Wjeżdżając od Hajnówki od strony Siemiatycz, mijamy zlokalizowany na skraju lasu pomnik – krzyż. Z napisu umieszczonego na tablicy dowiadujemy się, że w tym miejscu 23 czerwca 1941 roku sowieccy żołnierze zamordowali 15 wymienionych z imienia i nazwiska mieszkańców Siemiatycz i okolic.
Byli to: Stefan Czyżkowski z Osmoli, Stanisław Ekielski z Siemiatycz, Stanisław Kosiński z Siemiatych, Aleksander Sielicki z Siemiatycz, Jan Młodzianowski z Siemiatycz, Żyd Jaremko z Siemiatycz, Stanisław Krasowski z Krasewic, Tadeusz Kurek z Sytek, Antoni Lipiński ze Smorczewa, Michał Markiewicz z Kajanki, Teodor Mikiciuk ze Śledzianowa, Władysław Siekierko z Siekierk, Józef Tołwiński z Tołwina, Mikołaj Zaręba z Jesienówki, Antoni Maćkowiak z Miłkowic Maciek.
Z masakry uratował się Wiktor Maćkowiak z Sytek, który zbiegł w Milejczycach w trakcie konwojowania, oraz Jan Krasowski z Krasewic, który ranny uciekł z miejsca mordu. Co przywiodło wymienionych nieszczęśników w to miejsce? Czym narazili się sowieckiej władzy, że w tak okrutny sposób – strzałem w tył głowy - zostali pozbawieni życia?
17 września 1939 – Związek Sowiecki w zmowie z Niemcami dokonał wcześniej zaplanowanej agresji, celem której było zlikwidowanie państwa polskiego nie tylko militarnie. Zasadniczym celem było zagarnięcie anektowanych ziem oraz sowietyzacja i zniewolenie ludności. Dlatego też z miejsca, po wkroczeniu Armii Czerwonej, rozpoczęły się aresztowania na masową skalę i trwały aż do końca okupacji, tj. do 22 czerwca 1941. Represjom poddano ponad 2 mln Polaków. Jednym ze środków represji były wysiedlenia i deportacje, którymi objęto nie tylko rodziny, ale również całe środowiska społeczno – zawodowe. Aby spotęgować grozę sytuacji oraz ze względów praktycznych, wyznaczonych do wywózki zabierano w środku nocy, nie dając dostatecznego czasu na spakowanie podręcznego bagażu. W literaturze przedmiotu opisane są cztery masowe deportacje. W wyniku ostatniej, z końca czerwca 1941, władze sowieckie wywiozły ponad 200 tys. osób. Cechą czwartej deportacji było to, że NKWD starało się oddzielić od wywożonych rodzin ich głównych przedstawicieli. Akcją tą, którą nazwano „oczyszczaniem zaplecza”, kierował gen. Iwan Sierow. Władze sowieckie nie spodziewały się ataku niemieckiego sojusznika. Gdyby spodziewały się, nie obarczałyby swojego transportu kolejowego masowym konwojem ludzi na wschód.
W końcu czerwca 1941 na lewym brzegu Bugu czuło się, że coś wisi w powietrzu. Do jednego z mieszkańców Siemiatycz, który schronił się w Sarnakach przed aresztowaniem, przyszedł poznany Niemiec z poufną informacją, że najpóźniej 24 czerwca będzie mógł wrócić w swe rodzinne strony, czyli do Siemiatycz. I tak też się stało.
A co się w tych dniach działo w okolicach Siemiatycz? Nieświadomi niczego żołnierze sowieccy bawili się na licznych zabawach. Po garnizonach krążyło objazdowe kino z filmem „Czapajew”, kwitło życie towarzyskie. Część kadry wyjechała na narady do Brześcia i Wysokiego Litewskiego. Ta beztroska nie udzielała się miejscowej ludności – panował strach i powszechna apatia.
W nocy 20 czerwca do wyznaczonych domów zastukali enkawudziści w asyście miejscowych milicjantów. Według list, zaczęli wywoływać domowników, oświadczając im, że podlegają deportacji jako „element antysowiecki” i w przeciągu 30 min. mają się spakować i udać we wskazanym kierunku.
Formowane kolumny wozów konnych pod eskortą kierowane były na stację kolejową Siemiatycze, gdzie wywożonych ładowano do podstawionych bydlęcych wagonów z zadrutowanymi okienkami. Do dzisiaj uczestnicy tych wydarzeń nie mogą oprzeć się wzruszeniu. Płacz dzieci, lament kobiet, podniesiony głos ojca, komuś wysypały się rzeczy, niektórzy modlą się, ktoś intonuje pieśń „Kto się w opiekę odda Panu swemu”. Dookoła pełno żołnierzy w niebieskich czapkach, karabiny z bagnetami.
W trakcie załadunku na dworzec podjeżdżają dwa samochody. Przybyli enkawudziści z listy wywołują nazwiska wybranych osób, które ładują na samochód i odwożą do miasta. Wystraszone i zdezorientowane rodziny informują, że to tylko formalności i że zabrani szybko powrócą.
Po przyjeździe do miasta, zatrzymane głowy rodzin osadzone zostają w areszcie, tzw. kozie. Po wojnie mieścił się tam areszt UB, potem urzędował prokurator, było ambulatorium MSW i punkt napraw AGD. Budynek między dzisiejsza Pałacową i 11 Listopada stoi do dziś. Kraty w oknach oryginalne z tamtych czasów. Następnego dnia do aresztowanych dołączono zatrzymanego w Czartajewie Wiktora Maćkowiaka oraz miejscowego piekarza, Żyda Jaremka. Rodzina Maćkowiaka również została wywieziona wspomnianym transportem.
Bez zbytniego zainteresowania władz zatrzymani dotrwali w areszcie do rana niedzieli 22 czerwca. W tym czasie, tj 21 – 22 czerwca w siemiatyckim garnizonie 113 Dyw. Strzel. oraz w 17 Sam. Bat. w pobliskich Bacikach nieświadomi niczego żołnierze sowieccy odpoczywali po sobotnich zabawach. Sielanka została przerwana o godz. 3.15 przygotowaniem artyleryjskim niemieckich dział. Dwadzieścia minut wcześniej nad Bugiem przeleciały niemieckie eskadry bombowe. Operacja „Barbarossa” weszła w fazę realizacji.
Nastał, jak wspominają mieszkańcy Siemiatycz, sądny dzień. Na ulicach pełno biegających bez ładu i składu żołnierzy, nieraz w samej bieliźnie. Spaleniu uległa ul. Czartajewska, rozbite zostało śródmieście z ratuszem. 22 czerwca w południe niemiecki 508 PP wkroczył do Siemiatycz i z marszu przystąpił do oczyszczania miasta z sowieckich niedobitków. Kilka godzin tylko spóźnili się niemiecccy żołnierze, aby uwolnić osadzonych w sowieckim areszcie Polaków. Rankiem bowiem tego dnia kilku enkawudzistów, z braku kluczy, wyłamało drzwi aresztu. Osadzonych w nim więźniów wypędzono na ulicę i pognano w kierunku północnym pod eskortą jednego enakawudzisty i dwóch milicjantów (dziś wiadomym jest, że jednym z milicjantów był niejaki R. – obywatel polski narodowości białoruskiej).
Nie wszyscy więźniowie wyszli na ulicę. Jan Krasowski, myśląc, że będą ich rozstrzeliwać na miejscu, skrył się pod pryczą. Kiedy to nie nastąpiło, dołączył do oddalającej się kolumny. Należy tu przypomnieć, że więźniom kilkakrotnie komunikowano, że zostaną dołączeni do swych rodzin. Dzisiaj wiemy, że te zapewnienia były hipokryzją, tak nieobcą sowieckiej władzy. I nie dlatego, że aresztowani zostali za kilka godzin rozstrzelani, bo to, jak się okazało, było samowolą konwojentów, którzy - mając świadomość, że każdy aresztowany jest „własnościa państwa sowieckiego”, nie chcąc by ta własność wpadła w ręce wroga - po prostu zniszczyli ją. Hipokryzja polegała na tym, że więźniom zamierzano wytoczyć procesy, które z reguły kończyły się wyrokiem skazującym na łagry lub śmierć. Wśród więźniów bowiem byli ludzie, którzy prowadzili przed wojną aktywne życie, czy to społeczno - polityczne, czy też zawodowe. Byli nauczyciele, przedsiębiorcy, agronom, bogaci gospodarze, komendant siemiatyckiej straży pożarnej, był nawet siemiatycki komunista, który - po wkroczeniu sowietów - skutecznie z tej choroby został wyleczony. Tacy ludzie już z samej definicji uważani byli za „wrogów narodu”.
Unikając głównego traktu, nad którym przelatywały niemieckie samoloty, poprzez Baciki, Tołwin, Zabłocie, kolumna więźniów zdążała w stronę Hajnówki. W Tołwinie zdarzył się incydent, który to Maria Tołwińska niemal nie przypłaciła życiem. Widząc przechodzącą koło jej domu kolumnę, w której rozpoznała swojego szwagra S. Ekielskiego i brata J. Tołwińskiego, wybiegła na drogę. Kolumna zatrzymała się, a Tołwińska zaproponowała dostarczenie posiłku. Z propozycji tej konwojenci skwapliwie skorzystali. Gdy cała grupa posilała się, Maria Tołwińska prosiła o uwolnienie swych bliskich. Gdy błagania stały się w ocenie enkawudzisty zbyt natarczywe, wyjął pistolet i groził, używając obraźliwych słów, że jeśli natychmiast nie odstąpi, to ją zastrzeli. Zrozpaczona kobieta pozostała na środku drogi, żegnając znakiem krzyża oddalającą się kolumnę.
- Po tym incydencie – tak po latach wspomniał Wiktor Maćkowiak, – oceniłem, że to nie przelewki, trzeba wiać. Tym bardziej, że do kolumny przyłączyli się kolejni konwojenci. Zaproponowałem ucieczkę najpierw Stanisławowi Kosińskiemu. Kiedy ten odmówił, twierdząc, że wierzy, że połączą nas z naszymi rodzinami, a w ogóle taka akcja grozi wystrzelaniem całej kolumny, propozycję powtórzyłem Stanisławowi Ekielskiemu. Kiedy on również odmówił, postanowiłem uciec sam przy najbliższej nadarzającej się okazji.
Okazja nadarzyła się w Milejczycach. Kiedy kolumna zatrzymała się na rynku, zbiegli się Żydzi, rozpoznając wśród więźniów swego rodaka Jaremka. Traf chciał, że wyszli wtedy też z kościoła po sumie miejscowi wierni. Powstało małe zamieszanie. Moment ten wykorzystał Wiktor Maćkowiak, który rzucił się w tłum.
- Biegłem – wspomina Maćkowiak – a kiedy się zatrzymałem, by nabrać, tchu poczułem, ze coś mi chlupie w butach, myślałem, że jestem ranny. Ale nie, to była co prawda krew, ale z obtartych stóp.
Po tym zdarzeniu konwój udał się w dalszą drogę. Około godz. 17.00 zatrzymano się we wsi Judzianka - obecnie przedmieście Hajnówki.
- Po sprawdzeniu, czy w Hajnówce nie ma przypadkiem już Niemców, konwojenci zebrali się na naradę – wspomina Jan Krasowski. – Widać było wśród nich wielkie poruszenie. Nie było wątpliwości – będą rozstrzeliwać. Pierwszą ósemkę odprowadzają w głąb lasu, nakazują klękać. Ja zacząłem się modlić, strzały, padam na ziemię, nie ruszam się, kątem oka widzę, jak enkawudzista kopnięciem sprawdza, czy ktoś jeszcze żyje.
Pozostali, na odgłos strzałów, próbują uciekać – tych zastrzelono z broni maszynowej. Po pewnym czasie Jan Krasowski podniósł się i zobaczył makabryczny widok. Wokół, w kałużach krwi, zwłoki towarzyszy niedoli. Stanisław Kosiński zawisł na krzakach, dając jeszcze oznaki życia.
- Chciałem mu pomóc – kontynuuje Krasowski, - ale w tym momencie wyszedł z zarośli sowiet.
Chwilową konsternację żołnierza wykorzystał Krasowski i rzucił się w krzaki. Po nocy spędzonej na mokradłach, rankiem dotarł do wsi, gdzie udzielono mu pomocy. Rana okazała się niegroźna. Po dwóch dniach gospodarze odwieźli go do szpitala w Hajnówce, w której byli już Niemcy. Trzy dni po masakrze, na polecenie władz niemieckich, okoliczna ludność pogrzebała pomordowanych. Cztery miesiące później, za zgodą Niemców i przy ich pomocy, Maria Tołwińska – krewna zabitych, dokonała ekshumacji. Wydobyte ciała przewieziono do Siemiatycz, gdzie złożone zostały w stodole na posesji jednego z zamordowanych, S. Ekielskiego, przy ul. Słowiczyńskiej. Stamtąd ks. Stanisław Paczkowski dokonał eksportacji do kościoła, a następnie na cmentarz parafialny. Ciało zamordowanego w Judziance Żyda Jaremka pochowano w obrządku judaistycznym na siemiatyckich Mogiłkach.
Andrzej W. Olędzki
PS: Niedawno, 14 czerwca 2021, relację z tego wydarzenia uzupełnił nam Henryk Krasowski, syn Jana Krasowskiego.
- Tuż przed egzekucją zdążył się jeszcze uratować Franciszek Krasowski z Krasewic. W czasie, gdy konwojenci, wielce poruszeni, naradzali się, nadjechał traktor z przyczepą pełną sowieckiego wojska. Powstał ogromny tuman kurzu na gościńcu. Franciszek Krasowski wykorzystał ten moment, wskoczył tuż za przyczepą w ten największy dym i zniknął na chwilę z oczu konwojentom. Przebiegł na druga stronę drogi, a tam, za drogą, była gęsta ściana lasu, początek Puszczy Białowieskiej. Gęsto za nim strzelano na oślep. Szczęśliwie, nie trafiono, udało się. /jn/
fot. wikipedia
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze