Reklama

Zima kiedyś. czyli... "Z notatnika weterana" 

Zima? Kiedyś to były zimy. Jest co powspominać. Zima to był śnieg, mróz i „księdzowski zgórek”. Młodsi oczywiście nie wiedzą, o co chodzi. Trzeba im więc wyjaśnić.

      Za kościołem zjeżdżało się ze wzgórza (teraz w dużym stopniu zasypanego) aż prawie do rzeczki – Muchawca. Można było zjeżdżać na sankach albo na … łyżwach. Tak, tak. Była w Siemiatyczach (może nigdzie indziej?) tak dyscyplina sportu wśród dzieci – zjeżdżanie z górki na łyżwach.

     Nie żadnych tam hokejówkach czy figurówkach (o tych mówili tylko w radiu lub w pierwszych odbiornikach telewizji), ale porządnych łyżwach przykręcanych specjalnym kluczem do butów zimowych wyposażonych w tzw. płaścinki. Znowu wyjaśnienie dla najmłodszych: była to dziura w obcasie trzewika, ze specjalną przybitą do buta blaszką. Umożliwiała ona zaczepienie łyżwy w bucie i przykręcenie do przedniej części podeszwy. Tak się jeździło. I jak! Mistrzostwem było zjechanie z „księdzowskiego zgórka” po lodzie bez upadku na sam dół i zatrzymanie się w śniegu. Nie było łatwo. Często kończyło się bolesnym upadkiem i zjeżdżaniem raczej na tyłku niż na łyżwach. Na sankach było zdecydowanie łatwiej, ale te były dla młodszych dzieci.

Reklama

     Wyższa szkoła jazdy i związany z nią stopień trudności to był tzw. „popa zgórek” a więc zjazd z góry przy cerkwi. Tam nie tylko było wyżej, ale i zjeżdżało się wprost na ulicę Czartajewską. Co prawda w owych czasach nie było prawie samochodów, ale mimo wszystko była to ulica i ktoś mógł tamtędy przejeżdżać. Ten zgórek był zdecydowanie dla starszych i odważniejszych. Pojawiali się tam też chłopcy na nartach, co dla nas dzieci było wtedy marzeniem.

      Na łyżwach, poza „księdzowskim zgórkiem”, można było jeździć na pobliskim stawie, który zawsze zimą zamarzał. Był on mały, ale nawet można było grać w hokeja, aż do wiosny, kiedy z kolei dało się popływać na krze. Kiedyś pod piszącym te słowa taka kra się załamała. Żeby nie dostać bury od rodziców powiedziałem, że wrzucili mnie do wody starsi chłopcy, chuligani. Prawda jednak była taka, że skakałem z jednej tafli kry na drugą, która się po prostu pode mną załamała. Prawie się wtedy topiłem w lodowatej marcowej wodzie.

Reklama

     Łyżwy, to też siemiatyckie, pokryte śniegiem i lodem ulice. W jaki sposób? Otóż najlepszą jazdą było uczepienie się „ kuliga”,  a więc sań ciągniętych przez konia. To był wtedy główny zimowy wiejski środek lokomocji i „pojazd” na ulicach. Trzeba było uczepić się jadąc na łyżwach z tyłu takich sań i jazda była znakomita, chyba że gospodarz zdzielił batem czepiających się „miastowych” łyżwiarzy.. Wtedy przyjemna jazda szybko się  kończyła.

     Zima w Siemiatyczach dzięki opisanym atrakcjom była wspaniała. Dlatego ówczesne dzieci wspominają ją do dzisiaj. Nie potrzebowaliśmy specjalnego lodowiska, strojów, super łyżew czy innego sprzętu. Ja dostałem łyżwy od swojego chrzestnego ojca, Stanisława Kochańskiego, na gwiazdkę, niby od Mikołaja pod choinkę. I dlatego potem co roku, mając „płaścinki” w butach, mogłem zjeżdżać z „ księdzowskiego zgórka”. Na „popa” nigdy się jednak nie odważyłem. 

Reklama

MAN

fot z 7 lutego 1966 roku, autor Antoni Nowicki

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 13/02/2025 21:22
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama