Reklama

To była zupełnie inna szkoła

13/10/2016 19:22

Kiedy w 1951 r. zaczynała pracę jako nauczycielka w szkole w Zajęcznikach, gm. Drohiczyn, miała zaledwie 18 lat. W zawodzie tym przepracowała blisko 35 lat, ucząc zarówno w siemiatyckiej jedynce, jak i dwójce. Gdyby dziś znów miała dokonywać wyboru zawodu, nie zmieniłaby go.

84-letnia dziś Helena Marczuk (z domu Zwierzyńska), bo o niej mowa, na emeryturze jest już ponad 30 lat. I mimo upływu czasu oraz słusznego już wieku, chętnie wraca wspomnieniami do okresu swojej aktywności zawodowej i opowiada nam o tym.

Reklama

Z Zajęcznik do Arcichowskiego

Liceum zaczynała w Siemiatyczach. W klasie przedmaturalnej przeniosła się do technikum księgowości w Piotrkowie Trybunalskim, tam zdała egzamin dojrzałości.

- Nie bardzo mi się jednak podobała praca w biurze i postanowiłam być nauczycielką. Zrobiłam roczny kurs pedagogiczny w Białymstoku i rozpoczęłam pracę w Zajęcznikach, mając 18 lat. Do szkoły się chodziło od poniedziałku do soboty, a etat nauczyciela wynosił 36 godzin. Mieszkałam wtedy w nauczycielskim mieszkaniu w szkole, za ścianą mieszkała też woźna. To była zupełnie inna szkoła niż te dzisiejsze i zupełnie inne warunki. Nie było wody, toalety. Uczyłam 4 klasy. Były to klasy łączone. Pracowało się długo popołudniami, praca była ciężka. Ale wdzięczna – dzieci były grzeczne. Później po dwóch latach złożyłam podanie, chcąc się przenieść do Mielnika, bo stamtąd pochodzę. Nie przenieśli mnie jednak do Mielnika, a do Sutna, na kilka miesięcy na zastępstwo. Później trafiłam do szkoły w Radziwiłłówce. Do pracy z Mielnika dojeżdżałam rowerem. Potem przyjechałam do Siemiatycz i tu zaproponowano mi pracę w biurze, w wydziale oświaty. Po roku przeszłam do pracy w Szkole Podstawowej nr 1. Pracowałam dość długo, dopóki do użytku nie oddali szkoły na ul. Świętojańskiej. W jedynce nie bardzo mi się układało z dyrektorem Arcichowskim. To był taki przedwojenny kierownik, wtedy dla mnie stary. Wciąż mu się coś nie podobało i zawsze miał do mnie jakieś uwagi. Nie wiem czym to było spowodowane. Może tym, że ja byłam prawosławna? Pamiętam jak raz powiedział do mnie: „pani partia każe się do pochodu szykować, trzeba flagę zawiesić”. Odpowiedziałam mu wtedy – A jaka to moja partia? Jeśli ktoś tu będzie wieszał flagę, to pan, a nie ja”.

Reklama

Smorczewski i dwójka

Kiedy pojawiła się możliwość przeniesienia do pracy w nowej szkole, na ul. Świętojańskiej, pani Helena nie miała wątpliwości.

- Chociaż mówili mi, żebym tam nie szła, bo dyrektor Smorczewski jest taki srogi, wymagający, czepliwy. Mnie jednak bardzo dobrze się z nim pracowało. W moim pojęciu był bardzo sprawiedliwym człowiekiem i dobrym organizatorem. Był nadzwyczaj pracowity, od rana do wieczora był w szkole. Dopilnował wszystkich, i nauczycieli, i uczniów, i obsługę. Z kuchni nikt nie wyniósł łyżki zupy. Później dyrektorem dwójki została moja koleżanka, pani Półtorakowa.

Reklama

Antoś, Hania i inni

W czasach kiedy Helena Marczuk zaczynała pracę, nauczyciele byli specjalistami od wszystkiego. Po studium nauczycielskim była więc i panią od matematyki, i fizyki, nawet języka rosyjskiego. Później w Białymstoku skończyła studia wyższe z wychowania technicznego, a jeszcze później dorobiła tzw. nauczanie początkowe.

Zapytana o wybitnych uczniów mówi:

- Pamiętam, że grzecznym dzieckiem a jednocześnie dobrym uczniem był Antoś Korowicki. Był bardzo grzeczny, przeważnie chodził z dziewczętami. Później jeszcze poszedł do liceum pedagogicznego, gdzie chłopców było może dwóch czy trzech. Był profesorem na Uniwersytecie Gdańskim. W waszej redakcji też pracują moi uczniowie. Pamiętam jak mama przyprowadzała Jurka Nowickiego. Był taki grzeczny i spokojny. Potem była Ania Jakimczuk (Kondraciuk – przyp. red), a w jednej z ostatnich moich klas był Czaruś Klimaszewski.

Reklama

O sympatii i wdzięczności uczniów świadczy dziś m.in. serdeczne „dzień dobry” na ulicy. Często od ludzi, których pani Helena nie zna, a może nie pamięta.

- Często jak mnie widzą, to zatrzymują się i pytają co słychać. Hania Michalska, jak tu bywała u mamy, to spotykając się ze mną na ulicy często pytała: „A pamięta pani jak jeździliśmy na rowerowe wycieczki”? Oczywiście, że pamiętam. Jak np. jeździliśmy do Mielnika. Trochę zwiedzaliśmy, na podwórku u moich rodziców robiliśmy mały odpoczynek.

Lojalni rodzice

Reklama

Pani Helena lubiła dzieci i mimo zapracowania, lubiła też ten zawód. Na emeryturę w połowie lat 80. nikt nie wyganiał. Odeszła sama, bo urodził się wnuczek i trzeba było pomóc córce.

- Nie miałam jakiś problemów wychowawczych. Dzieci były naprawdę grzeczne i bezproblemowe, a jak się zdarzały jakieś sporadyczne przypadki, to raczej sobie z nimi radziłam. Nie miałam w zwyczaju ciągać za ucho, ani też w moich czasach nie stawiało się na kolana. Zatargów z rodzicami też nigdy nie miałam. O co się ich nie poprosiło, wszystko chętnie robili, współpracowali i szanowali nauczyciela. Dziś, jak posłuchałam w przychodni jak się wypowiadano na temat jednej nauczycielki z przedszkola, to uszy więdły. Że durna, że nie powinna uczyć, że krzyczy na dzieci. W moich czasach dyrektor potrafił czasami uczniowi przyłożyć i nawet wtedy rodzic był po stronie nauczyciela.

Reklama

Lekcje pokazowe

Pytana o stresowe sytuacje, pani Helena odpowiada:

- Dwa razy prowadziłam lekcje pokazowe z matematyki dla nauczycieli z całego rejonu. To było bardzo stresujące. Klasa i z tyłu takie audytorium. A byli to tacy doświadczeni nauczyciele. Pamiętam był wśród nich taki fajny pan z Ciechanowca, starszy, siwy. Z Czartajewa pan Dudzicz, z Drohiczyna pan Ruczaj. „Pani się nie boi” – podtrzymywali na duchu. A po wszystkim pamiętam jak wychwalili pod niebiosa.

Miło też pani Helena wspomina letnie kolonie czy półkolonie, które musiały się odbywać w każdej szkole.

Reklama

- I chociaż bardzo się nie chciało, bo wtedy człowiek sam się jeszcze dokształcał, to trzeba było i już. Kolonie były z noclegiem, a na półkolonie dzieci przychodziły rano i popołudniu wracały do domu. Obiad był przeważnie w jakiejś knajpie. A co się robiło na takich półkoloniach? Latem przeważnie jakieś wycieczki, nad rzekę, brodziło się po wodzie, zalewów nie było. Woda była przezroczysta. Zdarzyło się, że byłam też kierownikiem takich kolonii. Wtedy to nawet do domu nie wracałam, tylko w szkole nocowałam. Wszystko trzeba było załatwić – kadrę, obsługę, opiekę medyczną itd.

Jest coś niezwykłego w atmosferze opowieści o szkolnictwie sprzed lat. Dziś tego „czegoś” brakuje. Pani Helenie dziękujemy za wspomnienia.

Reklama

Ewa Magdalena Iwaniak, Kurier Podlaski - Głos Siemiatycz, fot emi

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama