnie taki tytuł?
- Ze względu na naturalne wytwory ziemi, które służyły mi jako tworzywo. Przetwarzałem je w formy sztuki użytkowej.
Były to np. wielkie amfory z siana, misy, fotele, ale też prace z zakresu sztuki dekoracyjnej: anioły, figurki zwierząt, szopki bożonarodzeniowe.
- Kiedy nastąpił pierwszy sukces międzynarodowy?
- Duża szopka bożonarodzeniowa z naturalnej wielkości figurami ludzi i zwierząt - było to zamówienie do zrealizowania wystroju wnętrza wielkiej restauracji w Norymberdze w 1999 r. Wkrótce potem zostałem zaproszony na wystawę szopek z całego świata do Arles w południowej Francji. Ma ona już za sobą ponad siedemdziesięcioletnią tradycję wystawienniczą. Reprezentowałem na niej Polskę. W sumie przed pandemią miałem dziesięć prezentacji dużych szopek za granicą i w Polsce.
- A jaki był największy, spektakularny sukces?
- Zwieńczeniem było umieszczenie moich szopek w Muzeum Mostu Karola w Pradze. Największa szopka składająca się z prawie trzydziestu figur wykonanych w technice własnej sznurów sianowych znalazła się w Księdze rekordów Guinnessa.

- Przez prawie dwadzieścia lat mieszkał Pan w Beskidzie Niskim. Teraz wrócił Pan do Bielska Podlaskiego. Co zdecydowało o tym?
- Spełniłem się w jakiś sposób jako człowiek gór i postanowiłem wrócić do swoich korzeni, a tworzyć można wszędzie.
- Czy nadal chce Pan tworzyć w swojej oryginalnej technice sznurów sianowych, czy tu też będzie zmiana?
- Wracając do rodzinnego miasta nastawiłem się na przekazywanie swojej wiedzy i umiejętności młodszym adeptom rękodzieła i sztuki, a więc prowadzenie różnego rodzaju warsztatów rękodzielniczych z dziećmi i młodzieżą. Chcę pozostać wierny technice sznurów sianowych.
- Czy miał już Pan jakieś propozycje w Bielsku Podlaskim?
- Wracając nie spodziewałem się tak dużego zainteresowania. Miałem szereg propozycji, nadal są aktualne. Niestety wszyscy musimy czekać na złagodzenie i koniec pandemii, praca w większych grupach jest obecnie niemożliwa. Czekam na lepsze czasy.
- Dziękuję za rozmowę
Andrzej Salnikow, fot. archiwa AW
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
A gdzie takiego hohoła można nabyć? I za ile monet?
A gdzie takiego hohoła można nabyć? I za ile monet?