:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  27°C lekkie zachmurzenie

Pierwsze dni września 1939 r. w Siemiatyczach

Notatnik historyczny, Pierwsze września Siemiatyczach - zdjęcie, fotografia

Koniec lata 1939r. Siemiatycze, drugie co do wielkości miasteczko w powiecie bielskim. Mieszkają tu 8183 osoby. Co drugi mieszkaniec jest wyznania mojżeszowego. Kilkanaście procent mieszkańców stanowią prawosławni. Żydzi zajmują się w większości przemysłem, handlem.

       Podział ten jednak nie zakłóca w miarę zgodnego współżycia wszystkich mieszkańców.  Docierają do nich coraz bardziej niepokojące wieści polityczne, bowiem sytuacja międzynarodowa za sprawą hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego Związku Sowieckiego prowadzi nieuchronnie do wielkiej wojny w Europie. Nikt w Siemiatyczach oczywiście nie wie wtedy o zawartym w sierpniu pakcie Ribbentrop – Mołotow, wedle którego wschodnia Polska wraz nadbużańskim Podlasiem mają wkrótce stać się częścią Związku Sowieckiego. 

       Po latach, Antoni Nowicki, późniejszy fotograf siemiatycki, wówczas mając 18 lat, pracujący jako stażysta w Kasie Stefczyka, tak wspominał panującą wtedy atmosferę:  „Już kilka dni przed 1 września 1939r. okna we wszystkich domach były poklejone papierami, aby nie wypadły szyby po wybuchu pierwszych bomb. Trochę to jednak zabezpieczało. Była wielka panika. Nikt tu sobie nie wyobrażał, jak ta wojna może wyglądać. Starsi pamiętali poprzednią wojnę – światową, ale nie można było tego porównywać”.

      Atmosferę narastającego napięcia zapamiętał również w swoich wspomnieniach Zdzisław  Rycerz, syn siemiatyckiego księgarza, wówczas dziesięciolatek: „Rozmowy starszych. Długie, niekończące się dyskusje na temat zbliżającej się wojny. Radiowe przemówienie ministra Becka. Mieliśmy głośnikowe radio, niezbyt jeszcze powszechny sprzęt w Siemiatyczach. Ojciec otwierał okno, wystawiał na parapecie okna radio i nastawiał głośność na maksimum. Pod oknem gromadziło się zbiegowisko ludzi. Przeważali okoliczni Żydzi. Słuchano w napięciu i ponurym nastroju. Szczególnie przemówienia ministra spraw zagranicznych - Becka. Nie pamiętam, czy przed tym przemówieniem, czy po, była mobilizacja. Rejwach w mieście, gońcy rozwożący na rowerach karty mobilizacyjne. Niezbyt dobrze to rejestrowałem. Udzieliła mi się tylko ogólna atmosfera podniecenia. Być może także strach w oczach dorosłych … Na rynku pojawiły się patrole żandarmerii wojskowej. Polowe mundury, karabiny z bagnetami, jakimś bardzo długimi, czworokątnymi, widocznie z poprzedniej wojny - francuskimi. Maszerowali, wyglądając groźnie, jak mi się wówczas wydawało. Szli długim, wolnym, marszowym krokiem, chrzęszcząc okutymi i gwoździowanymi butami. Patrolowali rynek”.

       Początek wojny

      1 września, pierwsze niemieckie naloty nad Polskę odbyły się o godz. 4.40, na godzinę przed wschodem słońca. Powoli wstawał świt.  Było prawie bezchmurnie. W tych dniach była przyjemna temperatura końca lata, 20 – 22 stopnie, w słońcu gorąco, sucho i ciepło. O godz. 5.15 pierwsze samoloty niemieckie zrzuciły bomby na most kolejowy na Bugu w Maćkowiczach.

       Most obsadziła w sierpniu 1939r. II i V bateria 9 dywizjonu artylerii przeciwlotniczej DOK IX w Trauguttowie k. Brześcia Litewskiego, która rozlokowała się przy moście od strony wsi Maćkowicze i z drugiej strony mostu koło wsi Fronołów. W pierwszych nalotach i bombardowaniach brały udział trzy klucze, a więc dziewięć samolotów typu „Heinkel 111P”. Bomby zrzucane z dużej wysokości spadały jednak do wody lub daleko od celu. Pojawił się również „Junkers”, ostrzeliwując most z broni pokładowej. Pomimo częstych (kilka razy dziennie) nalotów, obrona mostu była na tyle skuteczna, że nie został on trafiony. Nie było też poważniejszych strat w ludziach. Pewną rolę w obronie odegrał podciągnięty bliżej mostu, ze stacji Siemiatycze, pociąg z amunicją. Obrońcy mostu trafili sześć, a strącili co najmniej trzy samoloty wroga (spadły w okolicy Bociek, Wysokiego Litewskiego i Janowa Podlaskiego).  Baterie broniły się do 12 września, kiedy wojska niemieckie, piechota i czołgi, zmusiły żołnierzy polskich do wycofania się na drugą stronę Bugu i dalej na wschód w kierunku Brześcia. W obronie mostu brali  udział jako żołnierze m.in. Adam Krasowski i Konstanty Skierczyński z Siemiatycz.

        8 września, w piątek, ok. godz.6 rano samoloty wchodzące w skład Grupy Lotniczej „Prusy Wschodnie", dowodzonej przez gen. lot. W. Wimmera wracające znad mostu na Bugu, zrzuciły na miasto całą masę bomb burzących i zapalających. W ten sposób dla Siemiatycz rozpoczął się trudny i dramatyczny czas wojny.

        Następnego dnia około godz. 18  samoloty zrzuciły bomby w rejonie kościoła. Zapaliły się domy przy ul. Czartajewskiej, drewniane, kryte słomą. Spaliły się prawie wszystkie. Tam były pierwsze ofiary. Jak podaje W. Monkiewicz (Zbrodnie hitlerowskie w Siemiatyczach w okresie II wojny światowej, Studia i materiały z dziejów Siemiatycz, Warszawa 1989): w jednym z domów ogarniętych pożarem spłonęła żywcem obłożnie chora Paulina Gryniewicz, licząca 60 lat. Jej siostra, 40-letnia Anna Gryniewicz w panice wybiegła na ulicę i udała się nad Kamionkę, gdzie została zastrzelona przez jednego z lotników niemieckich, który po zrzuceniu bomb specjalnie zszedł na niższą wysokość, aby celniej (w locie nurkowym) trafić z karabinów pokładowych w uciekających ludzi. Omal nie doszło do tragedii również, gdy na podwórzu Hamerszlaka (prowadził magazyn i sklep z naftą w budynku po północnej stronie Rynku, w którym po wojnie mieściła się popularna knajpa), wybuchła bomba. Na szczęście mieszkańcy byli już na to przygotowani, że nikomu nic się nie stało.

         Wg danych W. Monkiewicza przy ul. Czartajewskiej oraz innych ulicach i placach na skutek nalotów spaleniu lub zniszczeniu uległy 134 budynki, w tym 27 mieszkalnych.

       Wspomina dr Adam Wołk, wówczas mały chłopiec obserwujący wydarzenia z majątku w Czartajewie: „Niemcy nadlatywali coraz częściej, coraz niżej. Pamiętam pierwsze bombardowanie Siemiatycz. Nadleciał nad ul. Czartajewską samolot i bombami zapalającymi, sześcioma chyba, wzniecił pierwszy wojenny pożar. Było to koło 4.00 po południu. Łuna długo gorzała nad miastem, widoczna z naszego Czartajewa. Bomby burzące celowane były w kościół – upadły na mokradła nad Kamionką, tu gdzie dziś powstał zalew. Obwód wyrwy w ziemi obmierzył wójt, wynosił 60 kroków. Zaczęły się teraz te niskie, bezczelne latania niemieckich samolotów. Czarne krzyże na skrzydłach tak nieprzyjazne były, wrogie”.  

      Oddajmy również głos Oldze Olschewski, nauczycielce z Bawarii, która była boną do dzieci w rodzinie Wołków, a która w swoim pamiętniku pod datą 8 września zapisała: „Wieczorem widzieliśmy trzy blisko siebie lecące niemieckie oraz cztery trochę mniejsze, wyżej lecące, lśniące samoloty. Nagle nastąpiły dwie detonacje, tak silne, że nasze drzwi i okna zatrzęsły się, potem kilka słabszych. Po kilku minutach zaczerwieniło się niebo ze strony Siemiatycz, dym w ciemnych chmurach wzniósł się ku niebu i wąska czerwona smuga zabarwiła wieczorne niebo. Dokładnie po przeciwnej stronie zachodziło słońce. Pięknie, na czerwono, majestatycznie, wycofywało się powoli za ciemną chmurę, jakby zasłaniało promienne oblicze przed okrucieństwem wojny”.

      Ze wspomnień Zdzisława Rycerza:  „Jakiś oddział sanitarny z rannymi zatrzymał się w Siemiatyczach. Zakwaterował się w starej szkole przy ulicy Czartajewskiej, na zakręcie ulicy w pobliżu cerkwi. Potrzebowali pomocy medycznej. Zgłosiła się między innymi moja mama  (akuszerka - jako pielęgniarka) i jej wujek dr Kazimierz Arcichowski. Opiekowali się rannymi wspólnie z pielęgniarką wojskową, sanitariuszem i lekarzem wojskowym. (…)  Po uzgodnieniu z lekarzem wojskowym, niektórzy z mieszkańców zabierali lżej rannych do swoich domów. Lekarz wystawiał im dokumenty zwolnienia ze szpitala, aby nie uważano ich za dezerterów. Ponadto chodziło o to, żeby w przypadku wkroczenia do Siemiatycz wojsk niemieckich, nie zostali zabrani do obozów jenieckich. Ukryci w prywatnych domach lżej ranni żołnierze uratowali się. W cywilnych ubraniach, chyba większość z nich zdołała powrócić do swoich domów. (…)  Nie słyszałem wówczas, żeby którykolwiek z tych żołnierzy wpadł w ręce Niemców czy później sowietów (…).  Zmarło wówczas w ciągu kilku dni kilkunastu rannych żołnierzy (…).  Zmarłych żołnierzy miejscowi ludzie pochowali na siemiatyckim cmentarzu, w pustej wówczas kwaterze "nowego" cmentarza, - w północno- zachodnim narożniku ”.

       W tych dniach toczy się wielka bitwa nad Bzurą w centralnej Polsce. 10 września, po dwóch dniach obrony, pada odcinek umocniony Wizna - „Polskie Termopile”. Następnego dnia, 11 września, w poniedziałek, przed nocą do miasta wjeżdżają pierwsze oddziały głównych sił niemieckich. Przez trzy doby na ulicy Ciechanowieckiej słychać huk motorów. Jest to XX Dywizja Zmotoryzowana XIX Korpusu Pancernego gen. Heinza Guderiana, która wcześniej od strony Prus przekroczyła granicę Polski. Wielu ludzi wychodzi na ulice       oglądać Niemców. W zamieszaniu, pod kołami pojazdu niemieckiego ginie Eudokia Kobus.

        W walce z nimi ginie w Siemiatyczach sześciu żołnierzy polskich z rozbitego baonu zapasowego lotnictwa. Wyskoczyli z samochodu. Był on chyba uszkodzony. Kryli się między domami, ale zostali postrzeleni przez Niemców z karabinu maszynowego. Leżą na cmentarzu w grobie wojskowym.  Antoni Nowicki zapamiętał, że ktoś w samochodzie znalazł ich dokumenty i przyniósł do magistratu, polskiego, miejscowego, który w dalszym ciągu działał.

       Tego samego dnia, 11 września, Niemcy zbombardowali polski pociąg pancerny na wiadukcie k. Grabarki. Zginęli wtedy m.in. maszynista tego pociągu Jan Pypno (pochodził z Wołkowyska, miał wtedy 44 lata, pochowany jest na cmentarzu w Siemiatyczach) oraz kpt. Bandura, pochowany w żołnierskiej mogile koło wiaduktu.

        I znów Zdzisław Rycerz: „Ulicą 11 Listopada przez kilka dni przewalały się kolumny samochodów ciężarowych załadowane piechotą (niemiecką - przyp.MAN). Żadnych pieszych kolumn, samochody duże i małe, transportery gąsienicowe, żadnych koni ani taborów konnych. Przeciwnie niż polskie oddziały, z nielicznymi samochodami, z konnymi zaprzęgami, z nieliczną bronią maszynową noszoną na plecach, usiłujące oderwać się od nieprzyjaciela (…). Dopiero 4-5 kilometrów dalej, na Bugu, Polacy usiłowali zorganizować jakiś opór. Chyba stamtąd strzelała polska artyleria. Odpowiadali im Niemcy gdzieś spoza Siemiatycz. Słyszeliśmy lecące nad nami z charakterystycznym dźwiękiem pociski. Baliśmy się, zresztą niepotrzebnie, jak się potem okazało. Była to wymiana ognia między polskimi i niemieckimi bateriami. My byliśmy w „martwym polu(…). Widziałem z oddali, na tle płotu fabryki kafli, po drugiej stronie ulicy, jednego polskiego żołnierza z rękami podniesionymi w górę, prowadzonego przez dwóch Niemców w kierunku rynku. Był to dla mnie strasznie przygnębiający widok. W międzyczasie przybłąkał się do nas przestraszony żołnierz, przekradający się opłotkami. Chował się na podwórka, prosił o cywilne ubranie (…). W tyle, z boku szosy posuwali się szperacze niemieccy. Dalej po opłotkach posuwała się niemiecka tyraliera. Udało mu się schować wśród zabudowań. Szosą (ulicą 11 Listopada) jechała z chrzęstem gąsienic niemiecka kolumna pancerna. Z odległości stu kilkudziesięciu metrów Niemcy, zamknięci w czołgach i jadący w odkrytych transporterach gąsienicowych lub na motocyklach w gęstej kolumnie, nie mogli go widzieć. Musieli uważać na ruch na jezdni (….)”.

        Olga Olschewski postanowiła wtedy udać się pieszo z Czartajewa do Siemiatycz:„(….) Od rzeźni wzdłuż ulicy po obu stronach stały czołgi i odkryte samochody, wokół stali uzbrojeni żołnierze, rozstawiono straże. Podeszłam do nich pozdrawiając, a oni powiedzieli, że droga do miasta jest wolna. W krzakach na poboczu zauważyłyśmy wiele samochodów. Na podwórzach w przedmieściu było wszędzie pełno żołnierzy i samochodów. Wskutek pożaru wywołanego przez bomby wszystkie domostwa przy całej ulicy Czartajewskiej były spalone, gdzie drewniane domy pokryte były tylko strzechą albo gontem. Około osiemdziesiąt domów zostało spopielonych, sterczą tylko czarne kominy i opalone drzewa owocowe. Dwie kobiety padły ofiarą tego ognia. Na łące przy ulicy zostały zabite pasące się krowy księdza. Poza tym oprócz bezdomności rodzin żadnych innych szkód. W mieście wszystko było zamknięte, Żydzi siedzieli na stopniach schodów przed ich sklepami, kobiety i dzieci, prawie wyłącznie Żydzi, przyglądali się samochodom i żołnierzom z lękiem i ciekawością jednocześnie. Niemcy przeprowadzili grupę polskich żołnierzy i cywili z tobołkami na plecach przez miasto do kościoła. Kościół, który był kiedyś klasztorem (sic!), jest ogrodzony silnym murem. Zwykle zamknięta brama była otwarta, w niej stali uzbrojeni żołnierze, jeden był zajęty usuwaniem przymocowanego na murze kościelnym białego orła. Nad murem kościelnym stoi figura Anioła Michała z mieczem w ręku, na którą przechodząc tak chętnie spoglądałam, bo on przedstawia symbolicznie zwycięstwo dobrego nad złem, sprawiedliwości nad niesprawiedliwością, zwycięstwo mocy boskiej nad diabelską. (…).

       W nocy z 13 na 14 września bitwę z pancernymi oddziałami niemieckimi toczą  pod Olszewem żołnierze Suwalskiej Brygady Kawalerii.

       W tym czasie wiele rodzin ucieka z miasta przed wojną. Wyjeżdżają do znajomych, kuzynów albo zupełnie przypadkowo, licząc na los.   

       Wojska niemieckie po zajęciu Siemiatycz kierują się na Wysokie Litewskie a następnie Brześć.  Już 11 września do marszałka Śmigłego - Rydza stacjonującego w Brześciu dociera wiadomość o zajęciu Siemiatycz. Postanawia wtedy ewakuować swój sztab a w twierdzy zorganizować obronę. Toczą się walki o mosty na Muchawcu i Leśnej,  na przedpolach Brześcia.  W tym czasie w kierunku Brześcia wycofują się obrońcy mostu na Bugu.

       Po zajęciu Siemiatycz Niemcy aresztują jako zakładników księdza Stanisława Paczkowskiego, burmistrza Mieczysława Lankaua oraz byłego burmistrza Józefa Nowickiego. Obwożą ich po ulicach grożąc, że zabicie jakiegokolwiek Niemca będzie oznaczać, że zostaną oni rozstrzelani. Wkrótce jednak zakładnicy zostają wypuszczeni. Następnie wzywają rabina Chaima Gersteina, wiceburmistrza Jankiela Rubinsa oraz Zundla Monczera i czynią ich odpowiedzialnymi za miejscowych Żydów. 

       Dramatyczne  pierwsze dni okupacji niemieckiej znalazły również swoje miejsce w Księdze pamięci społeczności żydowskiej Siemiatycz pt: „Kahał Siemiatycki” (Kehilat Semyatits) (wydanej w 1965 r. w Tel Avivie).  Autorzy piszą, że pierwsza okupacja niemiecka Siemiatycz przypadła na okres Wielkich Świąt - Jom Kipur i Sukot. Wielu Żydów bało się jednak iść do synagogi lub w ogóle pokazywać się na ulicach. Rabin Gerstein ogłosił, że główna pieśń święta Jom Kipur „Kal Nidre” (wszystkie śluby) nie będzie śpiewana jak zwykle w nocy, ale o godzinie drugiej po południu, w przeddzień tego święta. W trakcie śpiewania  tej pieśni żołnierze niemieccy wtargnęli do synagogi i zaczęli śpiewać hymn nazistów - pieśń „Horst Wessel”. Następnego dnia, podczas obrzędów święta Jom Kipur, Niemcy weszli do siemiatyckich synagog. Modlący się w nich Żydzi wpadli w ogromną panikę. Wielu wyskakiwało przez okna. W synagodze „Khay Odom” przy ul. Drohiczyńskiej żołnierze niemieccy zastrzelili uciekającego Josela Turnera. Jego ciało zawisło na okiennym parapecie.

        Kilka dni później, ok. 17 września, wojska niemieckie – ku zaskoczeniu miejscowych - wróciły a następnie od 21 września zaczęły wycofywać się w kierunku północno – zachodnim, z którego wcześniej przybyły - drogą na Ciechanowiec. Ostatni żołnierze niemieccy opuścili okolice Siemiatycz 25 września. Nikt wtedy nie rozumiał, że wynikało to z tajnych porozumień z Paktu Ribbentrop – Mołotow, na podstawie którego 17 września granice Rzeczpospolitej na wschodzie przekroczyła Armia Czerwona i posuwając się szybko na zachód dotarła 28 września do Siemiatycz, ustanawiając w tej okolicy granicę między III Rzeszą i Związkiem Sowieckim na Bugu.  Potwierdził to zawarty 28 września niemiecko – sowiecki układ o przyjaźni i granicach.

       Jeszcze raz Olga Olschewski. Pod datą 25 września w jej pamiętniku znalazła się następująca notatka: „ (…) Po południu poszłam z naszą Irenką do Siemiatycz na zakupy, bo pani chce nieco zwiększyć zapasy. Nie wiadomo przecież, co przyniesie niedaleka przyszłość. Dopóki Niemcy tu stacjonowali, sklepy były otwarte. Jeszcze przed miastem zobaczyłyśmy wiele samochodów stojących na poboczach drogi. Przy jednym stało dwóch rozmawiających oficerów. Przechodząc usłyszałam słowa: - I wtedy przychodzą Ruskie. Nie wiem, co te słowa znaczą. Ja w ogóle nie wiem, co to się teraz na świecie dzieje. Niezliczone samochody i tanki zmierzają przez miasto ku szosie na Ciechanowiec. Niemcy wycofują się, bolszewicy nadchodzą. Wszystkie sklepy są zamknięte (…)”.

        23 września Sowieci zajmują Bielsk Podlaski i kierują się do Siemiatycz, do których wkraczają 29 września. Mieszkańcy Siemiatycz doświadczają ich okupacji po raz drugi. Po raz pierwszy dotarli tu podczas wojny polsko – bolszewickiej w sierpniu 1920r. 

        Marek Antoni Nowicki, fot z archiwum Kuriera Podlaskiego 

       /1. Wojsko niemieckie na ul. Ciechanowieckiej; 2. Róg ul 11 Listopada i Grodzieńskiej; 3.Rynek w Siemiatyczach pierwsze dni września/

Pierwsze dni września 1939 r. w Siemiatyczach komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się