Jesień 1928 Rok ten nie przypadkowo przyjmuję jako rok startu. Wtedy właśnie się urodziłem. Rodzice nie mieli wówczas własnego domu. Jako kawaler, Ojciec mieszkał na ulicy Czartajewskiej koło cerkwi. Po ślubie Rodzice zamieszkali na ulicy Świętojańskiej (w domu, który jeszcze stoi), nie pamiętam numeru. Tam właśnie się urodziłem w dniu 23 listopada 1928. Pierwsza kąpiel, jak mi opowiadano - w drewnianej kopańce - wanience dłubanej z kloca lipowego drewna.
Rok 1939 Wspominałem wyżej, że byliśmy z Ojcem i Heńkiem Sidorczukiem w Krakowie na zjeździe kombatantów. Było to chyba w sierpniu 1939 roku. Niezbyt dobrze to pamiętam. Przypominam sobie tylko narastająca atmosferę napięcia. Rozmowy starszych. Długie, nie kończące się dyskusje na temat zbliżającej się wojny. Radiowe przemówienie ministra Becka. Mieliśmy głośnikowe radio, niezbyt jeszcze powszechny sprzęt w Siemiatyczach. Ojciec otwierał okno, wystawiał na parapecie okna radio i nastawiał głośność na maksimum. Pod oknem gromadziło się zbiegowisko ludzi. Przeważali okoliczni Żydzi. Słuchano w napięciu i ponurym nastroju. Szczególnie przemówienia ministra spraw zagranicznych- Becka.
Nie pamiętam, czy przed tym przemówieniem, czy po, była mobilizacja. Rejwach w mieście, gońcy rozwożący na rowerach karty mobilizacyjne. Niezbyt dobrze to rejestrowałem. Udzieliła mi się tylko ogólna atmosfera podniecenia. Być może także strach w oczach dorosłych. Ja tego nie rozumiałem, nie bałem się niczego. Niezbyt dobrze to sobie przypominam. Nie zarejestrowałem w swoim małym mózgu niczego szczególnego. Za dużo tego było, za dużo w tak krótkim czasie.
Z poprzedzającego wojnę okresu utrwalił mi się epizod z Antosiem Pykałą. Antoś po maturze i po wyjściu z wojska (był w szkole podchorążych piechoty w Brześciu) dostał posadę sekretarza gminy w Grodzisku. Stamtąd został zmobilizowany. Tuż przed wojną przyjechał na urlop. Zapamiętałem go w polowym mundurze z pasem z koalicyjką, dużym pistoletem w dziwnej skórzanej kaburze o kształcie trapezoidalnym. Od rękojeści pistoletu zwisał skórzany, pleciony sznur zawieszony na szyi. Zapamiętałem takie szczegóły, ale nie zapamiętałem dystynkcji, jakie nosił. Czy były to dystynkcje plutonowego - podchorążego, czy już oficerskie. Kampanię 1939 roku zakończył jako porucznik. Ogólnie wyglądał wspaniale, jak mi się wówczas wydawało. Bardzo mi się podobał i imponował mi! Zapamiętałem: staliśmy na dużych betonowych schodach przed naszym sklepem- kilku naszych znajomych i mój ojciec- otaczający Antosia. Rozmowa oczywiście o grożącej wojnie i o wszystkim, co z tym związane. Nie zapamiętałem treści. Kręciłem się koło Antosia jak naprzykrzająca się przysłowiowa mucha. To był epizod, który odnotował się w mojej pamięci jak komputerowy skrót na twardym dysku i trwa do dzisiaj- ponad 60 lat! Potem wspomnienia się urywają.
Następny epizod: na rynku pojawiły się patrole żandarmerii wojskowej. Polowe mundury, karabiny z bagnetami, jakimś bardzo długimi, czworokątnymi, widocznie z poprzedniej wojny - francuskimi. Maszerowali, wyglądając groźnie, jak mi się wówczas wydawało. Szli długim, wolnym, marszowym krokiem, chrzęszcząc okutymi i gwoździowanymi butami. Patrolowali rynek.
Wojna Sypiałem już sam na facjacie w odkupionej części domu, nie było tam radia. Wstałem później niż zwykle – był to ostatni dzień wakacji, trzeba było szykować się do szkoły (do 4 klasy). Nie byłem entuzjastą szkoły! Grożący nowy rok szkolny nurtował mnie bardziej niż nadchodząca wojna, którą tak przejmowali się dorośli. Kilka dni wcześniej dowiedziałem się, że inauguracja została odroczona. To wydarzenie zaliczyłem do pozytywów zbliżającej się wojny.
Zszedłem na dół, nikogo w domu nie było, wyszedłem przed sklep. Na schodach stali rodzice z grupką sąsiadów i znajomych. Gwałtownie dyskutowali podnieceni. Spoglądali w górę na lecące wysoko małe lśniące kreseczki i wsłuchiwali się w jednostajny warkot samolotów. Dowiedziałem się, że właśnie wybuchła wojna. Odetchnąłem z ulgą – groźba szkoły na pewno trochę się odwlecze – pomyślałem. Fajno jest!. Samoloty, jak się okazało, leciały nad most kolejowy w Olendrach. Dały się słyszeć odgłosy artylerii przeciwlotniczej, potem dudniące wybuchy bomb. Dowiedzieliśmy się potem, że nie trafili. Przez radio słychać było powtarzające się niezrozumiałe komunikaty: „uwaga, uwaga nadchodzi...” – tu następowały jakieś kody i cyfry. (...) W międzyczasie ja, jako mały patriota, latam do remizy strażackiej, przy której na wysokim drzewie zbudowano platformę obserwacyjną z telefonem. Tam dyżury pełnili strażacy i strzelcy, obserwując niebo i telefonicznie nadając meldunki.
Naloty na most powtarzały się. Nigdy dla Niemców nie zostały uwieńczone sukcesem. Nasza artyleria przeciwlotnicza zawsze umiała ich odpędzić. Podczas jednego z nalotów, gdy Niemcy lecieli z powrotem, zaczęli krążyć nad Siemiatyczami, szukając stosownego celu. Szukali odpowiedniej pozycji, by trafić w kościół lub cerkiew. Nie trafili, bomby spadły na sąsiednie bagniste łąki, wywalając ogromne leje.
W owym czasie byłem u stryjów i razem z Jurkiem Rycerzem obserwowaliśmy z ogrodu walkę dwóch samolotów. Kręciły się wokół siebie w pętlach i „beczkach”. Dochodziły do nas słabe odgłosy strzelaniny. Wreszcie rozprysły się na boki. Jeden z nich uznał swoją porażkę i zaczął uciekać, drugi, skierowany na zachód zawrócił i wykonując duży łuk, poleciał za nim na północ. W tym samym czasie usłyszeliśmy dwa wybuchy bomb z kierunku północnego.
Front zbliżał się coraz bardziej. Jakiś oddział sanitarny, przewożący rannych zatrzymał się w Siemiatyczach. Zakwaterowali się w starej szkole przy ul. Czartajewskiej. Potrzebowali pomocy medycznej. Zgłosiła się, między innymi, moja mama (akuszerka) jako pielęgniarka i jej wujek, dr Kazimierz Arcichowski.
Wrzesień 1939 roku Front zbliżał się coraz bardziej. Jakiś oddział sanitarny z rannymi zatrzymał się w Siemiatyczach. Zakwaterował się w starej szkole przy ulicy Czartajewskiej, na zakręcie ulicy w pobliżu cerkwi. Potrzebowali pomocy medycznej. Zgłosiła się między innymi moja mama (akuszerka - jako pielęgniarka) i jej wujek dr Kazimierz Arcichowski. Opiekowali się rannymi wspólnie z pielęgniarką wojskową, sanitariuszem i lekarzem wojskowym.
Były różne przypadki. (wiem z relacji mamy, gdy po kilkunastu godzinach pojawiła się w domu na odpoczynek - bo ja tam, w samym szpitalu, nie byłem). Po uzgodnieniu z lekarzem wojskowym, niektórzy z mieszkańców zabierali lżej rannych do swoich domów. Lekarz wystawiał im dokumenty zwolnienia ze szpitala, aby nie uważano ich za dezerterów. Ponadto chodziło o to, żeby w przypadku wkroczenia do Siemiatycz wojsk niemieckich, nie zostali zabrani do obozów jenieckich. Ukryci w prywatnych domach lżej ranni żołnierze uratowali się. W cywilnych ubraniach, chyba większość z nich zdołała powrócić do swoich domów. Szczegółów o tym już nikt nie jest w stanie odtworzyć. Ze zrozumiałych względów trzymano to wówczas w tajemnicy. Później zatarło się to w pamięci. Nie słyszałem wówczas, żeby którykolwiek z tych żołnierzy wpadł w ręce Niemców, czy później sowietów.
Mama ze łzami w oczach, bezpośrednio po tych zdarzeniach, ale również za każdym razem, gdy po wielu miesiącach i latach powtarzała swoje opowiadanie o szpitalu polowym, wspominała o Stasiu - młodziutkim żołnierzu, ciężko rannym. Stasio umierał. Nie mogli go uratować. Umierał na rękach mojej mamy. Prosił o zawiadomienie rodziny. Zdążył podać adres. Mama już po kilku miesiącach, gdy nastąpiła pierwsza sowiecka okupacja, napisała list z zawiadomieniem o śmierci Stasia do jego rodziny. Nie wiadomo, czy list doszedł. Lekarz wojskowy zabrał połowę blaszki z numerem identyfikacyjnym (tak zwanego „śmiertelnika") młodego żołnierza Stasia. Co się stało z wojskowym lekarzem i sanitariuszami - nie wiadomo. Słyszałem, że w ostatnich niemal chwilach, po uzgodnieniu z cywilami - miejscowym dr. Arcichowskim, przekazali mu rannych i z ostatnimi, wycofującymi się polskimi oddziałami, opuścili zaimprowizowany szpital polowy.
Zmarło wówczas w ciągu kilku dni kilkunastu rannych żołnierzy. Wszystkie „śmiertelniki" pozabierał lekarz wojskowy lub sanitariusze. Zmarłych żołnierzy miejscowi ludzie pochowali na siemiatyckim cmentarzu, w pustej wówczas kwaterze "nowego" cmentarza, - w północno- zachodnim narożniku.
Klęska Front zbliżał się szybko do Siemiatycz. Niektóre polskie oddziały wycofywały się w widocznym rozgardiaszu. Szpital polowy uległ likwidacji, mama wróciła do domu. Ojciec spakował broń i amunicję myśliwską w skrzynie obite blachą. Oczekiwaliśmy niezbyt zdecydowanie na ewakuację (ojciec- były kombatant z lat wojny 1919 – 1920, miał licencję na sprzedaż broni i amunicji myśliwskiej). Zdając sobie sprawę z sytuacji, coś zostawił dla niepoznaki, gdyby Niemcy przyszli i sprawdzali, co się stało z zapasami broni ze sklepu, miałby co oddać, nie narażając się na represje. Jak się później okazało, tak też się stało – zabrali wszystko, co zostało.
W czasie ostatnich chwil odwrotu jakiś kapitan, zauważywszy na naszym domu szyld „Księgarnia”, wpadł do nas i zaczął gorączkowo pytać, czy przypadkiem nie dostanie u nas mapy sztabowej, lub choćby turystycznej tego regionu. Nie mieliśmy niczego takiego. Prawdopodobnie był to artylerzysta.
Mama, mając bardzo impulsywny charakter, napadła go i skrzyczała: - Wstydziłby się pan, co z pana za oficer, na wojnę się pan wybrał bez map!. – Sztab nie wyposażył nas w mapy tego odległego od granic regionu – tłumaczył. – Nie przypuszczaliśmy, że tutaj przyjdzie nam walczyć. Trudno nam strzelać bez map. Ojciec starał się załagodzić kłótnię. Wreszcie oficer zabrał się i poszedł w pośpiechu do samochodu. Przez Siemiatycze nacierała Pancerna Armia Guderiana. Jedną kolumną uderzali w kierunki twierdzy Brześć, a drugą w kierunku wschodniego zaplecza Warszawy.
Ulicą 11 Listopada przez kilka dni przewalały się kolumny samochodów ciężarowych załadowane piechotą. Żadnych pieszych kolumn, samochody duże i małe, transportery gąsienicowe, żadnych koni ani taborów konnych. Przeciwnie niż polskie oddziały, z nielicznymi samochodami, z konnymi zaprzęgami, z nieliczną bronią maszynową noszoną na plecach, usiłujące oderwać się od nieprzyjaciela.
Obserwowałem to z oddali przez okno domu stryja Edwarda. Dopiero 4-5 kilometrów dalej, na Bugu, Polacy usiłowali zorganizować jakiś opór. Chyba stamtąd strzelała polska artyleria. Odpowiadali im Niemcy gdzieś spoza Siemiatycz. Słyszeliśmy lecące nad nami z charakterystycznym dźwiękiem pociski. Baliśmy się, zresztą niepotrzebnie, jak się potem okazało. Była to wymiana ognia między polskimi i niemieckimi bateriami. My byliśmy w „martwym polu”. Strach ma jednak wielkie oczy – ja wówczas zachorowałem. Miałem nieznośny ból głowy i wysoką gorączkę. Nie przyznawałem się do tego – wszyscy byli tak zaabsorbowani wydarzeniami, że nikt tego nie zauważył.
Widziałem z oddali, na tle płotu fabryki kafli, po drugiej stronie ulicy, jednego polskiego żołnierza z rękami podniesionymi w górę, prowadzonego przez dwóch Niemców w kierunku rynku. Był to dla mnie strasznie przygnębiający widok. W międzyczasie przybłąkał się do nas przestraszony żołnierz, przekradający się opłotkami. Chował się na podwórka, prosił o cywilne ubranie. Stryj Edward jako patriota wygłaszał do niego przyganiające „przemówienie”, oskarżając go o dezercję. Dziś wspomina to jako idiotyczne! Udzielanie w takiej sytuacji pouczeń spanikowanemu młodemu człowiekowi było co najmniej bezsensowne.
Ten żołnierz nie mógł nic innego zrobić. W tyle, z boku szosy posuwali się szperacze niemieccy. Dalej po opłotkach posuwała się niemiecka tyraliera. Udało mu się schować wśród zabudowań. Szosą (ulicą 11 Listopada) jechała z chrzęstem gąsienic niemiecka kolumna pancerna. Z odległości stu kilkudziesięciu metrów Niemcy, zamknięci w czołgach i jadący w odkrytych transporterach gąsienicowych lub na motocyklach w gęstej kolumnie, nie mogli go widzieć. Musieli uważać na ruch na jezdni. Żołnierz znalazł w stryjowych zabudowaniach chwilową, względnie bezpieczną "niszę". Trzeba mu było pomóc, a nie wygłaszać patriotyczne pouczenia. Moja Mama zachowała wtedy spokojną, racjonalną postawę. Chyba skrzyczała Stryja! - "Jaki dezerter!?" – krzyczała. - Co Polsce przyjdzie z tego, że człowiek da się zabić? Albo podda się i pójdzie w najlepszym razie do obozu jenieckiego? Żywy może się przyda potem, choćby swojej rodzinie, jeżeli nie Polsce. Co Polsce z martwego bohatera!? Ten człowiek nic już nie może zdziałać. On nie jest dezerterem! On miał obowiązek zwiać! My mamy obowiązek schować go. Trzeba mu dać cywilne ubranie i schować go przez czas frontowego zamieszania! - podnieconym głosem perorowała mama. Ostatecznie stanęło na tym, że przebrał się w spodnie i koszulę Jurka, stryjową letnią bluzę i gimnazjalną czapkę Jurka. Wyglądał na trochę przerośniętego ucznia gimnazjalnego. Tymczasem niemieckie pancerne kolumny przewalały się szosą oddaloną o 100 - 150 metrów. Nie chciał zostać. Poszedł poza błotami, przez pola, równolegle do kolumny niemieckiej, gdy się zdawało, że niemiecka tyraliera już poszła. Co się potem z nim stało, nie wiem. Mundur, karabin i oporządzenie poroznosiliśmy po przyległym polu i porozrzucaliśmy w rosnących kartoflach- z dala od domu. Strach miał wielkie oczy. Zachodziła obawa, że Niemcy mogą znaleźć kompromitujące dowody i represjonować mieszkańców domu za ułatwianie ucieczki polskiemu żołnierzowi.
Ja wtedy się załamałem. Przyznałem się do tego, że jestem chory. Zdawało się, że to przeziębienie. Położono mnie na materacu na podłodze, dostałem aspirynę. W międzyczasie kolumny niemieckie przewalały się po szosie. Zacząłem bredzić. Wysoka gorączka. Mama zmierzyła mi temperaturę- 42oC, była zrozpaczona. Znikąd pomocy. Wyjście w warunkach ruchu kolumn niemieckich po lekarza, przyprowadzenie go i pójście do apteki było niemożliwe. Przez dwie noce majaczyłem. Gorączka nie spadała. W międzyczasie jakiś niemiecki pododdział zajął kwaterę dla żołnierzy. Dom był duży. Na razie zajęli tylko poddasze. Widocznie jednak poddasze im nie wystarczało. Chyba mieli ochotę nas wyrzucić. Przyszedł kwatermistrz i oglądał cały dom. Przy okazji zauważył mnie leżącego na materacu rozłożonym na podłodze. Uznał widocznie to za znak, że nie jestem domownikiem, lecz uciekinierem. Ponieważ zauważył rozgorączkowanie, zapytał, co mi jest. Bariera językowa nie pozwalała wytłumaczyć. Mama pokazała termometr z temperaturą 42oC. Szybko wyszedł. Niemcy byli bardzo przeczuleni na choroby w czasie wojny. Ponieważ tłumy uchodźców uciekały przed nimi, widocznie uznali za wielce prawdopodobne objawy pojawienia się choroby zakaźnej. Niezwłocznie przysłali felczera wojskowego (pewnie lekarza nie było pod ręką). Ten przyszedłszy, nawet nie zbadał mnie. Popatrzył i orzekł: tyfus. Niemcy natychmiast wyprowadzili się z kwatery. Dom był zwolniony. Mama zrozpaczona, pomimo wojennych frontowych warunków, nie zważając na nic pobiegła po Dziadka - doktora Kazimierza Arcichowskiego. Wróciła z powrotem. Po godzinie przyszedł dziadek. Zbadał mnie i orzekł: zapalenie opon mózgowych! Kazał okładać mnie lodem, szczególnie głowę. Coś tam przepisał, ale nie można było zrealizować recepty. Apteka była zamknięta. Pozostał lód. Ale skąd go wziąć?
W owych czasach lodówki nie były znane. Na szczęście przy ulicy 11 Listopada róg Świętojańskiej, była mleczarnia. Mleczarnia miała lodownię. Lód wyrąbywany w rzece zimą, przechowywano wówczas w postaci pryzmy ułożonej z bloków lodowych i przysypywanych grubą warstwą trocin. (Rzeźnicy mieli także zapasy lodu przysypane trocinami w piwnicach.) Tak przez wiosnę i lato lód potrafił dotrwać do następnego sezonu. Wewnątrz pryzmy utworzona była komora lodowa, w której przechowywano produkty mleczne. Ta prymitywna, zdawałoby się technologia była niezwykle skuteczna. Ten lód mnie uratował. Mama zdobyła wystarczającą ilość lodu, który w koszyku wypełnionym trocinami i owiniętym kocami przyniosła do mnie. Dzięki okładaniu lodem i ciągłej wymianie kompresów z zimnej wody, uratowała mnie przed niechybną śmiercią. Po kilku dniach gorączka ustąpiła. Mimo absolutnego zaufania do dziadka jako lekarza, Mama na wszelki wypadek uznała, że nie zaszkodzi zachować drakońską dietę zalecaną w przypadku zachorowania na tyfus. męczyłem się przez kilka tygodni na diecie. W warunkach wojennych była to zresztą najłatwiejsza terapia. Tak przeżyłem, krótką pierwszą okupację niemiecką i początki okupacji sowieckiej.
Sowieci przyszli w początkach października.
Ojciec w czasie wojny 1939 roku był zmobilizowany i chociaż jeszcze nie był umundurowany, pełnił w Siemiatyczach funkcję swego rodzaju kwatermistrza, gromadzącego zaopatrzenie dla wojska. Skupował w imieniu służb kwatermistrzowskich zboże, a szczególnie owies dla kawalerii i taborów. Nagromadził w ten sposób stosunkowo duże zapasy w zaimprowizowanym magazynie. Gdy Niemcy zajęli Siemiatycze, ojciec otworzył magazyny i żeby okupanci nie przejęli zapasów, rozdał je ludziom. Zanim Niemcy się zorientowali, ludność rozszabrowała wszystko. Później dowiedziałem się, że większą część naszej sklepowej broni i amunicji ojciec przekazał w najgłębszej konspiracji przedstawicielom miejscowej organizacji „Strzelca”, którzy ją schowali. Przypuszczam, że potem została ona przejęta przez ZWZ (Konspiracyjny Związek Walki Zbrojnej - następnie A.K.) Ale o tym się dopiero dowiedziałem po wojnie. Ojciec zresztą nie lubił tego wspominać. Zanim przyszli sowieci, Niemcy zaczęli się wycofywać. Widzieliśmy te same kolumny pancerne Guderiana, które nacierały w kierunku południowym i wschodnim. Na Bugu w okolicy Siemiatycz nie było żadnego mostu. Jedynym miejscem przejazdu przez rzekę drogą był most kolejowy koło Olendrów. Nie sądzę, żeby Niemcy się tamtędy przeprawiali. Chyba nacierali w kierunku Brześcia szosą, równolegle do Bugu, przez Mielnik. Wracali chyba potem tą samą drogą. Wieści docierające do nas mówiły, że pod Brześciem stoczyli ciężkie walki o twierdzę. Tam się spotkali także z sowietami, gdzie „odprawili”, jak się potem dowiedzieliśmy, wspólną z sowietami defiladę zwycięstwa.
Zanim jednak doszło do defilady, musieli stoczyć tam ciężkie walki, bo powracające kolumny niemieckie wyglądały żałośnie. Rozbite samochody, ciągnięte półwraki i całkowite wraki pojazdów, i artyleria z poszczerbionymi stalowymi osłonami. Z satysfakcją patrzyliśmy na te, niezbyt dumnie wyglądające pojazdy. Widać było, że nasi mocno je poszczerbili. Waliło to po szosie przez kilka dni, aż wreszcie zrobiło się cicho. Pozostał tylko smród zagęszczonych spalin, wyślizgane brukowce ulicy, poczernione startą gumą opon i wyciekami olejów. Utrzymywał się ten zapach jeszcze przez wiele dni.
Okupacja sowiecka - jesień 1939 r.Sowieci przyszli do Siemiatycz chyba gdzieś w połowie października 1939 roku. Daty nie pamiętam. Po ciężkiej chorobie powróciłem już od Stryjów do domu. Pamiętam, że cieszyliśmy się z tego, że Mama - realistka - nie mówiąc nic nikomu, kupiła przed wybuchem wojny worek soli i cukru, oraz kartony zapałek. Nasmażyła słoniny, część zasoliła, zasoliła też w słojach dużo masła. Trochę papierosów, które pozostały ze sklepu. To stanowiło nasze zapasy i artykuły wymienne, kiedy w pierwszych dniach, a może nawet tygodniach po ustaniu działań zbrojnych, nic a nic nie można było kupić. To co było trzeba, dostawaliśmy w handlu wymiennym za sól, zapałki i cukier. Papierosy też stanowiły cenny artykuł wymienny. Wszystkie sklepy były zamknięte.
Zamiast normalnego życia rozpoczęły się wiece zakonspirowanych dotąd miejscowych komunistów. Już wiedzieli, że sowieci wkroczyli, chociaż jeszcze nie było ich widać. Pojawiły się czerwone sztandary. W wiecach - poza nielicznymi „renegatami” i miejscowymi prawosławnymi prorosyjsko nastawionymi, brała, chociaż niezbyt licznie, udział biedota żydowska. Zamożniejsi Żydzi i kupcy żydowscy byli ostrożniejsi. (...)
Sowieci w porównaniu z Polakami czy Niemcami prezentowali się raczej dość nędznie. Rzucał się kontrast, jakaś - jak się wówczas wydawało - nieuporządkowana różnorodność odzieży. Tandeta. Zielone drelichowe bluzy („gimnaściorki”) wciągane przez głowę, spięte często brezentowymi pasami, zielone lub granatowe spodnie, nierzadko- staroświeckie owijacze na nogach lub gęsto marszczone buty z cholewami, spodnie o różnym kroju, który nas bardzo raził. Dość często widać było karabiny na sznurku zamiast pasów. Obsiepane od dołu buro- brązowe płaszcze. Różne czapki- okrągłe i furażerki, szaro – popielate, w niebieskim odcieniu flanelowe czapki z charakterystycznym czubkiem i dużymi czerwonymi gwiazdami oraz karykaturalnymi, malutkimi flanelowymi daszkami. Czasami wpięte były w nie blaszane, emaliowane gwiazdy z sierpem i młotem. Za sowietami ciągnął się charakterystyczny rosyjski zapach dziegciu.
Kolumny tak umundurowanych żołnierzy posuwały się nieprzerwanie na zachód. Mało samochodów. Ciężarówki o wyglądzie znanych mi z historycznych zdjęć z pierwszej wojny światowej. Przeważnie wozy konne. Z bojowych wozów spotykało się tzw. „taczanki” – to jest bryczki parokonne, na których z tyłu ustawione były ciężkie karabiny maszynowe („maksym”). Czasami widziało się czterolufowe karabiny maszynowe z przeciwlotniczymi celownikami, zamontowane na ciężarówkach. Artylerii nie widziałem, co nie oznacza, że jej nie było. Przez trasę przemarszu, obok nas, widocznie przeciągały tylko jednostki piechoty. Czołgów też nie widziałem.
Maszerowali na zachód, przekroczyli linię Bugu. Niektóre oddziały dotarły podobno nawet poza Sokołów i Węgrów. Granica pomiędzy okupacją niemiecką i sowiecką miała podobno przebiegać na linii Wisły.
W międzyczasie zapadły ustalenia niemiecko – sowieckich przyjaciół, że sowieci zajmą państwa bałtyckie: Litwę, Łotwę i Estonię, a Niemcy obejmą całą prawobrzeżną (od Wisły) Polskę. Granica pomiędzy okupacjami miała przebiegać po linii Bugu.
Siemiatycze pozostały w rękach sowietów. Rozpoczął się odwrót wojsk sowieckich na prawy brzeg Bugu i ich usadawianie się u nas. Rozpoczęła się pierwsza okupacja sowiecka.
Pierwsza okupacja sowiecka
Niepostrzeżenie dla mnie pojawiły się władze sowieckie. Milicja, NKWD., „Gorsowiet” (rada miejska) Początkowo obowiązki milicji zaczęli pełnić miejscowi cywile z czerwonymi opaskami. Przeważali wśród nich Żydzi. Polaków nie było. Poza nimi- miejscowi prawosławni, komunizujący, z okolicznych wsi (jak mówiono: z Rogawki, Słoch i Bacik) Ze znajomych nikogo nie zapamiętałem.
Żydzi poczuli się pewnie. Niektórzy, szczególnie żydowskie doły, zaczęli zachowywać się agresywnie i butnie. Często pojawiały się wśród nich powiedzenia: „Już twoja Polska poszła srać!” i inne pogardliwe, i szydercze okrzyki. Robiło to na mnie okropne wrażenie, denerwowałem się, zaciskając zęby w bezsilnej złości. Trzeba przyznać, że nasi żydowscy sąsiedzi, zachowywali się raczej poprawnie, ale nie potrafili ukryć zadowolenia z powstałej sytuacji. Klęska Polski to nie była ich sprawa. Nie martwili się. Raczej byli zadowoleni z obrotu sprawy. Nie przeczuwali jeszcze, co stracili. Nie uświadamiali sobie jeszcze ironii swego losu. (...)
Powoli zaczęli się pojawiać powracający żołnierze, którym udało się uniknąć niewoli sowieckiej oraz ci, którzy schowali się lub uciekli do Niemców. Któregoś dnia pojawił się u nas wujek Hipolit Arcichowski. Był zmobilizowany i walczył w jakiejś jednostce na wschodzie. Tam ich rozbili, najpierw Niemcy, a potem wzięli ich do niewoli sowieci. Szeregowców zwolnili. On był chyba podoficerem rezerw, ale odpruł dystynkcje i podał się za szeregowca. Ponieważ był mechanikiem i pracował przed wojną w warszawskich tramwajach, miał ręce grube z nagniotkami. Sowieci, sprawdzając, uznali go za robotnika. Zwolnili. Powiedział, że mieszka w Wólce koło Drohiczyna - czyli na terenach, które zostały przekazane przez Niemców Sowietom - puścili do domu. Później, o ile mi wiadomo, przekradł się przez Bug i powrócił do Brwinowa, gdzie mieszkał.
Drugim rozbitkiem, który uciekł od Niemców i na swoje nieszczęście powrócił do domu w rodzinne strony, był Antoś Pykało. Był chyba w Armii Poznań gen. Kutrzeby, a jeżeli się nie mylę, to musiał chyba być uczestnikiem bitwy nad Bzurą a potem w obronie Warszawy. Zakończył kampanię 1939 roku w stopniu porucznika. Gdy Warszawa skapitulowała, nie poddał się i nie poszedł do niewoli. Przebrał się w cywilne ubranie i piechotą, w cywilu, przedarł się przez niemiecką okupację z Warszawy do Wólki, oddalonej o 150 km na wschód. Przeszedł nielegalnie przez granicę niemiecko – sowiecką na Bugu. Któregoś dnia, już w cywilu, pojawił się u nas w Siemiatyczach. Pamiętam go, jak stał u nas w dużym pokoju oparty o piec. Otaczali go wszyscy z rodziny i zaprzyjaźnieni znajomi. Opowiadał o swoich przejściach, o wojnie. Słuchaliśmy przejęci. Był także u nas Michał Teodorczuk, który również brał udział w obronie Warszawy i podobnie jak Antoś przedarł się do Siemiatycz.
Miałem wówczas 12 lat. Niewiele zapamiętałem z tych opowiadań(...)
Zaczęły się pierwsze tygodnie życia w okupacji sowieckiej.
Na początku zapamiętałem kilka epizodów:
Zorganizowani szkołę. Już chyba od samego początku pojawił się ktoś obcy jako kierownik, chyba jakiś sowiet. Nauczyciele- jeszcze polscy. Nie wiem, jak to się stało, że pierwsze kroki rozpoczęły się od nauki Międzynarodówki. Nie miał kto uczyć. Stryj Edward, pomimo że muzykalny i świetnie władający językiem rosyjskim, chyba nie chciał się podjąć tego zadania. Nie przyznawał się do swoich umiejętności. Ściągnięto do szkoły miejscowego popa. Międzynarodówki – wówczas hymnu sowieckiego państwa komuny światowej, po rosyjsku uczył nas pop! On znał rosyjski i umiał śpiewać. – „Wosstań prokliatjem zaklemjonyj, wieś mir gałodnych i rabow...” - uczyliśmy się na pamięć, nie rozumiejąc po rosyjsku ani słowa.
Większość z nas wyczuła sytuacyjną śmieszność tej lekcji. Pop – religia – ateistyczny komunizm – komunistyczny hymn i... polskie dzieci nie rozumiejące niczego po rosyjsku. Były oczywiście między nami dzieci prawosławne, które być może coś tam rozumiały po rosyjsku, ale chyba niewiele, bo i one mówiły w domu po polsku. Nauka rozpoczęła się w klasach po polsku.
Wkrótce pojawił się dyrektor- sowiet. Nazywał się, jak sobie przypominam, Martynow. Następnie pojawił się rosyjski nauczyciel historii, nauczycielka rosyjskiego – nazwaliśmy ją „Marusia”. Sympatyczna ładna dziewczyna. Nauczycielka białoruskiego – paskudna, antypatyczna baba – nazwaliśmy ją „Pianier ważata”. Uczyli nas rosyjskiego, ale szło to opornie. Pamiętam, że przez pierwsze tygodnie nic nie rozumiałem. Potem się oswoiłem i powoli zacząłem rozumieć.
Powstał dylemat: czy szkoła ma być: rosyjskojęzyczna, czy białoruska? Nie liczono się z tym, że przytłaczającą większość stanowiły dzieci polskie. Mając do wyboru rosyjski lub białoruski, większość, nawet białorusini, decydowała się na język rosyjski. Mało kto decydował się na białoruski. Okazało się, że nie ma w ogóle chętnych na język białoruski. A przecież powiedziano nam, że mieszkamy nie w Polsce, lecz w Republice Białoruskiej.
Ostatecznie zapadła decyzja, że do 4 klasy będzie język wykładowy polski i obowiązkowy przedmiot- język rosyjski plus język białoruski. Równolegle- szkoła z wykładowym językiem rosyjskim. Młodszym rocznikom (do 4 klasy) pozostawiono wolny wybór. Starsi musieli pójść do szkoły rosyjskiej, czy chcieli, czy nie. Ja wybrałem polską.
W szkole praktyka była taka, że historii uczył Rosjanin po rosyjsku. Ponieważ w programie była historia powszechna, zaczęliśmy przerabiać, nie wiem dlaczego, historię... Indii. Co było dalej, nie pamiętam, bo po rosyjsku rozumiałem „piąte przez dziesiąte”. Zacząłem chodzić na wagary i nic mi nie pozostało w głowie. Matematyki, biologii i geografii uczył po polsku polski nauczyciel Franciszek Wróblewski. Języka polskiego uczył Pan Wielbut. Tak dotrwałem do pierwszych wakacji w końcu maja 1940 roku.
W międzyczasie w domu życie toczyło się niemrawo. Ciągłe rozmowy w rodzinie – co robić? Sklep zamknięty. Ojciec w strachu, że zostanie aresztowany. Na razie jednak nie niepokojono nas. Żyliśmy starymi zapasami.
Na facjatce, którą przed wojną zamieszkiwałem, zamieszkał 60- letni „staruszek” - jak mi się wówczas wydawało. Był to ojciec Pana Igańskiego ze Stacji.
Tymczasem sowieci zorganizowali referendum. Wszyscy musieli obowiązkowo brać udział w tych, jak to nazywano, nie wiem dlaczego – wyborach. Wynik był oczywiście z góry wiadomy. Przytłaczająca większość „wybrała spontanicznie i z wielką radością” przyłączenie do Białorusi. Nie emigrując z Polski automatycznie zamieszkaliśmy na zachodniej Białorusi! Coraz częściej docierały do rodziców ostrzeżenia, że znanych ludzi, urzędników państwowych, samorządowych, sędziów, adwokatów, kombatantów, członków POW, działaczy społecznych, kupców, przedsiębiorców i innych będą aresztować.
Co robić? – powtarzało się pytanie. O cztery kilometry od nas była granica na Bugu. – kusiło, żeby prysnąć na drugą stronę. Granica nie była jeszcze zbyt silnie strzeżona. Miejscowi stosunkowo łatwo mogli ją przejść. Po lodzie łatwo, chociaż śnieg pozostawiał ślady. Chyba, że trwała zawiejka, która litościwie zacierała ślady.
Rozpoczęły się pierwsze wywózki Polaków na Sybir i do Kazachstanu. Wywozili rodziny policjantów, listonoszy, sędziów, adwokatów, wójtów, burmistrzów. Ojciec się wahał. Zostawić rodzinę? – trudno. Brać rodzinę ze sobą, wystawiać ją na ryzyko niebezpieczeństwa nielegalnego przejścia granicy - jeszcze trudniej.
Mama automatycznie przeszła z dziadkiem Arcichowskim, z zaimprowizowanego polskiego szpitala polowego dla rannych polskich żołnierzy (mieścił się w starej szkole – pod cerkwią) do zaimprowizowanego ambulatorium dla mieszkańców.
Sowieci coraz silniej obstawiali granicę. Jednak mimo to, ruch przez granicę był ożywiony. Rozwinął się szmugiel. Szmuglowano przez granicę cukier, skóry, tekstylia, słoninę, a nawet pasy transmisyjne od maszyn parowych - nadawały się na zelówki do butów.
Poza Polakami, którzy z różnych powodów przekraczali Bug z jednej strony na drugą i odwrotnie, masowo przechodzili przez granicę Żydzi uciekający przed Niemcami. Powstał nieznany przedtem zawód przewodnika przez granicę. Sowieci początkowo tylko patrolowali granicę. Niemcy z drugiej strony słabo strzegli granicy.
Poza Polakami, którzy z różnych powodów przekraczali Bug z jednej strony na drugą i odwrotnie, masowo przechodzili przez granicę Żydzi uciekający przed Niemcami. Powstał nieznany przedtem zawód przewodnika przez granicę. Sowieci początkowo tylko patrolowali granicę. Niemcy z drugiej strony słabo strzegli granicy. Miejscowi, szczególnie ci co mieszkali blisko, stosunkowo łatwo mogli upatrzyć stosowną okazję do względnie bezpiecznego przejścia. (...) W początkach marca 1940 roku rozpoczęły się wywózki Polaków na Sybir. Na pierwszy ogień poszli gajowi i listonosze („mundurowi” - „czynownicy” wrogiej „Pańskiej Polski”) – Groźni wrogowie! W międzyczasie wybuchła wojna sowiecko – fińska. Sowieci zaczynają brać młodych ludzi do wojska. Blady strach padł na młodzież - dostać się do Czerwonej Armii i zginąć na froncie za bolszewicką sprawę? Nikt nie ma na to ochoty.!
Marzec 1941 - Ucieczka Po kolejnej naradzie rodzinnej zapadła decyzja. Ojciec i Jurek, jako potencjalny poborowy „czerwonoarmiejec”, muszą przejść przez Bug i udać się do Kraśnika, do Stryja Tadka. Tam jakoś przetrwają. To samo niebezpieczeństwo dotyczyło także Kazika Sidorczuka. On jednak wstrzymywał się z ostateczną decyzją. W naszym przypadku aktualnie Niemcy wydawali się mniej niebezpieczni. Czas naglił. Lody na Bugu lada chwila mogły ruszyć. Jeżeli ruszą – nie będzie możliwości przejścia na drugą stronę. Po konsultacji z wujkiem Marciniakiem ustalono, że przeprawa nastąpi w okolicy wsi Tonkiele – Starczewice. Przewodnika umówił wujek Marciniak. (...)
Po jakimś czasie zaczęliśmy otrzymywać listy z Kraśnika, nigdy od Tadka lub Zenki. W listach wmieszane w konteksty zwykłych zdań korespondencji między rodzinami, „zaszyfrowane” (naiwnie) zdanie: „...dał Bóg, że buk przepłynął przez Bug”. Strasznie to było „tajemnicze”, jak się nam wówczas wydawało. Naiwnie myśleliśmy, że w ten sposób przechytrzymy sowieckich cenzorów. Dopiero po jakimś czasie, a było to znacznie później, gdy Mama została wysiedlona, a ja zostałem wzięty pod opiekę przez Stryjów Edwardów, po kolejnych „rozmowach” z dyrektorem szkoły Martynowem, zorientowaliśmy się, że sowieci coś podejrzewają. Wypytywali o Ojca. Kłamaliśmy naiwnie jak umieliśmy.
A my nadal w bolszewickim raju
Tymczasem życie płynęło swoim torem. Mama pracowała w ambulatorium. Sowieci przejęli polski polowy szpital i automatycznie cały personel medyczny, stał się pracownikami sowieckiej administracji. Miało to chwilowo tę dobrą stronę, że Mama otrzymywała jakieś wynagrodzenie. Nie było to w pełni wystarczające ale jakoś sobie radziła mając także żywnościowe wsparcie z Łojek od wujostwa Sidorczuków. Wywózki się ciągle powtarzały. Stale wywozili rodziny znane z poglądów narodowych, chociaż także i nawet w pierwszej kolejności, poaresztowali członków – aktywistów PPS a potem powywozili ich rodziny.
Wreszcie dobrali się także do Żydów, głównie żydów zamiejscowych. Obok nas, u żydowskich sąsiadów Pundików mieszkało chyba z dziesięć osób – żydów z Warszawy. Pewnego dnia przyszedł do nas Pan Boczarow, syn emerytowanego carskiego maszynisty kolejowego, który po I wojnie i bolszewickiej rewolucji osiedlił się w Siemiatyczach. Z racji swej narodowości i dobrej znajomości języka, chociaż syn „białogwardzisty”, zaczął pracować w sowieckim Zarządzie Miasta, tak zwanym „Gorsowiecie”. Boczarow dowiedział się, że zarządzono zbiórkę furmanek, a godzinę wyznaczono na noc. Dla niego była to sprawa oczywista, że ma być akcja wywózkowa. Ponieważ żywił do nas jakąś sympatię przyszedł do mamy i powiedział jej o tym. Radził, żeby na tę noc wyjść z mieszkania i schować się. Ale gdzie? Na Łojki do rodziny nie miało sensu. Oni też byli zagrożeni. Do Stryjów? – jeszcze gorzej! Wysłaliśmy więc tylko Babcię na Łojki. Nie mieliśmy nic do stracenia. Mama wieczorkiem poszła do naszego sąsiada, żyda Gaiła, który bez zastanowienia wyraził gotowość pomocy. Miał strych z dostępem od zewnątrz z sąsiedniego zaułka. Wyciągnął po ciemku drabinę i weszliśmy na stryszek. W ostatniej niemal chwili!
Za chwilę rozpoczął się ruch pod naszym domem. Nic nie widzieliśmy odgrodzeni od świata zewnętrznego gontowym dachem i w dodatku w ciemną bezksiężycową noc. Ale słyszeliśmy wszystko wyraźnie. Pokrzykiwania w rosyjskim języku, płacz, jakieś żydowskie nawoływania, nerwowe rozmowy. Nie wiedzieliśmy co się dzieje. Wydawało się, że to przyszli po nas. Ponieważ nie mogli się dostać – myśleliśmy – widocznie pobudzili Żydów i usiłowali się dowiedzieć co z nami się dzieje. Strach!! Słuchaliśmy w napięciu, i rozpaczy. (...) Siedzieliśmy wystraszeni całą noc. Rano Gaił wdrapał się po drabinie do nas i powiedział, że możemy wyjść, że już po wszystkim. Jeszcze nie wiedział co się stało ale wiedział, że się uspokoiło. Widocznie też miał pietra. Wolał się nas pozbyć jak najszybciej!
Okazało się, że jeszcze tym razem, nie po nas przyszli. Przyszli po warszawskich Żydów, ale przy okazji zabrali także rodzinę Pundików, którzy ich przygarnęli. Później dowiedzieliśmy się, że naszych sąsiadów wywieźli do Archangielska. Przysłali list do sąsiadów. Odetchnęliśmy, ale niepokój pozostał. Na razie jeszcze nie nasza pora.
Wagary W szkole często chodziłem na wagary. Tak się złożyło, że zaprzyjaźnił się ze mną mój rówieśnik Rosjanin, syn jakiegoś sowieckiego pułkownika – straszny łobuziak. To on głównie był inspiratorem wagarowych wypraw. Chodziliśmy do lasu z procami na polowania na ptaszki, zamiast na lekcje. Czasami chodziliśmy razem na pola pobliskiego Rososza, gdzie krasnoarmiejcy budowali nasypy kolejki wąskotorowej, układali tory, i kopali łopatami, ładowali wagoniki – wywrotki i przepychali z ziemią z wykopów na nasypy. Jak się później okazało miała to być kolejka, która miała przewozić ze stacji kolejowej w Siemiatyczach bazaltowe kruszywo, cement, stal zbrojeniową i inne materiały na budowę linii bunkrów t.zw. „Linii Mołotowa” – jak się po wojnie już dowiedziałem.
Wyrzuceni z domu - 1940
Chodziłem coraz częściej na wagary. Spodobało mi się to. Rozwydrzyłem się do tego stopnia, że nie brałem ze sobą plecaka z zeszytami i książkami. Babcia Agnieszka pytała mnie dlaczego nie biorę plecaka, odpowiedziałem : - dziś mamy tylko gimnastykę, śpiew i rysunki. – Babcia niczego nie podejrzewała (sama nigdy nie chodziła do szkoły – skąd mogła się domyśleć, że to kłamstwo?) Dopiero gdy któregoś dnia przyszedł Stryj Edward przestępstwo się wydało. Stryjostwo uczyli w tej samej szkole, tylko w innych klasach Zapytał Mamę dlaczego mnie nie posyła do szkoły? To prawda - mówił – to jest obca szkoła, rosyjska, bolszewicka, wroga nam, ale chłopak musi się uczyć. Jest to jednak szkoła, jest matematyka, jest nawet język polski, biologia, geografia. Tego się powinien uczyć! Nawet język rosyjski – też się może przydać. Język wroga trzeba znać! Inaczej będzie miał przerwę i zostanie analfabetą!
Mama osłupiona – stała i słuchała. - Czy Ty naprawdę myślisz, że ja go celowo nie posyłam do szkoły? Ja chodzę do pracy, Babcia go do szkoły codziennie wyprawia i pilnuje żeby punktualnie wychodził i nie spóźniał się. Chłopak nie ma Ojca, nie ma go kto pilnować. Pewnie chodzi na wagary. I wydało się. Uradzili, że Stryj Edward musi zastąpić Ojca. Koniec końcem musiał mi urządzić małe „rżniątko”, wygłaszając przy tym surowe pouczenie, z „wydźwiękiem patriotycznym” – jak byśmy to dziś powiedzieli.
- Wróg, nie wróg ale uczyć się trzeba. Dziś żołnierze walczą, jedni w kraju w konspiracji, inni we Francji, jeszcze inni w niewoli, a ty jesteś za mały żeby walczyć, ale musisz wiedzieć, że wroga nie można lekceważyć. Nawet od wroga – mówił – trzeba się uczyć. Ty masz się uczyć dla przyszłej Polski. Ta „mowa” jak to nazywaliśmy, więcej zrobiła niż lańsko, które prawdę mówiąc nie było zbyt dotkliwe. Byłem zresztą przyzwyczajony i miałem twardą dupę. Zacząłem od tej pory chodzić do szkoły regularnie. Nawet pożyczyłem w bibliotece szkolnej książkę „Robinson Crusoe” w języku rosyjskim. Zacząłem czytać. Szło raczej opornie, ale tekst mnie zainteresował. Stopniowo, powoli, dochodziłem do wprawy w czytaniu cyrylicy. Jak jakichś słów lub nawet zdań nie mogłem zrozumieć, pytałem Mamy (Ona trochę znała rosyjski ze szkoły rosyjskiej, jeszcze carskiej z przed I wojny), lub Stryja na przerwach w szkole. Szybko, nieprawdopodobnie szybko, na tej książce, nauczyłem się rosyjskiego na tyle, że mogłem potem przejść do Turgieniewa, Gorkiego, Puszkina a także i innych „wzniosłych” bolszewickich czytanek.
Umacnianie sowieckiej władzy
Tymczasem sowieci instalowali się na dobre. Na granicy na Bugu wprowadzili szerokie, orane i bronowane pasy. Wysokie płoty gęsto oplecione drutem kolczastym. Ciągnęło się to nieprzerwanie na setki kilometrów. Co pewną odległość, zależnie od konfiguracji terenu i zalesienia stawiali wysokie drewniane wieże z platformami dla wartowników. Granica była strzeżona tak, że trudno było strzec ją lepiej. Wsie, które były położone bliżej Bugu kazali bezwzględnie rozebrać. Większość wiejskich zabudowań w tym rejonie była drewniana. Rozebrali między innymi Olendry. Fedorukowie przenieśli się z zabudowaniami aż pod szosę Drohiczyn - Mielnik. Zamieszkali w komórkach, które urządzili w rozebranej i przeniesionej stodole. Bolszewicy z niczym się nie liczyli. Egzekwowali swoje zarządzenia bezwzględnie. Mieszkańcy, pod nadzorem wojsk pogranicznych musieli to robić sami. Bronowanie pasów oranej ziemi też narzucili okolicznej ludności. Musieli to robić co jakiś czas, własnymi końmi i bronami pod nadzorem pograniczników.
Zaczęli wprowadzać obowiązkowe dla wszystkich dowody osobiste.
Dla nas był to wyrok. Początek maja 1940 roku. Musieliśmy wyjechać z Siemiatycz. Wywieźliśmy co się dało z mebli i towarów po sklepie na Łojki. Do stryjów się nie dało, bo stryjom również zabrali dom. Wprawdzie dostali paszporty trzeciej kategorii, ale musieli się wyprowadzić do wynajętego mieszkania w domku za rzeką, pod lasem. Tam, jak się później okazało, zamieszkałem od nowego roku szkolnego we wrześniu 1940 roku.
Sama przeprowadzka Stryjów odbywała się w jakimś dramatycznym napięciu, w którym i ja brałem udział. Strach ma wielkie oczy!
Zaraz po działaniach kompanii wrześniowej 1939 roku, Ojciec ze Stryjem i Panem Janem Konczerewiczem także i przy moim udziale zakopali w pobliżu domu stalową kasetkę, zabezpieczoną smołą, towotem i papą. W kasetce był pistolet z amunicją, dosłownie zatopiony w towocie. Dokładnie odmierzono odległości od charakterystycznych punktów domu. Wszyscy zapamiętaliśmy wymiary.
Zakopano, ziemię ubito, przyłożono darnią. Nie wiedzieliśmy wówczas, że trzeba będzie dom opuścić. Na domiar złego Dom zajęła sowiecka straż graniczna i NKWD. Przed przeprowadzką koniecznie trzeba było pistolet odkopać bo sowieci mogli go przy okazji jakichś prac adaptacyjnych na swoją siedzibę, odnaleźć. Nie chodziło o pistolet, ale o konsekwencje dla Stryja po ewentualnym odnalezieniu go przez
Sowietów. Strach ma wielkie oczy!
Przez cały wieczór i kawał nocy, we dwóch na zmianę kopaliśmy i nic! Wreszcie następnego dnia, tuż przed terminem opuszczenia domu, wyznaczonym przez sowietów, stryj jeszcze zaczął grzebać i dokładnie w tym miejscu co powinien, odnalazł kasetkę. Komu później przekazał tę kasetkę z zawartości nie wiem. Nie pytałem. Już w owych czasach i później w czasie wojny obowiązywała zasada: jak nie musisz, lepiej żebyś nie wiedział!
Tymczasem po ewakuacji naszych rzeczy na Łojki wujek Szymon zaprzągł konia w drabiniasty wóz i przyjechał po nas. Jak sobie dość niejasno przypominam, mieliśmy wtedy kontakt z Olendrami, bo Tadzio Fedoruk przysłał także swego Ojca, również drabiniastym wozem żeby pomóc w ewakuacji. Nie przypominam sobie żebyśmy mieli wówczas kontakt z Wólką czy Mińczewem.
Jak się później okazało wujka Józefa Marciniaka w międzyczasie aresztowano. Nie pamiętam, czy Mama już o tym wiedziała czy nie. Dzieliło nas ponad 20 kilometrów i żadnej możliwości komunikacji, chyba, że pieszo lub furmanką. Wszyscy byli zaabsorbowani sobą, własnymi kłopotami, byli oszołomieni i oderwani od siebie. Ja o tym wszystkim wówczas nie wiedziałem. W tym samym czasie Ciocia Michalinka również dostała paszport 11 kategorii i musiała, podobnie jak my Siemiatycze, opuścić Mińczewo. Myśmy o tym nie wiedzieli. Nie wiedzieliśmy także o tym co działo się w Wólce. Przynajmniej ja, nie wiedziałem albo sobie tego wówczas nie uświadamiałem. Nie wiedziałem, że Antosia Pykałę również aresztowano. Byłem oszołomiony i żyłem w jakimś oderwanym od rzeczywistości świecie.
Po załadowaniu tego co się dało na dwa wozy pojechaliśmy przez rynek i ulicą Czartajewską na północ, jeszcze nie wiedząc dokąd. Może starsi coś tam zaplanowali, a może nie. Nie wiem. Dla mnie była to droga w nieznane!
W miarę upływu czasu daje się odczuć jakieś napięcie. Wówczas było to niezbyt zrozumiałe. Dla nas po prostu okupacja. Do wujostwa Sidorczuków zimą dokwaterowali dziesięciu czerwonoarmistów. Spali na podłodze w dużym pokoju. Ja w soboty i niedziele spałem na kanapce razem z nimi. Wujostwo na jednym łóżku w sąsiednim pokoju, a w następnym Babcia z Haliną na jednym łóżku a na drugim łóżku Kazik z Heńkiem. Łącznie spało nas w domu 17 osób. To była zima 1940/1941 roku. W niedzielę wieczorem albo w poniedziałek rano wracałem do stryjów. Trwało to do wiosny. Na wiosnę napływa coraz więcej wojska. Pewnej nocy (u stryjów pod lasem) słyszeliśmy nawet warkot samochodów z pobliskiej drogi polnej, bez nawierzchni brukowej. Rano w głębokie koleiny po samochodach i ślady gąsienic ciągników czy czołgów. Koleiny głębokie do kolan. Nie ma samochodów, ani „widu ani słychu”. Cisza spokój.
Wychodzę po południu z Dorą (suka Bernardyn którą Stryj w 39 roku przygarnął od jakichś młodych ludzi uciekających przed Niemcami) na spacer do lasu – to kilkanaście kroków od domu. Lasek był młody, dość gęsty. Z za drzew wychodzi żołnierz – „bojec” w charakterystycznej bolszewickiej, szarej, flanelowej czapce z malutkim daszkiem i czubkiem na wierzchu głowy. Karabin z bagnetem skierowany w moją stronę.
-„Stoj kuda”?!
- Drugą ręką, charakterystycznym gestem zrozumiałym dla każdego – stop dalej nie można. Zrozumiałem.
- „Nie lzia!”, ubirajsia damoj”! Kolejny gest ręką odganiający mnie wstecz w kierunku na ścieżkę, którą przyszedłem.
Zawróciłem i poszedłem w kierunku domu bez słowa.
Okazało się, że cały las był obsadzony wojskiem.
Wujek Szymon opowiadał, że pewnego dnia wyjechał furmanką w pole w kierunku pod Słochy. Zobaczył, że na Jego polu wyrósł lasek, którego dotąd nie było. Z „lasku” wyszedł wortownik i kazał szybko się wynosić. Była tam budowana „otoczka” (bunkier żelbetonowy”
Po wybuchu wojny zobaczyliśmy, że w lesie był jeden wielki obóz, ziemniaki, namioty, baraki. Pod lasem w wykopanych wgłębieniach, stanowiska baterii artyleryjskich, ukryte za krzakami. To widziałem już przedtem idąc drogą, równolegle do lasu w kierunku Turny. Na polach „laski” – to były zasłony budowanego systemu bunkrów linii obronnej (jak się po wojnie dowiedzieliśmy – jak zwanej „Linii Mołotowa”). Wiosną żołnierze z Łojek wyprowadzili się do lasu
Nielegalne spotkanie z Mamą
Wczesną wiosną dowiedziałem się też o Mamie. Mieszkała w Stadnikach. Przyszedł do nas Michał Teodorczuk. Powiedział, że Mama przekradła się do Słowiczyna i tam u nich czeka na mnie. To było z jej strony wielkie przestępstwo, nie wolno jej było przebywać w strefie przygranicznej. Była zobowiązana trzymać się z dala od granicy na Bugu, w odległości nie mniej niż 100 kilometrów. Poszedłem w tajemnicy. Spotkałem się z Mamą na Słowiczynie u Teodorczuków. Było rzewnej uciechy i płaczu co niemiara. Mama utraciła posadę w Dziadkowicach. Zatrzymała się na wsi, w Stadnikach. Utrzymywała się tam jesienią z pracy przy kopaniu kartofli i pracując u chłopów przy pracach rolnych. Wykonywała też chyba po cichu swój zawód akuszerki. Później dostała legalną pracę w Gminnym Ośrodku Zdrowia w Milejczycach.
Milejczyce nie były, co prawda, oddalone od granicy o 100 kilometrów, ale lokalne władze patrzyły na to widocznie dość liberalnie, bo akuszerki potrzebowały. Wróciłem po kilku godzinach do Stryjów.
Sowiecka codzienność
Dzień toczy się za dniem. Szkoła, diktowsi z rosyjskiego, powrót do domu, odrabianie lekcji. Opanowałem rosyjski tak dobrze, że dostaję z dyktand bardzo dobre stopnie: „otliczno”. Mój sowiecki kolega, syn pułkownika, zbiera same kiepskie oceny: „płocho”. Marusia – nauczycielka rosyjskiego stawia mu mnie za wzór. „Smatri Wit’ka, malienkij Polaczyska do sich por nie znał ruskoho. Tiepier wsiegda połuczajet – otliczno. – mówiła. - A ty szto? Ty kruhom durak! – krzyczała. Na białoruskim nie było ze mną tak dobrze. Uparłem się i nie wiem dlaczego, postanowiłem białoruskiego nie umieć. Toteż nauczycielka białoruskiego – nazywaliśmy ją „pianierważata”, zawsze do mnie i do mnie podobnych wykrzykiwała: „Ty znajesz, ty nikoły niczicho nie umiw! Ciabie pticzki spiawajuć, trauka zjalanieje, a uczyścia ni ma! Ty kruhom durak!)
W sowieckich szkołach wakacje były wcześniej niż w polskich. Dokładnie nie pamiętam, ale chyba rok szkolny kończył się wraz z końcem maja. Albo nawet troszkę wcześniej.
Moi opiekunowie: babcia, stryjostwo Edwardowie i wujostwo Sidorczukowie ustalili, że pojadę do Mamy do Milejczyc. Termin wyjazdu się jakoś przeciągał. Nie było wówczas komunikacji lokalnej, tak jak teraz. Trzeba było iść piechotą, albo jechać furmanką. Było to jednak około 30 kilometrów. Wujek Szymon jednak zajęty, dopiero po kilku dniach zaprzągł konia i wybraliśmy się we czworo: babcia, stryjenka Helena, wujek Szymon jako powożący i ja. Po kilku godzinach jazdy furmanką dojechaliśmy.
Chyba była to noc z soboty na niedzielę. Spałem sobie smacznie. Łóżko miałem przy ścianie, pod oknem. Dom był drewniany. Obudził mnie jakiś nieznośny huk. Dzwoniły szyby w oknach. Pomyślałem sobie przez sen: „Cholerna krowa! Stanęła przy ścianie i bije w nią rogiem!” W czerwcu widno jest już chyba około 4.00 rano. Było już całkiem jasno. Mamy nie było w pokoju. Babcia się krzątała gdzieś pomiędzy swoim łóżkiem, a oknem. Ocknąłem się. Zacząłem gderać na krowę, obiecując jej lanie. Półprzytomny wciągałem spodnie. Chciałem wyskoczyć na dwór, znaleźć kija i walnąć to bydlę. Gospodarze zwykle rano wypędzali krowy na podwórko, a one przez jakiś czas wałęsały się po przejściu między płotem, domem a ulicą, czekając na pastucha. Pastuch nadchodził i wypędzał je na ulicę, dołączał do stada i prowadził na pastwisko poza wsią.
Myślałem, że tak się dzieje i tym razem. Tak jednak nie było. Krowy wprawdzie wałęsały się, a ludzie powychodzili na ulicę, rozmawiali, spoglądali w niebo. Z dala słychać było gwałtowny hurkot i gęste głuche wybuchy. Od czasu do czasu - bardzo silne wybuchy - aż ziemia się trzęsła. To bombardowanie z samolotów, gdzieś chyba na stację kolejową w Nurcu. Z daleka widać było unoszące się dymy na horyzoncie.
- To pewnie wojna! - mówili ludzie.
Naprzeciwko nas, po drugiej stronie ulicy, była wiejska, ogólna studnia z drewnianym korytem do pojenia krów i koni. Z tej studni korzystało wojsko. Codziennie po kilka razy przyjeżdżał wojskowy beczkowóz. Nabierali wody i wieźli do pobliskiego lasu, gdzie był duży obóz wojskowy. Dla bezpieczeństwa studni pilnował wartownik. -„Eto maniobry” - odpowiadał z przeświadczeniem swej fachowej wiedzy. Ludzie kręcili niedowierzająco głowami. Manewry i dymy pożarów?!
W domu naprzeciwko miał kwaterę jakiś ważny „kamandir”. Widziałem, jak otworzył lufcik okna, wychylił się i wyglądał z niego przez jakiś czas. Wreszcie, znudzony widocznie, zamknął. Zniknął z mego pola widzenia. Po jakimś czasie przybiegł do niego jakiś „bojec” w pełnym oporządzeniu, z karabinem i bagnetem na karabinie. Zastukał do drzwi. „Kamandir” otworzył i z pytającym wyrazem patrzył na żołnierza. -„Towariszcz Komandir! Wozdusznaja triewoga, prizywajut was w sztab niemiedlienno!” - głośno meldował. „Kamandir” już w spodniach i butach, bez „gimnastiorki” (bluzy), trzymając w ręku raportówkę, czapkę, pas z kaburą, pobiegł za żołnierzem. Wołano za nim: - Eto maniobry?! - pytano. - Niet. Eto nawierno wojna! Naszi uże paszli na Warszawu - odkrzykiwał. Optymista!
Poza tymi dalekimi odgłosami artyleryjskimi i odległymi detonacjami bombardowań był spokój. Zapomniano o stojącym przy studni wartowniku.
W międzyczasie, jak to ciekawy chłopak, pobiegłem „na miasto”. W centrum na skrzyżowaniu ożywiony ruch. Przeważają wojskowi i cywilni sowieci. Otwarty jedyny sklep spożywczy. Ludzie tłoczą się po kupienie czegokolwiek, ale nic właściwie nie ma. Tam zobaczyłem po raz pierwszy dwóch lejtnantów z jakimiś dziwnymi dla mnie krótkimi karabinkami z okrągłymi magazynkami amunicyjnymi. Jak się później domyśliłem były to „pepesze”, które po raz pierwszy wtedy zobaczyłem.
Po jakimś czasie zaczęły się wytaczać z lasu ciężkie pojazdy gąsienicowe - ciągniki ciężkiej artylerii. Ciągnione przez nie działa były dużego kalibru. Nie znałem się na tym. Lufy miały o bardzo dużej średnicy. Było tego co nie miara. Jechały, jechały, jechały... i nie widać było końca. Dziwiłem się, że zmieściło się w tym lesie tyle tych pojazdów i dział. Wreszcie przestały jechać. Jechały jedyną szosą prowadzącą w kierunku Siemiatycz.
Niespodziewanie w tej zawierusze przyjechał do nas na rowerze Heniek Sidorczuk. Pracował wówczas na sowieckiej poczcie jako monter telefoniczny. Był w roboczym kombinezonie i w okrągłej, sztywnej czapce mundurowej sowieckiego telefonisty. Być może dzięki temu, udało mu się dojechać do nas z odległych o około 30 kilometrów Siemiatycz. Miał przy sobie torbę monterską z narzędziami. Miał naprawiać przerwaną linię telefoniczną. Chyba przyjechał na rozkaz swoich przełożonych. Mówił, że Siemiatycze były bombardowane przez niemiecką artylerię z za Buga. Mówił podniecony, że jest wiele pożarów. Powiedział też, że aresztowali Stryja Edwarda, stryjenkę chyba wywieźli na Syberię. Przez całą wojnę nie wiedzieliśmy czy Stryja aresztowali, czy też wywieźli ich razem. Były sprzeczne informacje. Po kilku minutach rozmowy Heniek powrócił w tym frontowym zamieszaniu do Siemiatycz.
Sowieci uciekają
W poniedziałek z samego rana rozpoczął się jakiś ruch na drodze. Zorientowaliśmy się, że rozpoczął się odwrót. Najpierw piesi cywile, furmanki, wreszcie nieliczne ciężarówki. Początkowo z rzadka, potem coraz częściej i coraz gęściej, wreszcie nieprzerwane kolumny. Na szczęście samoloty niemieckie kolumny nie bombardowały.
Po południu zatrzymał się jakiś mały konwój furmanek z cywilami, obstawiony przez „Enkawudzistów”. Siedzący na furmankach ludzie mieli powiązane kablami ręce. Zażądano wody. Ludzie, a między innymi i Mama, powynosili wiadra a wodą. Mama na kilku furmankach rozpoznała między innymi Pana Kosińskiego, Pana Ekielskiego i furmana, którego sowieci wzięli na t.zw. „podwodę” - Pana Mantura z Łojek, sąsiada zza płota Sidorczuków. Związani pasażerowie furmanek okazali się być aresztowanymi tuż przed wojną mieszkańcami Siemiatycz. Eskorta nie zabraniała rozmowy z aresztowanymi. Mama podając wodę rozmawiała z nimi. Kolumna odjechała w kierunku Kleszczel, uważnie obserwowaliśmy mijające nas furmanki. Nigdzie Stryja nie zauważyliśmy.
Po kilku tygodniach, gdy front się przewalił i nastał względny spokój, dowiedzieliśmy się, że sowiecka eskorta uciekających enkawudzistów, wszystkich aresztowanych rozstrzelała w okolicy Kleszczel, nie oszczędzając furmana Mantura. Nic mu nie pomogło, że był tylko przypadkowo wziętym do przewozu furmanem, właścicielem konia i wozu oraz Białorusinem. Nie chcieli mieć świadka?
Około godziny 14.00 - 15.00 kolumny odwrotowe przerzedziły się. Zaczęły dominować pojazdy wojskowe i piesi żołnierze. Coraz rzadziej i rzadziej. Niektórzy żołnierze mówili
Komentarze