Reklama

65 rocznica zagłady siemiatyckich Żydów - Kehilat Semyatits

13/11/2007 14:37

W tych dniach mija 65 lat od listopadowych dni roku 1942 – zagłady kilku tysięcy Żydów, obywateli Siemiatycz, w obozie w Treblince. Przypomina o tym napis na jednym z kamieni w mauzoleum: „Patrz… i z Siemiatycz tu byli”.
          Oto, co piszą o tym tragicznym czasie sami Żydzi. Redakcja sięgnęła w tym celu do oryginalnych fragmentów księgi pamięci „Kahał Siemiatycki” ?ehilat Semya?its" /ha-orekh, Eliezer ?ash (?ur Shalom) wydanej w 1965 r. w Tel Avivie (pod redakcją Eliezera Tasha (Tur Shalom), w komitecie redakcyjnym byli: dr Shmuel Sukenik, Yitzchak Kaplan, Arie Spialter, David Kimchi, Joseph Kupperschmidt, Issar Rabinovitch, Harry Shabbes)
(…)
          Trzy miesiące getta
          Od 21 czerwca 1941 r. do 12 listopada 1942 r. Żydzi w Siemiatyczach korzystali z wolności jedynie przez dwie godziny, podczas których mogli opuszczać domy. Później byli uwięzieni w getcie, otoczeni drutem kolczastym, pilnowani przez specjalnych nazistowskich strażników.
Do getta Żydzi zabrali ze sobą głównie drobny sprzęt domowy. Większość wyposażenia ich domów została zniszczona przez nazistów podczas rozmaitych najść na ich domy. Wzięli też tyle żywności, ile byli w stanie unieść. Nie wszystko dotarło do getta, bo Niemcy odbierali im toboły i wrzucali na wozy, zabierając wszystko, co im wpadło w oczy. Naziści trzymali w getcie nie tylko Żydów z Siemiatycz, ale również z Drohiczyna, Mielnika, Nurca i okolicznych wsi.
W getcie było wyjątkowo ciasno. W pomieszczeniach mieszkalnych na każdą osobę przypadało 1,1 metra kwadratowego. Judenrat usiłował interweniować, ale bez skutku. Część osób nie mogła znaleźć miejsca w budynkach mieszkalnych i była zmuszona chronić się w stodołach obok cmentarza lub kopać ziemianki.
Każdy mieszkaniec getta dostał specjalny identyfikator. Codziennie Żydzi byli zabierani do drobnych robót, za które płacono im marne grosze. Getto jednak nie głodowało. Po pierwsze, większość zabrała ze sobą zaopatrzenie, po drugie – żywność była dostarczana z zewnątrz. Tym, którzy nie mieli co jeść wspólna kuchnia wydawała trzy posiłki dziennie. Chleb był dostarczany z piekarni żydowskiej działającej na zewnątrz getta. Judenrat dał konia i wóz Hershlowi Platnickiemu, który woził nim chleb do getta.
W święto żydowskiego Nowego Roku - Rosh Hashanah - Żydzi mogli pozostać na terenie getta, ale musieli się opłacić. Do pracy poza getto poszła tylko mała grupa. Ponieważ wszystkie synagogi znajdowały się poza gettem, Żydzi modlili się prywatnie w domach, w grupkach po około dziesięć osób. Ich modły i lamentacje sięgały nieba. Ale szatani nie pozwolili nawet na płacz. Zebrali na środku getta wszystkich mężczyzn, bezlitośnie ich pobili, ucinając im brody. Naziści zmusili fryzjera Shinne do obcięcia brody rabinowi. Dopiero po tym Żydzi mogli wrócić do swoich kwater.
Siemiatyckie getto istniało trzy miesiące. Przez ten czas Żydzi byli bestialsko torturowani, wielu z nich zastrzelono. Były to jednak dziecięce igraszki w porównaniu z wydarzeniami 2 listopada 1942 r., które stały się początkiem likwidacji najświętszej wspólnoty siemiatyckiej.
W środku nocy Niemcy nagle otoczyli getto z bronią wymierzoną w mieszkańców. Żydzi już wcześniej wiedzieli od J. Rosenzweiga, że sytuacja jest beznadziejna. W niedzielę o 6 rano zobaczyli Rosenzweiga szybko biegnącego. Śmiertelnie przestraszeni zapytali go, co się dzieje. Odpowiedział: „Moi przyjaciele, jest źle. To jest nasz koniec. Kto może, niech się ratuje”. Tę ponurą prawdę zaraz potem potwierdzili - za pieniądze - dwaj Niemcy. W getcie wybuchła ogromna panika. Ludzie biegali naokoło, jakby byli umysłowo chorzy. Pytali siebie nawzajem, co powinni robić. I nikt nie potrafił odpowiedzieć, nawet sam sobie. Fatum zawisło nad gettem, w którym brzmiało jedyne ważne pytanie: skąd mogłoby nadejść ocalenie?
Wczesnym rankiem w niedzielę naziści ujawnili swoje zamiary. Niemiecka policja weszła do getta, chwyciła czterech żydowskich balwierzy i zabiła ich. Rano w bramie getta, w drodze do pracy, w biurze burmistrza został zastrzelony Jankiel Orlański.
W poniedziałek 3 listopada, następnego dnia po otoczeniu getta przez nazistów, Żydzi zdali sobie sprawę, że nie ma nadziei. Część próbowała uciekać do lasu. Tam jednak byli ukryci Niemcy, którzy zaczęli strzelać. Kilkuset żydów zginęło od kul morderców. Reszta nie miała wyjścia i musiała wrócić do getta.
Stary Judenrat już nie istniał. Miał inny skład i w rzeczywistości był pod jednoosobowym kierownictwem Meyera Szareszewskiego. Trzeciego dnia rano Żydzi zostali spędzeni na środek getta i ustawieni w szeregi po ośmiu. Każda ósma osoba musiała wystąpić przed szereg. Dzieci, starców i chorych wrzucono na wozy. Niektórych zabili na miejscu.
W ten sposób wyselekcjonowali około 2.400 osób i pognali na stację kolejową. Po drodze kilka osób zastrzelono. Poupychanym w wagonach Żydom mówiono, że zabierani są do pracy gdzieś na okupowanych terenach Rosji Sowieckiej. Nikt oczywiście nazistom nie wierzył. Jeśli ktoś miał jeszcze jakieś, najmniejsze choćby, wątpliwości co do niemieckich zamiarów, musiał się ich pozbyć zaraz po wjeździe pociągu do Czeremchy. Stało się jasne, że byli wiezieni do Treblinki. Usiłowali uciekać, wyskakiwali z pociągu. Polacy – za pieniądze - pomogli kilku Żydom uciec.
          Wszyscy, którzy byli w pierwszym transporcie z siemiatyckiego getta zostali przewiezieni do Treblinki i następnego dnia spaleni w piecach krematorium. Część nie posłuchała polecenia Niemców i nie stawiła się 5 listopada w bramie getta. Starali się uratować, ukrywając się na jego terenie.
W sobotę 8 listopada 1942 r., na trzeci dzień od wywiezienia pierwszego transportu, rozpoczęła się ostateczna likwidacja getta. Znów Niemcy polecili wszystkim Żydom zebrać się w bramie. Tym razem już nikt z żywych w getcie nie został. Israel Krawiec i Hershl Lajdak, jako ostatni, pomogli zamknąć bramę. Przewieziono ich niemieckim samochodem na stację kolejową, gdzie byli zgromadzeni pozostali Żydzi siemiatyccy. Kilku z nich zostało tam zabitych. Ludzie byli w okropnej panice. Ich lamenty mogłyby poruszyć kamień. Nikt, kto widział wtedy błagalne, przestraszone oczy małych dzieci, nie zapomniał ich aż do śmierci.
Wszystkich zaprowadzono do wagonów towarowych. Po ich całkowitym załadowaniu części Żydów pozwolono zająć przedziały pasażerskie, wśród nich policji getta i członkom Judenratu. Jeden z nich, zięć Dietcha z fabryki kafli, połknął pigułkę z trucizną. Wagony towarowe pełne ludzi stały na stacji przez cały dzień. Nocą, kiedy pociąg zaczął ruszać, panika jeszcze wzrosła. Ludzie pytali się nawzajem: gdzie nas zabierają? W głębi swoich serc znali straszliwą prawdę - na zagładę.
W tych tragicznych godzinach poprzedzających śmierć były jednak wagony, w których ludzie zachowywali się z większą determinacją. Jedna z grup postanowiła, iż gdyby okazało się, że pociąg rzeczywiście wiezie ich do Treblinki, będą próbować uciec. Kiedy upewnili się, że tak jest w istocie, zaczęli wyskakiwać z pociągu, chociaż ten jechał z dużą prędkością. Wyskoczyło jedenastu i wszyscy się uratowali. Wcześniej umówili się, że będą na siebie czekać, aby być razem. Tych jedenastu to: Abram Wallach, Irving Morer, Israel Krawitz, Herschl Resnik, Rifka Gruszkin, Max Gruszkin, Kalman Goldwasser, Lazer Resnik, Mates Tronowski i jego żona Sonya oraz jedna inna osoba.
J. Kohut, nauczyciel tysięcy dzieci, znalazł się w pociągu wraz ze swoimi uczniami. Widok Kohuta i jego uczniów razem w drodze do Treblinki, śpiewających pieśń „Hatikvan” i inne żydowskie pieśni narodowe był straszny, a równocześnie mistycznie chwalebny i przypominał wieczne żydowskie męczeństwo. Boże mój, pomścij ten bezsensowny przelew krwi!
Żydzi siemiatyccy w Treblince
          Kiedy pociąg z jadącymi na zatracenie Żydami siemiatyckimi dotarł do Treblinki, oczekiwali na niego już Niemcy z wielkimi psami i taśmami w kolorze czerwonym i niebieskim.
Pierwszym, który miał wyjść z pociągu był Kalman Rybowski podtrzymujący pod ramiona rabina Gersteina. Rabin spojrzał w niebo i wyszeptał: „Słuchaj, Izraelu!” (Shema Yisrael). Młynarz Benye niósł na rękach dwójkę kalekich dzieci. Zostali podzieleni na trzy grupy: mężczyźni, kobiety i dzieci. Chociaż padał obfity śnieg, każdy musiał rozebrać się do naga. Drugi transport liczył 3.200 Żydów z Siemiatycz. Spośród nich do pracy wyselekcjonowano 152, resztę jeszcze tego samego dnia spalono w krematorium.
cdn

        Tłumaczenie na język polski z przekładu w języku angielskim Adaha B. Fogela – Marek Antoni Nowicki, fot Antoni Nowicki

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama