Akrobacja lotnicza to wyższa szkoła pilotażu nie tylko zawodowych pilotów, lecz i tych, którzy latają mniejszymi maszynami powietrznymi - modelami samolotów i śmigłowców.
Pan Mirosław Sętorek, mieszkaniec Siemiatycz, to kolejny w naszej galerii człowiek nietuzinkowy, który potrafi pogodzić życie rodzinne z pracą zawodową i zajmującym, bardzo pracochłonnym hobby – z modelarstwem lotniczym. W naszej gazecie już parę razy przedstawialiśmy modelarzy z Siemiatycz i powiatu, ale dziś po raz pierwszy Czytelnicy będą mieli okazję poznać człowieka, który dzięki swemu hobby pokonał siłę ciążenia i „wzniósł się ku słońcu” dzięki zbudowanym przez niego modelom. - Skąd wzięła się u pana fascynacja modelarstwem lotniczym? - Zamiłowanie do modelarstwa „zaszczepił” we mnie mój ojciec, który zajmował się budową modeli samolotów z silnikami spalinowymi, latających na uwięzi, którymi wykonywał dość skomplikowane figury akrobacyjne. Jako dziecko często pomagałem ojcu w całym misterium przygotowania modelu do lotu - tankowania strzykawką paliwa eterowego, regulacji pracy silniczka napędzającego model, rozwijania linek, na których latał model, byłem obecny przy startach, akrobacjach i lądowaniach i coś tam powoli zaczynało we mnie kiełkować. Przeszedłem przez etap budowania modeli kartonowych, modeli pływających, prostych modeli latających z napędem gumowym, potem z silnikowym, ale zdecydowanie pozostałem przy modelach samolotów, przy czym są to samoloty z silnikami spalinowymi i od pewnego czasu, co jest nowością, z silnikami elektrycznymi. - Skromnie przemilczał pan fakt, że oprócz tego, że są napędzane silnikami, są też sterowane radiem! - No tak, prawie wszystkie moje modele są zdalnie sterowane radiem i dzięki temu pozwalają na przeżywanie takich wrażeń, jak podczas lotu prawdziwym samolotem. Mogę wystartować bezpośrednio z powierzchni ziemi, jak to się dzieje w rzeczywistości, mogę wykonywać w locie wszystkie potrzebne manewry, nabierać wysokości, lecieć w dowolnym kierunku, wykonywać nawet dość skomplikowane figury akrobacyjne, w końcu lądować jak prawdziwy samolot. Niektóre z moich modeli mogą startować i lądować nawet na zwykłej, w miarę równej łące, dla innych zbudowałem „prywatne lotnisko” z równą, utwardzoną nawierzchnią. „Hangarów” nie budowałem, prawie wszystkie modele przechowuję tutaj, w swojej pracowni, może poza tym najstarszym, weteranem, który odpoczywa, zdobiąc ścianę wewnątrz mojego garażu. - Widzę, że używa pan profesjonalnej aparatury nadawczo – odbiorczej, czy to bardzo kosztowna „zabawka”? - Nie, teraz na szczęście elektronika stała się w miarę tania i co najważniejsze łatwo dostępna, więc mogę sobie pozwolić na sterowanie modelami za pomocą naprawdę dobrej aparatury, wielokanałowej i umożliwiającej jednoczesne przekazywanie wielu poleceń z ziemi, co z kolei pozwala na wykonywanie nawet bardzo trudnych i skomplikowanych manewrów w powietrzu. Zaczynałem od prostych modeli, zdolnych do wykonywania podstawowych manewrów, takich jak wznoszenie, opadanie, zwroty, pętle, beczki, a w miarę budowania coraz bardziej zaawansowanych technicznie modeli i doskonalenia swoich możliwości, nauczyłem się figur wyższego pilotażu. Natomiast wykonywanie takich manewrów jak loty w odwrotnej pozycji, do góry kołami, loty „na żyletkę”, kiedy model leci skrzydłami w pionie, ale równolegle do ziemi, czy na przykład łączenie przewrotu przez skrzydło z wykonaniem beczki sterowanej w pionie w górę, przejście do szybkiej beczki zewnętrznej w pionie w dół i wyjście do lotu odwróconego, co nie każdy od razu jest w stanie sobie wyobrazić, wymagało wielu godzin latania i powtarzania manewrów setki razy. Za to teraz już nie mam się czego wstydzić, większość figur akrobacji lotniczej już opanowałem i teraz je tylko „szlifuję” - A nie korciło pana stanąć w szranki z innymi modelarzami, na jakichś zawodach lub konkursach? - Był taki epizod. Parę lat temu wystartowałem w ogólnopolskich zawodach LOK i nawet zdobyłem zaszczytne drugie miejsce, ale potem już mnie nie korciło, największą przyjemność odczuwam podczas indywidualnego latania i doskonalenia techniki. Nie mam ciągot do rywalizacji, zresztą myślę, że „młode wilczki” bez problemów dałyby sobie ze mną radę, a tak co jakiś czas tworzę nową konstrukcję, wyposażam ją w silnik i elektronikę, oblatuję, nacieszę się i zaczynam myśleć o kolejnej. - Widzę też u pana kilka modeli helikopterów, a jak słyszałem, to dopiero jest prawdziwa modelarska arystokracja? - No cóż, nie będę zaprzeczał, rzeczywiście budowanie takich modeli jest najbardziej zaawansowane technicznie, są one najbardziej skomplikowane podczas regulacji i oblatywania, a i nauka ich pilotażu jest wyjątkowo trudna. Wszystkie, nawet podstawowe, manewry przy lataniu helikopterami są znacznie trudniejsze do opanowania niż w przypadku modeli samolotów, a już wykonywanie na nich figur akrobacji lotniczej to prawdziwe „niedźwiedzie mięso”. Ale pomalutku, pomalutku opanowałem większość z nich i dziś mogę pochwalić się, że pilotaż helikopterów przestał być dla mnie czymś niezwykłym. Już nawet opanowałem latanie modelem helikoptera „do góry nogami”, czego jeszcze nie dokonał żaden z prawdziwych helikopterów! - Wspomniał pan o nowości – o silniczkach elektrycznych do modeli latających. - Tak, to swego rodzaju nowinka i ciekawostka, bo o ile jeszcze kilka lat temu silniczek elektryczny kojarzył się wyłącznie z zasilaniem prądem stałym i niewielkimi obrotami, to teraz buduje się silniczki elektryczne zasilane, owszem, nadal prądem stałym, ale przetwarzanym na prąd zmienny trójfazowy i osiągające do 16 tysięcy obrotów na minutę, co pozwala stosować je do napędu modeli helikopterów i samolotów. O, proszę, ten model samolotu, napędzany takim silniczkiem, potrafi zawisnąć w pionie bez ruchu, czego są w stanie dokonać zaledwie nieliczne samoloty! To prawdziwy przewrót w napędzie modeli lotniczych, nie ma już operacji tankowania, dość pracochłonnej regulacji zapłonu i ustawiania właściwych obrotów, hałasu pracującego silniczka i wreszcie nie ma żmudnego czyszczenia instalacji napędowej po zakończeniu lotów, sama przyjemność. Zdradzę panu, że takie silniczki elektryczne najnowszej generacji buduję sam, wykorzystując na przykład część elementów z napędów CD.
Pan Mirosław jest obecnie w trakcie budowy największego ze swoich modeli, który będzie napędzany czterosuwowym silnikiem spalinowym o pojemności ponad 11 cm sześciennych, czyli olbrzymem wśród silniczków modelarskich i oczywiście będzie sterowany drogą radiową. Na ścianie jego pracowni wisi przepiękny model myśliwca z czasów II wojny światowej Mustang P-51D, już na etapie końcowych prac malarskich, zaś obok niego stoi piękny i bardzo duży model śmigłowca, czekający na dobrą pogodę, aby rozpocząć loty. Jeśli jeszcze wspomnę, że pan Mirosław sam potrafi dokonać wszelkich przeróbek i napraw zarówno silniczków, jak i aparatury radiowej, to śmiało można mówić o nim, że należy do elity modelarzy lotniczych, czyli do tych, którzy posiedli najwyższy stopień wtajemniczenia. Pozostaje mi tylko podziękować mu za bardzo miłą rozmowę i życzyć mu takiej samej liczby startów i lądowań jego miniaturowej, powietrznej floty.
Tadeusz Sikorski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. TS
Komentarze