Reklama

Wyższa szkoła pilotażu

28/03/2008 21:14
Akrobacja lotnicza to wyższa szkoła pilotażu nie tylko zawodowych pilotów, lecz i tych, którzy latają mniejszymi maszynami powietrznymi - modelami samolotów i śmigłowców.

          Pan Mirosław Sętorek, mieszkaniec Siemiatycz, to kolejny w naszej galerii człowiek nietuzinkowy, który potrafi pogodzić życie rodzinne z pracą zawodową i zajmującym, bardzo pracochłonnym hobby – z modelarstwem lotniczym. W naszej gazecie już parę razy przedstawialiśmy modelarzy z Siemiatycz i powiatu, ale dziś po raz pierwszy Czytelnicy będą mieli okazję poznać człowieka, który dzięki swemu hobby pokonał siłę ciążenia i „wzniósł się ku słońcu” dzięki zbudowanym przez niego modelom.
          - Skąd wzięła się u pana fascynacja modelarstwem lotniczym?
          - Zamiłowanie do modelarstwa „zaszczepił” we mnie mój ojciec, który zajmował się budową modeli samolotów z silnikami spalinowymi, latających na uwięzi, którymi wykonywał dość skomplikowane figury akrobacyjne. Jako dziecko często pomagałem ojcu w całym misterium przygotowania modelu do lotu - tankowania strzykawką paliwa eterowego, regulacji pracy silniczka napędzającego model, rozwijania linek, na których latał model, byłem obecny przy startach, akrobacjach i lądowaniach i coś tam powoli zaczynało we mnie kiełkować. Przeszedłem przez etap budowania modeli kartonowych, modeli pływających, prostych modeli latających z napędem gumowym, potem z silnikowym, ale zdecydowanie pozostałem przy modelach samolotów, przy czym są to samoloty z silnikami spalinowymi i od pewnego czasu, co jest nowością, z silnikami elektrycznymi.
          - Skromnie przemilczał pan fakt, że oprócz tego, że są napędzane silnikami, są też sterowane radiem!
          - No tak, prawie wszystkie moje modele są zdalnie sterowane radiem i dzięki temu pozwalają na przeżywanie takich wrażeń, jak podczas lotu prawdziwym samolotem. Mogę wystartować bezpośrednio z powierzchni ziemi, jak to się dzieje w rzeczywistości, mogę wykonywać w locie wszystkie potrzebne manewry, nabierać wysokości, lecieć w dowolnym kierunku, wykonywać nawet dość skomplikowane figury akrobacyjne, w końcu lądować jak prawdziwy samolot. Niektóre z moich modeli mogą startować i lądować nawet na zwykłej, w miarę równej łące, dla innych zbudowałem „prywatne lotnisko” z równą, utwardzoną nawierzchnią. „Hangarów” nie budowałem, prawie wszystkie modele przechowuję tutaj, w swojej pracowni, może poza tym najstarszym, weteranem, który odpoczywa, zdobiąc ścianę wewnątrz mojego garażu.
          - Widzę, że używa pan profesjonalnej aparatury nadawczo – odbiorczej, czy to bardzo kosztowna „zabawka”?
          - Nie, teraz na szczęście elektronika stała się w miarę tania i co najważniejsze łatwo dostępna, więc mogę sobie pozwolić na sterowanie modelami za pomocą naprawdę dobrej aparatury, wielokanałowej i umożliwiającej jednoczesne przekazywanie wielu poleceń z ziemi, co z kolei pozwala na wykonywanie nawet bardzo trudnych i skomplikowanych manewrów w powietrzu. Zaczynałem od prostych modeli, zdolnych do wykonywania podstawowych manewrów, takich jak wznoszenie, opadanie, zwroty, pętle, beczki, a w miarę budowania coraz bardziej zaawansowanych technicznie modeli i doskonalenia swoich możliwości, nauczyłem się figur wyższego pilotażu. Natomiast wykonywanie takich manewrów jak loty w odwrotnej pozycji, do góry kołami, loty „na żyletkę”, kiedy model leci skrzydłami w pionie, ale równolegle do ziemi, czy na przykład łączenie przewrotu przez skrzydło z wykonaniem beczki sterowanej w pionie w górę, przejście do szybkiej beczki zewnętrznej w pionie w dół i wyjście do lotu odwróconego, co nie każdy od razu jest w stanie sobie wyobrazić, wymagało wielu godzin latania i powtarzania manewrów setki razy. Za to teraz już nie mam się czego wstydzić, większość figur akrobacji lotniczej już opanowałem i teraz je tylko „szlifuję”
          - A nie korciło pana stanąć w szranki z innymi modelarzami, na jakichś zawodach lub konkursach?
          - Był taki epizod. Parę lat temu wystartowałem w ogólnopolskich zawodach LOK i nawet zdobyłem zaszczytne drugie miejsce, ale potem już mnie nie korciło, największą przyjemność odczuwam podczas indywidualnego latania i doskonalenia techniki. Nie mam ciągot do rywalizacji, zresztą myślę, że „młode wilczki” bez problemów dałyby sobie ze mną radę, a tak co jakiś czas tworzę nową konstrukcję, wyposażam ją w silnik i elektronikę, oblatuję, nacieszę się i zaczynam myśleć o kolejnej.
          - Widzę też u pana kilka modeli helikopterów, a jak słyszałem, to dopiero jest prawdziwa modelarska arystokracja?
          - No cóż, nie będę zaprzeczał, rzeczywiście budowanie takich modeli jest najbardziej zaawansowane technicznie, są one najbardziej skomplikowane podczas regulacji i oblatywania, a i nauka ich pilotażu jest wyjątkowo trudna. Wszystkie, nawet podstawowe, manewry przy lataniu helikopterami są znacznie trudniejsze do opanowania niż w przypadku modeli samolotów, a już wykonywanie na nich figur akrobacji lotniczej to prawdziwe „niedźwiedzie mięso”. Ale pomalutku, pomalutku opanowałem większość z nich i dziś mogę pochwalić się, że pilotaż helikopterów przestał być dla mnie czymś niezwykłym. Już nawet opanowałem latanie modelem helikoptera „do góry nogami”, czego jeszcze nie dokonał żaden z prawdziwych helikopterów!
          - Wspomniał pan o nowości – o silniczkach elektrycznych do modeli latających.
          - Tak, to swego rodzaju nowinka i ciekawostka, bo o ile jeszcze kilka lat temu silniczek elektryczny kojarzył się wyłącznie z zasilaniem prądem stałym i niewielkimi obrotami, to teraz buduje się silniczki elektryczne zasilane, owszem, nadal prądem stałym, ale przetwarzanym na prąd zmienny trójfazowy i osiągające do 16 tysięcy obrotów na minutę, co pozwala stosować je do napędu modeli helikopterów i samolotów. O, proszę, ten model samolotu, napędzany takim silniczkiem, potrafi zawisnąć w pionie bez ruchu, czego są w stanie dokonać zaledwie nieliczne samoloty! To prawdziwy przewrót w napędzie modeli lotniczych, nie ma już operacji tankowania, dość pracochłonnej regulacji zapłonu i ustawiania właściwych obrotów, hałasu pracującego silniczka i wreszcie nie ma żmudnego czyszczenia instalacji napędowej po zakończeniu lotów, sama przyjemność. Zdradzę panu, że takie silniczki elektryczne najnowszej generacji buduję sam, wykorzystując na przykład część elementów z napędów CD.

          Pan Mirosław jest obecnie w trakcie budowy największego ze swoich modeli, który będzie napędzany czterosuwowym silnikiem spalinowym o pojemności ponad 11 cm sześciennych, czyli olbrzymem wśród silniczków modelarskich i oczywiście będzie sterowany drogą radiową. Na ścianie jego pracowni wisi przepiękny model myśliwca z czasów II wojny światowej Mustang P-51D, już na etapie końcowych prac malarskich, zaś obok niego stoi piękny i bardzo duży model śmigłowca, czekający na dobrą pogodę, aby rozpocząć loty. Jeśli jeszcze wspomnę, że pan Mirosław sam potrafi dokonać wszelkich przeróbek i napraw zarówno silniczków, jak i aparatury radiowej, to śmiało można mówić o nim, że należy do elity modelarzy lotniczych, czyli do tych, którzy posiedli najwyższy stopień wtajemniczenia. Pozostaje mi tylko podziękować mu za bardzo miłą rozmowę i życzyć mu takiej samej liczby startów i lądowań jego miniaturowej, powietrznej floty.

           Tadeusz Sikorski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. TS
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama