Ma zaledwie siedemnaście lat, a już od trzech należy do Podlaskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych „Trzaskawica” w Białymstoku. Można było ją spotkać na XI zlocie Słowian, Bałtów i Wikingów 8-10 lipca w Drohiczynie. Nazywa się Kasia Pawluczuk, mieszka w Sutnie.
Od czego się zaczęło?
- To było trzy lata temu w Mielniku. Na zlot trafiłam przypadkiem i przypadkiem poznałam naszego wodza Świtowoja, który mnie na to namówił. Rok miałam przygotowania, bo do Białegostoku mam ponad sto kilometrów. Odległość była jednak przeszkodą. Przygotowywałam się sama. Nikt mi za bardzo nie mówił, co mam robić. Wódz-Świt to tylko przez maila czasami coś wysłał. Na początku moja mama bała się o mnie, długo ją prosiłam, w końcu stwierdziła, że ma nadzieję, że nic złego mi się nie stanie. I się nie stało. Pojechałam, było super, było zimno, wróciłam naprawdę szczęśliwa. Wybrałam sobie kulturę - jestem wikingiem z Islandii, wybrałam też imię Turid. W zeszłym roku na zjeździe w Drohiczynie dołączyłam do grupy.
- Jak wyglądała twoja inicjacja?
-Dostałam „z liścia” w twarz. To taki chrzest wojowników. Uparłam się, że też chcę walczyć, być wojownikiem. Chodziłam trochę na treningi.
- Ile osób należy do waszej grupy?
- W naszym stowarzyszeniu jest 21 osób, ale takich czynnych, którzy jeżdżą, dają z siebie więcej niż 50% to z pięć, sześć. Są to często ludzie, którzy mają pracę, rodzinę.
- Śpisz w namiocie?
- Teraz tak, wcześniej spałam w ziemiance, pewnej nocy miałam jeden koc, było tak zimno, że się poryczałam. Jestem w końcu dziewczyną.
Co cię w urzekło w wikingach?
- Przede wszystkim stroje i biżuteria. To, że mogę sobie wszystko zrobić sama od podstaw. Utkać, ufarbować i w tym chodzić. Postanowiłam, że uszyję sobie strój. Byłam przerażona uszyciem pierwszej sukienki, myślałam, że nie potrafię, ale jakoś poszło.
Ma to wpływ na twoje codzienne życie?
- Ogólnie moje życie kręci się wokół rekonstrukcji. Zaczęłam wydawać więcej pieniędzy na krosna, kołowrotki. W tej chwili mam w domu skansen. Tak jak kiedyś moja babcia, przędę wełnę, tkam, farbuję. To jest serio, jedyna rzecz, która sprawia mi przyjemność. Zaczęłam się bawić w farbowanie naturalne, trochę na poważnie w chemiczne czynniki, jakieś zaprawy żelaza, miedzi. I stwierdziłam, że to jest świetna zabawa i można na tym zarobić, serio. Rękodzieło jest towarem ekskluzywnym i bardzo cenionym. Kramu własnego nie mam, ale jak ktoś chce to zamawia. Na przykład te krajki (ozdobne paski) są tkane na „bartku”, który tu wisi.
Potrafisz to pogodzić ze szkołą?
- Tak. Uczę się w Liceum im. KEN w Siemiatyczach. Teraz zdałam do klasy maturalnej.
Udaje ci się zarażać swoją pasją znajomych?
- Większość moich znajomych z tego się po prostu śmieje. Uważają, że lepiej jest pójść do baru, napić się niż zrobić coś konstruktywnego.
Znalazłaś pewnie nowych przyjaciół?
- Bardzo liczne grono przyjaciół. Z całej Polski. Każdy każdego zna, każdy każdego lubi. Mam też zaprzyjaźnionych kilka osób od serca, z którymi się trzymam. Jest fajnie, jesteśmy jak rodzina.
Oprócz tkaczy, na zlocie można było zobaczyć też bartnika, wróżbitę, rzeźbiarzy czy garncarzy. Bo w imprezie wzięło udział 15 grup rekonstrukcji historycznych (ok. 150 osób) z Polski, Białorusi i Litwy. Odbyły się też inscenizacje Chrztu Polski i bitwy „Najazd Polan na Drohiczyn”.
- Drohiczyn jest fantastycznym miejscem, aż się sam prosił, żeby tu zorganizować festiwal - opowiada Andrzej Głębicki, organizator zlotu. Jak to mały chłopiec byłem zafascynowany rycerstwem, walkami i żołnierzami. Od 1998 r. przyłączyłem się do grupy rekonstrukcji historycznej. W pewnym momencie w mojej poprzedniej drużynie z Warszawy pojawiła się łódź wikingów, pięknie zdobiona i zaczęło się pływanie. I to było coś niesamowitego. To było takie tąpnięcie, uderzenie, że to jest fascynujące, że można to robić, można się w to bawić i to jeszcze jak. Można naśladować ludzi jak żyli dawniej. I to zrobiło takie duże wrażenie. Tu są różne grupy z Polski i zagranicy, te grupy tworzą drużyny. Ja już nie należę do żadnej drużyny. Jeżeli są festiwale, to na nie jeżdżę sam, spotykam tam przyjaciół. Dawnym słowiańskim zwyczajem w każdym namiocie myślę, że mogą przyjąć. To nie jest tak, że przyjeżdża się samemu, nie. My wszyscy tworzymy jedną wielką rodzinę. Wszyscy się znamy, wszyscy się lubimy. Zawsze jest miejsce przy ognisku, zawsze jest miejsce w namiocie. My po prostu żyjemy jak ci ludzie, a ci ludzie mieli piękne zwyczaje. Byli sobie bardziej przyjaciółmi niż wrogami, nie to co teraz. Wszyscy, którzy przyjeżdżają na taką imprezę, zmieniają się, są dobrymi ludźmi. Ta słowiańska gościnność jest tutaj. W prywatnym życiu, niestety, świat jest jaki jest. Na każdej takiej imprezie, żeby nikomu się nie nudziło, odbywają się konkursy. Między innymi robimy konkurs na najlepszego woja turnieju. Wtedy zapisują się wojownicy, obramowane jest to przepisami wewnętrznymi, które sami tworzymy. I wszyscy, którzy spełniają te wymogi, które zostały im narzucone mogą wystartować w tym konkursie na najlepszego woja. Najlepszy, który zwycięża, zostaje najlepszym wojownikiem zlotu, dostaje nagrodę, dostaje dyplom. Tak samo są to kulinaria, na przykład dzisiaj zebraliśmy jury z widowni, która to oceniała. Tak samo był turniej łuczniczy, inscenizacja bitwy, inscenizacja Chrztu Polski. Są rekonstruktorzy z Polski, Białorusi i Litwy. Każdy znajduje tu zapotrzebowanie na coś, sprzeda, coś kupi. Wojownik kupi miecz u płatnerza, gospodyni zamówi łyżkę, garnki, na tym to polega. To są artyści, którzy kochają to, co robią, to są ludzie wyjątkowi.
Zlot wojów bez współpracy z samorządem
Bolesław Chrobry po raz kolejny ruszył z wojskiem Polan, by zdobyć Drohiczyn. Inscenizację tej bitwy oraz Chrztu Polski odtworzyły grupy ze Stowarzyszeń Rekonstrukcji Historycznych, które zatrzymały się w Drohiczynie 8-10 lipca, na XI zlocie Słowian, Bałtów i Wikingów.
Takie inscenizacje to promocja miasta, lep na turystów. Jak wiadomo, za każdym razem samorząd podkreśla, że Drohiczyn stawia na turystykę. Dlaczego więc władze nie reklamują ani nie dokładają pieniędzy na zloty Słowian, Bałtów i Wikingów? Wojciech Bożym, burmistrz Drohiczyna, tłumaczy, że kiedyś miasto włączyło się finansowo w festiwal, ale organizator nie przestrzegał umowy. Pomoc władz ogranicza się więc do użyczenia placu i sprzętu nagłaśniającego z MGOK.
- Miasto na początku się dokładało do tej imprezy - mówi burmistrz Drohiczyna. - Ale później, w związku z tym, że to jest impreza komercyjna, a organizator brał pieniądze za wejście, to my nie możemy w tym uczestniczyć. Organizator nie dotrzymywał też warunków umowy, bo warunkiem jest, że każdy może swobodnie przejść przy Bugu, a on to blokował.
- Kilka lat temu burmistrz kazał imprezę przenosić, bo jakiś wędkarz przyjechał i w swoim miejscu nie mógł ryb łowić - odpowiada Andrzej Głębicki, organizator imprezy. - Miasto dało kiedyś 4 tys. zł., jak biletów jeszcze nie było. To było na drugiej czy trzeciej imprezie. I to było jedyne co dali, a bilety wprowadziliśmy, żeby zdobyć fundusze. Co to jest 4 tys. na taką skalę? To kosztuje dużo więcej. Druga rzecz, żeby władze chciały porozmawiać i dofinansować imprezę. Dostajemy pieniądze z Urzędu Marszałkowskiego - w tym roku 5 tys. zł. Ta impreza nie jest dofinansowana w odpowiedni sposób. Gdyby była dofinansowana, byłaby dużo większa. W niektórych miastach władze same wynajmują rekonstruktorów po to, żeby stworzyli festiwal.
Małgorzata Ruszkiewicz, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. MR
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze