Rozmowa z Janiną Żero z Drohiczyna – odznaczoną medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata za ratowanie w czasie wojny ludzkiego życia.
- Gdzie pani mieszkała i co robiła przed wojną? - Urodziłam się 1923 roku w Klepaczach w powiecie siemiatyckim. Moi rodzice Michał Klepacki i Bolesława z Miłkowskich mieli siedmioro dzieci i prowadzili gospodarstwo rolne. Ukończyłam przed wojną szkołę podstawową, a następnie dwuletnią szkołę krawiecką w Siemiatyczach. W 1942 roku wyszłam za mąż za Józefa Żero i wspólnie z mężem prowadziłam gospodarstwo rolne w Smarklicach na kolonii Wojewódki. - Czy to prawda, że Pani rodzina pomagała i ukrywała w czasie okupacji Żydów, ratując ich przed śmiercią w Treblince? - Tak, to prawda, przechowywaliśmy Żydów. Któregoś dnia mąż otrzymał nakaz od Niemców, by z furmanką pojechać do Drohiczyna. Wówczas drohiczyńscy Żydzi byli wywożeni z miasta i potrzebne były Niemcom do tego celu furmanki. W trakcie tej wywózki jeden ze starszych Żydów poświęcił się, zgramolił się z wozu i zaczął iść. Powstało zamieszanie, Niemcy krzyczeli „Halt! Halt!”, a on dalej sobie szedł w las – zaczęli go gonić. Było to w lesie przed Siemiatyczami, koło obecnego „Kmicica”. Młodzież wykorzystała to i zaczęła uciekać. Jedną z osób, której się udało uciec była Inda z Drohiczyna. Dotarła do nas do gospodarstwa, w nocy, w jednym bucie. Wiedziała gdzie iść, bo wiedziała o naszym istnieniu, jej rodzice prowadzili sklep mięsny w Drohiczynie – kupowali od nas mięso. Inda miała wówczas dwadzieścia parę lat. Nie mogliśmy jej odmówić. Ze względu na wyraźnie semicki wygląd, Inda nigdy nie opuszczała domu, gdy ktoś przychodził, chowała się w pokojach lub ukrywała się na strychu. Gdy było duże zagrożenie, chowała się kładąc w we wnęce podłogi strychu. - Ktoś jeszcze u was się ukrywał? - Była zimna jesień 1942 roku, chyba listopad, wiał duży wiatr, deszcz ze śniegiem padał i w taki właśnie dzień przyszedł do nas chłopiec, z wyglądu dziesięcioletni, z pytaniem, czy może u nas krowy paść. Mówię mu, że teraz nikt krów nie pasie. Chłopak odpowiedział, że w takim razie będzie pasł nasze krowy od lata. W trakcie rozmowy wyszło, że jest Żydem, ale powiedział, że umie się modlić po chrześcijańsku. Spotkany na drodze mężczyzna skierował go do nas, mówiąc, że uzyska u nas pomoc. Chłopak nie chciał jednak się przyznać, kto go do nas skierował – odpowiedź na to pytanie uzyskałam dopiero 20 lat po wojnie. Chłopak nazywał się Beniamin Blusztein, jego ojciec miał piekarnię w Ciechanowcu, zaś w Smarklicach był młyn, z którego ojciec Beniamina zabierał mąkę. Jak rozpoczęła się wywózka z Ciechanowca Beniamin uciekł z getta w Ciechanowcu w dniu wywózki. Młynarz ze Smarklic nakierował go do nas. Rodzina chłopaka zginęła w Treblince. Staszek, gdyż tak chłopak był przez nas nazywany, był blondynem i chodził swobodnie po gospodarstwie, nie ukrywał się – przedstawialiśmy go jako krewnego, który uratował się ze spacyfikowanej wsi. Przechowywani przez nas Żydzi nawzajem nie wiedzieli nic o swoim istnieniu. Dowiedzieli się o tym dopiero po wojnie. Przed wojną nie znałam ani Indy, ani Beniamina, ale jeśli człowiek przychodzi do domu w taki zły czas i potrzebuje pomocy, to nie godzi się mu odmówić. - Ktoś donosił Niemcom... - Ktoś podejrzewał, że ukrywamy Żydów i pomagamy partyzantom, i donosił hitlerowcom. Tych rewizji było bardzo dużo. Mieliśmy rewizje żandarmów i w dzień i w nocy. Zależało komuś na tym, by nas Niemcy przyłapali. Były takie dni, że rewizje były co wieczór. To był duży dworski dom, ale był już stary i z jednej strony szczyt domu nie miał desek i przez to strych nie wzbudzał dużego podejrzenia u Niemców, a właśnie tam ukrywała się Inda. Raz w czasie rewizji ja zostałam wzięta za Żydówkę przez hitlerowca. Przestraszyłam się i uciekłam do rodziców, którzy mieszkali w Klepaczach - przez łąki w odległości 1 km. Niemcy jednak po krótkim czasie wrócili i moja nieobecność upewniła ich, że jestem Żydówką. Zamknęli wszystkich domowników w jednym pokoju. Beniaminowi, który nie wzbudzał ich podejrzeń, żandarmi kazali biec mnie zawołać. Przybiegł i powiedział, że jeśli nie przyjdę, wszyscy zostaną zabrani do Siemiatycz. Wróciłam i jakoś udało się ich przekonać, że nie jestem Żydówką. Jednak zaczęli jeszcze częściej przyjeżdżać do nas na rewizję i w dzień, i w nocy, że nie było sposobu, by Inda zostawała w pokojach – przebywała na strychu. Innym razem żandarm ciągnął mnie na siłę do pustego pokoju, ja zaczęłam krzyczeć, a on jeszcze bardziej się zdenerwował, że zaczął strzelać do góry, w sufit. Patrzę i myślę, że zaraz będzie krew lecieć, bo to w tym miejscu było gdzie Inda się chowała w skrytce w suficie. Baliśmy się tych rewizji. Siostra męża po tym zdarzeniu zaprowadziła Indę do znajomej rodziny do Obniża. Było też takie poważne zdarzenie, gdy żandarmi przyjechali na podwórko, a mąż w budynkach gospodarskich pociski robił dla armii podziemnej. Dużo strachu było w naszej rodzinie. - Czy w czasie wojny rodzina pani miała kontakt z innymi Żydami? - W pobliżu naszej miejscowości w lesie Żydzi mieli ziemiankę, w której się chowali. To było 4 mężczyzn z Drohiczyna. Jak rano chodziliśmy doić krowy, to często się zdarzało, że nocowali w chlewie, czekali, by dać im mleko lub cokolwiek do zjedzenia. Trzeba było im pomóc. Myślę, że aby przeżyć, odwiedzali także inne gospodarstwa w okolicy. - Czy zna pani ich powojenne losy? - Inda wyszła za mąż także za Żyda, pochodził z Jedwabnego - Sroszko to jej nazwisko po mężu. Z Indą utrzymywałam kontakt do czasu jej wyjazdu z Polski w 1958 roku oraz potem, gdy zamieszkała w Izraelu, aż do jej śmierci w 1996 roku. Staszka (Beniamina) zaś odnaleźli u nas wujowie i zabrali go do Bielska Podlaskiego. Uciekał jednak od nich do nas dwa razy. Przyleciał raz i mówi „ja nie chcę nigdzie być, chcę zostać tu u was”. Potem wywieźli go na Kretę i nie mieliśmy żadnej wiadomości. Mąż jak żył, to często mówił, że pewnie Staszek nie żyje, bo by się odzywał. W 1950 roku przeprowadziliśmy się z mężem do Drohiczyna, gdzie zajmowałam się prowadzeniem domu, szyciem i wychowywaniem sześciorga naszych dzieci - Ale nawiązaliście ze sobą ponownie kontakt. - W Drohiczynie w szkole była pani profesor Tosia Koskówna, która przed wojną uczyła i przyjaźniła się z Żydówkami. W Obniżu też była przechowywana żydowska dziewczyna. I to właśnie dzięki Tosi Koskównie, która pojechała do Izraela i spotkała Indę, odzyskaliśmy kontakt. Inda pierwsza przysłała list. Wytworzyła się więź między nami. Z Beniaminem Bashan (zmienił nazwisko w Izraelu z Blusztein na Bashan) utrzymujemy kontakt listowny i telefoniczny. Jak Staszek przyjechał i mąż już nie żył, to płakał jak dzieciak po stracie ojca. Odwiedzał nas ze swoją rodziną, a moje córki były u niego w Izraelu w Kibucu Hatzerim. W trakcie swej wizyty u nas mówił: „Wszyscy nie mieliśmy dobrze za Niemca – ale ja nie miałem nic gorzej niż wy”. - Jest pani wyróżniona Medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata... - Inni starali się o medal sprawiedliwych, a ja nie. Po prostu Inda i Beniamin wystąpili do Rady ds. Sprawiedliwych Wśród Narodów, działającej przy Instytucie Pamięci Narodowej Yad Vashem, o uhonorowanie mojego męża Józefa, jego brata Edwarda i siostry Franciszki oraz mnie medalem. Rada na posiedzeniu we wrześniu 1988 roku zdecydowała o odznaczeniu nas Medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, o czym zaświadcza dyplom honorowy z 7 kwietnia 1991 roku. Ten medal to ludzka wdzięczność. - Co pani najbardziej utkwiło w pamięci z lat okupacji? - Strach, on był najgorszy. Jak mnie obdarzali medalem w Zamku Królewskim w Warszawie to powiedziałam, że uczucia strachu nigdy się nie wyzbędę. Mam też poczucie wypełnienia Dekalogu - spełnienia obowiązku wobec bliźniego. Tak czuję. - Czy ludzie wiedzą o tym wyróżnieniu Pani medalem? Jakie są ich reakcję? - Nie chwaliłam się nigdy tym, że ratowałam ludzi, choć ludzie wiedzą, bo jak dostałam medal, to było to też pokazane w telewizji. Zaproszono mnie także jesienią 2007 na spotkanie W Ciechanowcu „Bliżej siebie” – spotkanie młodzieży z Ciechanowca i Izraela. Młodzież chciała nie tylko się ze sobą spotkać, ale i medal zobaczyć i mnie posłuchać. Trzeba o tamtych dniach mówić. Myślę, że mimo tego strachu i zagrożenia, mieliśmy jednak „dobrą biedę”, udało się nam przeżyć wojnę i jeszcze innym pomóc. - Dziękuję za możliwość rozmowy i życzę Pani dużo zdrowia. Marcin Korniluk, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. MK
Komentarze