Reklama

50 lat w służbie ludziom

05/08/2008 14:06
„Po pierwsze nie szkodzić”. To starożytne przykazanie Hipokratesa jest do dziś najważniejszą przysięgą lekarzy - ludzi, którzy, z racji wykonywanego zawodu, w każdej sytuacji zobowiązani są nieść pomoc i opiekę innym. Niekiedy bywa również tak, że całym swoim życiem i całym sobą poświęcają się ludziom i swojej pracy. Wtedy mówimy, że to lekarz z powołania i człowiek z ogromną pasją.
          Takim właśnie człowiekiem, jest felczer medycyny Stefan Torczyński. Felczer to zawód, który w zasadzie już nie istnieje w Polsce od wielu lat. Pierwszego sierpnia mija właśnie 50 lat, od kiedy młody chłopak Stefan Torczyński, po skończeniu nauki w Łodzi i uzyskaniu tytułu felczera medycyny, przyjechał na Podlasie, by leczyć i pomagać ludziom.
          - Jak to się stało, że przyjechał pan na Podlasie, do Widźgowa?
          - Pochodzę z okolic Konina, z poznańskiego, tytuł felczera zdobywałem w Łodzi. Razem z kolegami wiedzieliśmy, że po wojnie na ścianie wschodniej są potrzebni lekarze. Wspólnie, ja i jeszcze dwóch moich kolegów, po skończeniu nauki postanowiliśmy przyjechać w białostockie. Jeden z moich kolegów wrócił po trzech dniach, drugi z kolei po roku. Ja również planowałem być tylko przez rok, zostałem jednak 50 lat. Pierwszego sierpnia mija 50 lat od podjęcia mojej pierwszej pracy zawodowej. 30 lipca 1958 roku, gdy przyjechałem do Widźgowa, przyjąłem swoją pierwszą pacjentkę. Była to ośmiomiesięczna dziewczynka, która dzisiaj (tak to losy się niesamowicie plączą) jest teściową mojej wnuczki!
          - Dlaczego pan został?
          - Tu czułem się potrzebny, jestem lekarzem, ludzie mnie potrzebowali i wiedziałem, że robię coś bardzo ważnego. Po 3 miesiącach założyłem też własną rodzinę, człowiek musiał trwać przy rodzinie i przy tym, co uznałem za słuszne w swoim życiu, czyli pomoc ludziom.
          Początki były bardzo trudne, gdy przyjechałem do Widźgowa. Trzynaście lat po wojnie nie było jeszcze na tych terenach prądu. Żeby np. wysterylizować strzykawki, trzeba było gotować je na płycie kuchennej lub używać do tego denaturatu. Denaturat był wówczas na kartki, był przydział 2 litry na miesiąc. Ale i tak nie można było dostać go w sklepie. Studiowałem wówczas w Łodzi fizykę i gdy jeździłem co trzy tygodnie na zajęcia, przywoziłem z Łodzi nawet 20 litrów denaturatu. Było ciężko utrzymać się, istnieć. Proszę tylko sobie wyobrazić, że miałem jedną tonę węgla na zimę z przydziału i tak trzeba było przetrwać i radzić sobie. Pamiętam też pierwszą akcję szczepień przeciwko polio w 1958 roku, 3 grudnia. Zaszczepiliśmy wtedy w czwórkę z innymi lekarzami 930 osób. Dzisiaj jak o tym myślę, wydaje mi się to niewyobrażalne. Jednak przez 35 lat pracowałem sam, dopiero, gdy wybudowaliśmy nowy ośrodek, dołączyła do mnie pielęgniarka. Nie miałem ani sekretarki, ani żadnej pomocy, ze wszystkim radziłem sobie sam. W roku 1961 założono prąd we wsi, nie było jeszcze jednak dróg. Do pacjentów jeździłem rowerem lub furmankę, tzw. wozem żelaźniakiem, zimą natomiast saniami. Zimą, gdy moja żona rodziła, wiozłem ją saniami do karetki, która utknęła w zaspach. Nie dotarliśmy jednak do karetki, zatrzymaliśmy się w gajówce i tam żona urodziła dziecko. Wszędzie było daleko, mój ośrodek obejmował wówczas dwanaście wsi, w których mieszkało 3.300 osób. Po chleb musiałem jeździć rowerem do Brańska, takie były czasy. Potem stać mnie było już na motocykl, „zjeździłem” cztery motory jeżdżąc do pacjentów. Po 14 latach pracy, w 1972 roku kupiłem pierwszy samochód.
          - Mieszkańcy wsi pomagali?
          - Bardzo. To właśnie dzięki tym ludziom ten ośrodek mógł przetrwać. Byli i są nadal dla mnie bardzo życzliwi i pomocni. Wspierali i pomagali mi, jak tylko mogli. Wszyscy rozumieli chęć pomocy, potrzebę wspierania. Była solidarność ludzka, która wynikała z potrzeby chwili, z potrzeby istnienia. Wdzięczność im należy się ogromna, bez ich wsparcia i życzliwości nie przetrwałbym.
          - Istniała groźba, że ośrodek może być zlikwidowany?
          - Tak, ponieważ nie mieliśmy własnego lokalu, początkowo ośrodek mieścił się w prywatnym mieszkaniu sołtysa, po 14 latach w kolejnym i ciągle nie mieliśmy własnego. Wspólnie z tutejszą społecznością powołałem społeczny komitet budowy. Po wielu staraniach wywalczyliśmy prawo do budowy budynku. I tak od 1985 roku zaczęliśmy wspólnymi siłami budowę nowego ośrodka. Budowała gmina, ale przy bardzo dużej pomocy mieszkańców wielu wsi, nie tylko Widźgowa. W trudzie i znoju ludzie zalewali fundamenty, stropy. Po ośmiu latach budynek był gotowy do użytku. Dzięki temu, że wybudowaliśmy lokal, uniknęliśmy likwidacji.
          - Jak panu udało się przetrwać zmiany i reformę w systemie opieki zdrowotnej?
          - Byłem nauczony radzić sobie ze wszystkim, samodzielnie pracowałem, nie musiałem się opierać na nikim, wszystko musiałem sam organizować przez wiele lat. Więc ta zmiana nie była dla mnie czymś nowym. Wystarczyło chcieć, a chcieć tzn. zorganizować ZOZ, czyli niepubliczny zakład opieki zdrowotnej. Zorganizowanie ZOZ-u to głównie chęci i znajomość tematu. Jako pierwszy w województwie podlaskim w 1999 roku zarejestrowałem ZOZ, oczywiście wcześniej były zarejestrowane gabinety lekarzy rodzinnych lub specjalistyczne. Jednak jako niepubliczny ZOZ mój ośrodek był pierwszy. Nie widziałem innej przyszłości, tylko uważałem, że trzeba dalej trwać.
          - Wiem, że w tej chwili ma pan kilka ośrodków zdrowia?
          - Tak, po reformie zapadały decyzje o zamknięciu ośrodków w Chrabołach, w Łubinie. Przyjeżdżali do mnie ludzie, ksiądz, lekarz, który już był za stary, aby móc dalej radzić sobie z rzeczywistością i prosili abym pomógł. W ten sposób powstawały kolejnie ośrodki pod moją pieczą. W Chrabołach, w Łubinie, a następny, po dwóch latach był w Pobikrach, tam musieliśmy ponownie przywrócić ośrodek, ponieważ od dwóch lat już nie istniał. Kolejna były przychodnia w Brańsku, a od 1 lipca tego roku powstała przychodnia w Ciechanowcu.
          - Są jeszcze jakieś plany na przyszłość?
          - Nigdy niczego nie planowałem, jeśli chodzi o organizację tych ośrodków. To ludzie po prostu mnie poprosili, dostrzegli potrzebę, a potem ją wspierali.
          - Nie żałował pan nigdy, że nie wyjechał razem z kolegami?
          - Nie, nigdy nie żałowałem. Nie żałowałem nawet, że nie zrobiłem np. jakiejś kariery akademickiej. Tu, na tym miejscu czułem się potrzebny, sława mnie nie cieszyła. Satysfakcję z pacjentów miałem nie mniejszą, niż nie jeden profesor. Zdobyłem tytuł felczera medycyny, to zawód, który dawał uprawnienia w leczeniu. Studiowałem i skończyłem też w Łodzi fizykę. Ta dziedzina nauki przydała mi się w życiu, ponieważ nauczyłem się ścisłego, dokładnego i logicznego myślenia i oczywiście dzięki temu nie mam kompleksów niższości. Miałem kiedyś jedno wielkie marzenie, by wyjechać do Brazylii i leczyć tam ludzi. Ale zrozumiałem i zobaczyłem, że tu też jestem niemniej potrzebny. A poza tym miałem już rodzinę.
          - 50 lat pracy to powód do dumy, uznanie od ludzi.
          - Czy ja wiem? Powiedziałbym raczej, że do zadumy. Zdaję sobie sprawę z tego, ile mam lat i jak blisko jest do końca, to raczej smutne. Każdy człowiek, który wybiera ten zawód, powinien wiedzieć, że z tym uznaniem bywa różnie. Że często tam, gdzie włoży serce, uzyska złe zdanie o sobie, a tam, gdzie nie zrobi nic, ludzie go pochwalą. Z tymi pochwałami należy być ostrożnym. Często ludzie mówią coś na wyrost, w sposób nierzetelny. Dlatego lekarz nie powinien tego słuchać, pochwały mogą być po prostu fałszywe. Samemu należy mieć pewien osąd i wiedzieć, że postępuje się słusznie. W naszej pracy często spotyka nas zawód, nie należy oczekiwać wdzięczności, tylko trwać i wiedzieć, że to jest potrzebne i że to „ja pomagam ludziom!” Nawet, jeśli chory oceni to negatywnie, to może po latach zrozumieć i będzie wiedział, że się pomylił. Jeśli jestem przekonany o słuszności czegoś, o słuszności własnego postępowania, to tak też postępuję. Bo wiem, że wobec siebie i Boga jestem w porządku. Rozliczam się tylko w takich kategoriach, które nie są sprzeczne z naukami kościoła i innymi normami moralnymi. Nawet, jeśli komuś może się to nie podobać, a zawiść jest cechą bardzo niską.
          - Jakie plany na przyszłość?
          - Trwać i nie poddawać się, dopóki zdrowie i zdrowie umysłowe pozwoli, mam zamiar czynnie uprawiać zawód. Może, gdy już nie będę mógł pracować w zawodzie, całe swoje życie zawodowe i nie tylko przeleję na papier.
          - Dziękuję za rozmowę.

          Marta Kuźmik, tygodnik Głos Siemiatycz
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama