Reklama

Za wcześnie mówić o życiu w Bugu - Mielnik

29/07/2009 18:38
Jednym z tematów dyskusji radnych na sesji nadzwyczajnej w Mielniku była kwestia klęski ekologicznej, która niedawno dotknęła Bug. Posiedzenie rady było dobrą okazją, do tego by wyjaśnić, kto i dlaczego działał zbyt późno i opieszale.

          Wójt Gorochowicz przedstawił zakres i skalę działań ze strony urzędu gminy w tych pierwszych, najtrudniejszych dniach. Tłumaczono, że brak zdecydowanych działań i pomocy wędkarzom był podyktowany brakiem konkretnych i pewnych informacji o przyczynach takiego stanu na rzece. Wójt tłumaczył, że nie mógł skierować ludzi do pomocy, nie wiedząc na pewno, że na rzece nie ma skażenia chemicznego, bo w przeciwnym wypadku narażałby ludzi, a tego, jako odpowiedzialnemu z ramienia urzędu, nie wolno robić. Takie tłumaczenia nie przekonywały radnych.
          Klęska niezaplanowana
          - Byliśmy kiedyś świadkami, niektórzy może czytali - zdarzyła się klęska niesamowita, był wyciek ropy w Adamowie. Przyjechała straż i wojewoda, w ciągu jednego dnia opanowano tę „klęskę”, bo służby wiedziały, że muszą zareagować. Potem można było pojeść i wypić. Oto mamy inną klęskę, na niespotykaną skalę, ale problem w tym, że niezaplanowaną. 4 lipca, w sobotę, w Mielniku wiemy co się dzieje. Wcześniej 300 km wyżej już się to dzieje i my od 4 lipca nie robimy nic, bo nie znamy wyników badań wody. Nie robimy nic, bo może być skażenie chemiczne. Dopiero 8 lipca ukazały się ogłoszenia zakazujące korzystania z wody. A gdyby się okazało, że jest skażenie chemiczne? Napiły się krowy, które się tam pasły, ludzie się kąpali, a my czekamy aż dostaniemy wyniki badań – krytykował opieszałość działań samorządu radny Adam Tobota. - Problem potraktowano z punktu widzenia czysto urzędniczego. Ale w życiu zdarzają się sytuacje, które wychodzą poza wszelkie ramy, paragrafy. Ta klęska wykroczyła poza wyobraźnię nas wszystkich. Może trzeba było działać inaczej? Jeśli nie podejmuje się działań, to może należało pozwolić tym, co tu mieszkają, by zrobili sami co w ich mocy? A gdyby płonął dom sąsiada, to co? Nie nasz teren i czekamy aż straż przyjedzie, czy może próbujemy organizować pomoc? Są takie sytuacje, w których należy działać nie patrząc na swój stołek urzędniczy i nie mówiąc, że Bug to nie nasza sprawa! Trzeba zrobić wszystko, co w mocy człowieka, nawet jeśli mają nas oskarżyć, żeśmy taki czy inny przepis złamali.
          Jan Zduniewicz apelował:
          - Jeżeli chcemy chronić ludzi, bo może być skażenie chemiczne, to chrońmy szybko i wszystkich. Wiem, że w innych gminach nad rzeką zareagowano błyskawicznie. Wiem, kiedy zaczęto zbierać rybę w Drohiczynie, kiedy mieli rękawice, kiedy wyznaczyli odcinki i ustalili harmonogramy, kiedy znalazł się sprzęt, gdzie były worki, jaka firma zajęła się utylizacją. A u nas? Przeczuwaliśmy, że może być skażenie najgorsze, a ogłoszenia pojawiły się dopiero 8 czy 9 lipca? Informujecie nas tu o tym, jakie mieliście doraźne kontakty, ale mnie to nie przekonuje. Czy na stronie internetowej urzędu pojawiły się informacje o zagrożeniach w momencie, kiedy już je widzieliśmy i mieliśmy podejrzenia? Czy dzisiaj są informacje dla potencjalnych turystów o tym, że już jest dobrze, że już nie cuchnie, że może nawet ryby płyną? Proponuję grubą kreską oddzielić to, co było, wyciągnąć wnioski i zadziałać z kopyta na przyszłość. Jeśli nawet strażak gaszący pożar przewróci 88-letnią staruszkę podczas akcji, to nie podawajmy go do prokuratury! Jeśli ktoś w drodze doświadczenia zrobi maleńki rowek, żeby woda przepływała, to nie skarżmy go, nie mówmy, że posadzimy. Jako radny proszę pana wójta o wyciągnięcie wniosków ze sposobu działania gminnego sztabu kryzysowego i osoby, która powinna się tym zajmować. Nie powiem nazwiska. Powiem tylko, że wstyd mi było, kiedy otrzymałem informacje, co ta osoba powiedziała na powiatowym sztabie kryzysowym. Że to nie nasza sprawa? To jest nasza sprawa i błagam, niech ona jeszcze długo będzie nasza!

          Zarzuty pojawiły się również pod adresem wędkarzy. Radny Kałanczyński zarzucił wędkarzom, że tylko nieliczna ich część z Mielnika pracowała na rzece. Jego zdaniem nie działali wędkarze z Sutna, Niemirowa, czekając na to, aż strażacy „odwalą czarną robotę”. Nie zgodził się z taką opinią jeden z członków mielnickiego koła PZW, Marek Mirowski, który ripostując powiedział: - Pan Kałanczyński, jako radny, przedstawia dla mnie wartość bardzo wysoką, a jego morale są tak wielkie, że ja nie potrafię z nim rozmawiać. Już w sobotę, 4 lipca, o 6 rano zebrał się prawie cały zarząd koła na roboczą akcję odławiania tych śniętych ryb. Informuję tu wszystkich, że jestem przestępcą, bo osobiście tę rybę, którą odłowiliśmy w sobotę, ok. 300 kg, zadołowałem w rowie. Wtedy jeszcze nikt się nie interesował i nie wiadomo było, co z tym zrobić. Ta ryba leży tam do dziś (22 lipca). Nie było wtedy żadnej reakcji, łańcuchowej, żadnego współdziałania. Burmistrz Drohiczyna mnie przeraził - dał paliwo, obiady, rękawice, dał wszystko, ale przeraził pozytywnie. Proszę o pomoc, o założenie wspólnej drużyny i działania. Czas odciąć pępowinę.
          Za wcześnie mówić o życiu w Bugu
          Obecny na sesji przedstawiciel Rejonowego Zarządu Gospodarki Wodnej, Tadeusz Wołosiński, poinformował o tym, jak zmieniał się stan wody w rzece pod względem zawartości tlenu. W najbardziej krytycznych momentach zawartość tlenu wynosiła 0,17 mg na litr wody. Najnowsze badania pokazują, że jest lepiej, bowiem zawartość tlenu zwiększyła się do 4-5 mg na litr wody. Ale, jak powiedział ichtiolog z PZW w Białymstoku, o stanie normalności można mówić dopiero przy 6-7 mg. Jego zdaniem przy takich odczytach tlenowych jak 0,17 mg, życia w tej wodzie nie powinno być wcale. Chociaż przyroda czasem potrafi zaskakiwać i radzić sobie nawet w tak trudnych sytuacjach. Jako przykład podawał rzekę Supraśl, która kiedyś przeżywała podobną klęskę i wydawało się, że w rzece nie ma już nic. Jednak dzięki dużej ilości zabiegów człowieka, które pozwoliły na szybki wzrost czystości wody udało się życie biologiczne tej rzece przywrócić. Odratować te organizmy, które się gdzieś na czas niesprzyjających warunków pochowały.
          - Żeby mówić o życiu w Bugu jest chyba za wcześnie. Dopiero w momencie, gdy woda się trochę oczyści, gdy się wykona odłów kontrolny, dopiero wtedy można by stwierdzić, czy tam coś jeszcze zostało. Czy są tam jeszcze jakieś elementy naturalne, czy wszystko trzeba odbudować sztucznie. Wydaje się, że tego życia nie ma – tłumaczył ichtiolog Grzegorz Pul (na zdjęciu).
          Bez efektów
          Po wielu głosach komentujących ostatnie wydarzenia na Bugu, można było dojść do wniosku, że tak naprawdę wszystkim chodzi o to samo, o wyciągnięcie wniosków i wspólne działanie na rzecz przywracania rzece stanu normalności, tylko jakoś nikt nie wie, od czego to zacząć. Są nawet osoby prywatne, które chcą przekazać na ten cel swoje pieniądze, ale nie bardzo wiadomo gdzie, do kogo, kto będzie nimi zarządzał. Podsumowaniem tej dyskusji było głosowanie nad uchwałą, w której rada gminy wyrażała wolę, aby wójt przygotował do końca roku propozycje działań związanych z usuwaniem skutków klęski ekologicznej na Bugu oraz propozycje działań mających w przyszłości zapobiec podobnym zagrożeniom.
          - Jeśli nie jestem gospodarzem rzeki, nie jestem gospodarzem ryb, to jak mogę tworzyć program? Jak wójta można zobowiązać do zrobienia programu do czegoś, co nie jest własnością gminy? – protestował wójt Wichowski. To tak, jakbym wszedł na podwórko radnego Marka Patkowskiego i powiedział mu: to drzewo wytnij, a tu wykop basen. Z sali odezwał się głos: - Zrobiłby to!
Wynik głosowania: 5 za, 8 przeciw. Wobec powyższego odnosi się wrażenie, że cała ta dyskusja była jałowa i niekonstruktywna. Zabrała czas, a nie przyniosła żadnych konkretnych efektów.

          Ewa Magdalena Iwaniak, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. EMI
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama