Reklama

Według Dekalogu - Strach był najgorszy

17/01/2008 15:31
Rozmowa z Janiną Żero z Drohiczyna – odznaczoną medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata za ratowanie w czasie wojny ludzkiego życia.


          - Gdzie pani mieszkała i co robiła przed wojną?

          - Urodziłam się 1923 roku w Klepaczach w powiecie siemiatyckim. Moi rodzice Michał Klepacki i Bolesława z Miłkowskich mieli siedmioro dzieci i prowadzili gospodarstwo rolne. Ukończyłam przed wojną szkołę podstawową, a następnie dwuletnią szkołę krawiecką w Siemiatyczach. W 1942 roku wyszłam za mąż za Józefa Żero i wspólnie z mężem prowadziłam gospodarstwo rolne w Smarklicach na kolonii Wojewódki.
          - Czy to prawda, że Pani rodzina pomagała i ukrywała w czasie okupacji Żydów, ratując ich przed śmiercią w Treblince?
          - Tak, to prawda, przechowywaliśmy Żydów. Któregoś dnia mąż otrzymał nakaz od Niemców, by z furmanką pojechać do Drohiczyna. Wówczas drohiczyńscy Żydzi byli wywożeni z miasta i potrzebne były Niemcom do tego celu furmanki. W trakcie tej wywózki jeden ze starszych Żydów poświęcił się, zgramolił się z wozu i zaczął iść. Powstało zamieszanie, Niemcy krzyczeli „Halt! Halt!”, a on dalej sobie szedł w las – zaczęli go gonić. Było to w lesie przed Siemiatyczami, koło obecnego „Kmicica”. Młodzież wykorzystała to i zaczęła uciekać. Jedną z osób, której się udało uciec była Inda z Drohiczyna. Dotarła do nas do gospodarstwa, w nocy, w jednym bucie. Wiedziała gdzie iść, bo wiedziała o naszym istnieniu, jej rodzice prowadzili sklep mięsny w Drohiczynie – kupowali od nas mięso. Inda miała wówczas dwadzieścia parę lat. Nie mogliśmy jej odmówić. Ze względu na wyraźnie semicki wygląd, Inda nigdy nie opuszczała domu, gdy ktoś przychodził, chowała się w pokojach lub ukrywała się na strychu. Gdy było duże zagrożenie, chowała się kładąc w we wnęce podłogi strychu.
          - Ktoś jeszcze u was się ukrywał?
          - Była zimna jesień 1942 roku, chyba listopad, wiał duży wiatr, deszcz ze śniegiem padał i w taki właśnie dzień przyszedł do nas chłopiec, z wyglądu dziesięcioletni, z pytaniem, czy może u nas krowy paść. Mówię mu, że teraz nikt krów nie pasie. Chłopak odpowiedział, że w takim razie będzie pasł nasze krowy od lata. W trakcie rozmowy wyszło, że jest Żydem, ale powiedział, że umie się modlić po chrześcijańsku. Spotkany na drodze mężczyzna skierował go do nas, mówiąc, że uzyska u nas pomoc. Chłopak nie chciał jednak się przyznać, kto go do nas skierował – odpowiedź na to pytanie uzyskałam dopiero 20 lat po wojnie.
          Chłopak nazywał się Beniamin Blusztein, jego ojciec miał piekarnię w Ciechanowcu, zaś w Smarklicach był młyn, z którego ojciec Beniamina zabierał mąkę. Jak rozpoczęła się wywózka z Ciechanowca Beniamin uciekł z getta w Ciechanowcu w dniu wywózki. Młynarz ze Smarklic nakierował go do nas. Rodzina chłopaka zginęła w Treblince.
          Staszek, gdyż tak chłopak był przez nas nazywany, był blondynem i chodził swobodnie po gospodarstwie, nie ukrywał się – przedstawialiśmy go jako krewnego, który uratował się ze spacyfikowanej wsi.
Przechowywani przez nas Żydzi nawzajem nie wiedzieli nic o swoim istnieniu. Dowiedzieli się o tym dopiero po wojnie. Przed wojną nie znałam ani Indy, ani Beniamina, ale jeśli człowiek przychodzi do domu w taki zły czas i potrzebuje pomocy, to nie godzi się mu odmówić.
          - Ktoś donosił Niemcom...
          - Ktoś podejrzewał, że ukrywamy Żydów i pomagamy partyzantom, i donosił hitlerowcom. Tych rewizji było bardzo dużo. Mieliśmy rewizje żandarmów i w dzień i w nocy. Zależało komuś na tym, by nas Niemcy przyłapali. Były takie dni, że rewizje były co wieczór. To był duży dworski dom, ale był już stary i z jednej strony szczyt domu nie miał desek i przez to strych nie wzbudzał dużego podejrzenia u Niemców, a właśnie tam ukrywała się Inda.
Raz w czasie rewizji ja zostałam wzięta za Żydówkę przez hitlerowca. Przestraszyłam się i uciekłam do rodziców, którzy mieszkali w Klepaczach - przez łąki w odległości 1 km. Niemcy jednak po krótkim czasie wrócili i moja nieobecność upewniła ich, że jestem Żydówką. Zamknęli wszystkich domowników w jednym pokoju. Beniaminowi, który nie wzbudzał ich podejrzeń, żandarmi kazali biec mnie zawołać. Przybiegł i powiedział, że jeśli nie przyjdę, wszyscy zostaną zabrani do Siemiatycz. Wróciłam i jakoś udało się ich przekonać, że nie jestem Żydówką. Jednak zaczęli jeszcze częściej przyjeżdżać do nas na rewizję i w dzień, i w nocy, że nie było sposobu, by Inda zostawała w pokojach – przebywała na strychu.
          Innym razem żandarm ciągnął mnie na siłę do pustego pokoju, ja zaczęłam krzyczeć, a on jeszcze bardziej się zdenerwował, że zaczął strzelać do góry, w sufit. Patrzę i myślę, że zaraz będzie krew lecieć, bo to w tym miejscu było gdzie Inda się chowała w skrytce w suficie. Baliśmy się tych rewizji. Siostra męża po tym zdarzeniu zaprowadziła Indę do znajomej rodziny do Obniża.
Było też takie poważne zdarzenie, gdy żandarmi przyjechali na podwórko, a mąż w budynkach gospodarskich pociski robił dla armii podziemnej. Dużo strachu było w naszej rodzinie.
          - Czy w czasie wojny rodzina pani miała kontakt z innymi Żydami?
          - W pobliżu naszej miejscowości w lesie Żydzi mieli ziemiankę, w której się chowali. To było 4 mężczyzn z Drohiczyna. Jak rano chodziliśmy doić krowy, to często się zdarzało, że nocowali w chlewie, czekali, by dać im mleko lub cokolwiek do zjedzenia. Trzeba było im pomóc. Myślę, że aby przeżyć, odwiedzali także inne gospodarstwa w okolicy.
          - Czy zna pani ich powojenne losy?
          - Inda wyszła za mąż także za Żyda, pochodził z Jedwabnego - Sroszko to jej nazwisko po mężu. Z Indą utrzymywałam kontakt do czasu jej wyjazdu z Polski w 1958 roku oraz potem, gdy zamieszkała w Izraelu, aż do jej śmierci w 1996 roku.
          Staszka (Beniamina) zaś odnaleźli u nas wujowie i zabrali go do Bielska Podlaskiego. Uciekał jednak od nich do nas dwa razy. Przyleciał raz i mówi „ja nie chcę nigdzie być, chcę zostać tu u was”. Potem wywieźli go na Kretę i nie mieliśmy żadnej wiadomości. Mąż jak żył, to często mówił, że pewnie Staszek nie żyje, bo by się odzywał. W 1950 roku przeprowadziliśmy się z mężem do Drohiczyna, gdzie zajmowałam się prowadzeniem domu, szyciem i wychowywaniem sześciorga naszych dzieci
          - Ale nawiązaliście ze sobą ponownie kontakt.
          - W Drohiczynie w szkole była pani profesor Tosia Koskówna, która przed wojną uczyła i przyjaźniła się z Żydówkami. W Obniżu też była przechowywana żydowska dziewczyna. I to właśnie dzięki Tosi Koskównie, która pojechała do Izraela i spotkała Indę, odzyskaliśmy kontakt. Inda pierwsza przysłała list. Wytworzyła się więź między nami. Z Beniaminem Bashan (zmienił nazwisko w Izraelu z Blusztein na Bashan) utrzymujemy kontakt listowny i telefoniczny. Jak Staszek przyjechał i mąż już nie żył, to płakał jak dzieciak po stracie ojca. Odwiedzał nas ze swoją rodziną, a moje córki były u niego w Izraelu w Kibucu Hatzerim. W trakcie swej wizyty u nas mówił: „Wszyscy nie mieliśmy dobrze za Niemca – ale ja nie miałem nic gorzej niż wy”.
          - Jest pani wyróżniona Medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata...
          - Inni starali się o medal sprawiedliwych, a ja nie. Po prostu Inda i Beniamin wystąpili do Rady ds. Sprawiedliwych Wśród Narodów, działającej przy Instytucie Pamięci Narodowej Yad Vashem, o uhonorowanie mojego męża Józefa, jego brata Edwarda i siostry Franciszki oraz mnie medalem. Rada na posiedzeniu we wrześniu 1988 roku zdecydowała o odznaczeniu nas Medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, o czym zaświadcza dyplom honorowy z 7 kwietnia 1991 roku. Ten medal to ludzka wdzięczność.
          - Co pani najbardziej utkwiło w pamięci z lat okupacji?
          - Strach, on był najgorszy. Jak mnie obdarzali medalem w Zamku Królewskim w Warszawie to powiedziałam, że uczucia strachu nigdy się nie wyzbędę. Mam też poczucie wypełnienia Dekalogu - spełnienia obowiązku wobec bliźniego. Tak czuję.
          - Czy ludzie wiedzą o tym wyróżnieniu Pani medalem? Jakie są ich reakcję?
          - Nie chwaliłam się nigdy tym, że ratowałam ludzi, choć ludzie wiedzą, bo jak dostałam medal, to było to też pokazane w telewizji. Zaproszono mnie także jesienią 2007 na spotkanie W Ciechanowcu „Bliżej siebie” – spotkanie młodzieży z Ciechanowca i Izraela. Młodzież chciała nie tylko się ze sobą spotkać, ale i medal zobaczyć i mnie posłuchać. Trzeba o tamtych dniach mówić.
Myślę, że mimo tego strachu i zagrożenia, mieliśmy jednak „dobrą biedę”, udało się nam przeżyć wojnę i jeszcze innym pomóc.
          - Dziękuję za możliwość rozmowy i życzę Pani dużo zdrowia.

          Marcin Korniluk, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. MK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama