- Składali przysięgę na to, że będą wypełniali swoje obowiązki. A jednym z obowiązków jest chronienie granicy – mówi Anna Gorczyca o pogranicznikach. Właśnie ukazał się zbiór jej reportaży pt. „Straż Graniczna”
„(…) – Biegliśmy z pieskiem cały czas. Gdyby nie on, nie znalazłbym ich. Leżały w zagłębieniu terenu niedaleko słupka numer osiemdziesiąt dwa, przykryte liśćmi paproci. Odsunąłem paprocie, dziewczynki miały otwarte oczy. Te oczy… Pamiętam to spojrzenie do dziś. Mam dwoje dzieci, były w tym samym wieku. Dwie dziewczynki leżały jedna przy drugiej, trzecia leżała na nich. Nie żyły. – Głos Adama Fabera się załamuje. Dziewczynki znajdowały się nad Wołosatem, w masywie Wołczego Berda, na wzniesieniu o wysokości 1163 m n.p.m.
(…) Dziewczynki miały na imię Chawa, Sieda i Elina. Chawa była najstarsza. Urodziła się w 1994 roku, dzień po tym, jak Rosjanie zbombardowali Grozny i wybuchła pierwsza wojna rosyjsko-czeczeńska. Potem urodziły się Sieda, Elina i Magomed, na którego wołali w domu Emi. Mieszkali w Szali, dwadzieścia kilometrów od Groznego. Ich rodzice, Kamisa i Pasza, mieli dość strachu i biedy. Od rodziny i znajomych słyszeli, że na Zachodzie ludzie normalnie pracują i żyją w spokoju. Oni też tego chcieli. Nie dla siebie, dla dziewczynek i Emiego, dla dzieci. Zdecydowali, że uciekną. Najpierw do Austrii, bo tam mieszkał wujek Paszy, a potem do Szwecji. Pierwszy z Czeczenii wyjechał Pasza. Udał się na Ukrainę, żeby znaleźć tam kogoś, kto przeprowadzi Kamisę i dzieci przez granicę. Miał wyjechać do Austrii legalnie i na miejscu załatwić im wizy. Mężczyzna, którego znalazł, był celnikiem. Obiecał, że dowiezie Kamisę z dziećmi blisko granicy, a potem lasem przeprowadzi ich na Słowację. Miało być łatwo i bezpiecznie.
(…) Trzydziestosześcioletnia Kamisa przyjechała z dziećmi na Ukrainę, dowieziono ich ciężarówką do jakiejś miejscowości. Tu czekało na nich trzech mężczyzn, z którymi poszli w góry. Droga była ciężka, padało, przechodzili rzekę w bród. Przemoczeni i zziębnięci spędzili noc w stodole w jakimś gospodarstwie. Kamisa przykryła dzieci sianem, żeby je trochę ogrzać. Przewodnicy spali w domu. Rano poprowadzili ich dalej. Mówili, że dojdą do miejsca, w którym Kamisa zobaczy słowacką wioskę. Potem znów była ciężka wędrówka przez góry. W pewnym momencie mężczyźni pokazali im graniczne słupki, powiedzieli: „Tam jest Polska, a tam Słowacja”, i pozostawili samych w lesie. Kamisa razem z dziećmi przez wiele godzin błąkała się w górach. Nie wie działa, gdzie są, dokąd mają iść. Niespełna trzyletniego Emiego niosła na rękach. Dziewczynki szły przed nią. Chciała zawrócić, dojść do słupków granicznych. Miała nadzieję, że tam ktoś ich znajdzie. Noc spędzili w lesie, przytuleni do siebie, chroniąc się przed zimnem i deszczem. Nie mieli ciepłych ubrań, nie mieli co jeść. Bochenek chleba, kilka snickersów i butelka wody, które Kamisa zabrała na drogę, dawno się skończyły. Kolejny dzień i noc spędzili w lesie, szli, szukając słupków. Rano okazało się, że dziewczynki nie mają siły iść. Traciły przytomność. Matka bezskutecznie próbowała je ogrzewać. W nocy zmarły trzynastoletnia Chawa i dziesięcioletnia Sieda. Sześcioletnia Elina rano jeszcze żyła. Kamisa próbowała ją napoić wodą zebraną na liściu. Wiedziała, że jeśli nie sprowadzi pomocy, Elina umrze. Z ciężkim sercem zostawiła dziewczynki i z dwuipółletnim Emim na rękach poszła szukać ludzi. Jakiś czas później zna leźli ją pogranicznicy. Kamisa i Emi byli już w takim stanie, że nie przeżyliby kolejnych godzin. Sekcja zwłok potwierdziła, że jej córki zmarły z zimna i wycieńczenia. (…)”
Fragmenty książki „Straż Graniczna”

- Ile trwała praca nad książką? Zbieranie materiałów, przeprowadzanie rozmów.
- Miałam zabrać się za to w styczniu, a skończyć do końca czerwca, ale życie płata niespodzianki i nie miałam tyle czasu. Okazało się, że w lutym w Rzeszowie prezydent Ferenc złożył rezygnację. Tym sposobem praktycznie na początku lutego rozpoczęła się kampania wyborcza, chociaż oficjalnie oczywiście zaczęła się później. W Rzeszowie to był bardzo trudny czas i nie mogłam pozostawić zwykłej redakcyjnej roboty. Na dobre za pracę nad książką wzięłam się w kwietniu. Zostały mi właściwie trzy miesiące.
- W książce mamy nie tylko rozmowy ze strażnikami, rzecznikami, ale też ogromną ilość statystyk. Co sprawiło Pani największą trudność?
- Koronawirus. Okazało się, że z powodu pandemii kontakt z funkcjonariuszami straży granicznej jest bardzo utrudniony, zamknięty wstęp do placówek, a nawet do komendy w Przemyślu. Na początku wydawało mi się, że książka będzie tylko o Bieszczadzkim Oddziale Straży Granicznej, ponieważ najlepiej znam ten teren. Potem należało włożyć sporo pracy, aby dotrzeć do pewnych informacji, pogłębiać je, typowo dziennikarska praca. Statystyki i liczby znalazły się w tekście bo miały pokazać że mała paczka narkotyków może być warta milion złotych, a z powodu przemytu czy nielegalnej produkcji papierosów budżet państwa traci ogromne pieniądze.

- A jak udało się Pani nakłonić strażników do tak osobistych wyznań, jakie mamy okazję przeczytać w książce?
- Myślę, że ci ludzie mi zaufali. Kilka osób znało mnie z codziennych kontaktów, wtedy kiedy pisałam coś o straży granicznej, na podstawie otrzymywanych komunikatów prasowych. Tak było na początku. Potem, przy bezpośrednich kontaktach potrafili się otworzyć.
- Kiedy rozmawiałyśmy po raz pierwszy, zaznaczyła Pani, że to nie jest książka zamawiana przez Straż Graniczną. Czy boi się Pani, że czytelnicy mogą podejść w ten sposób do publikacji?
- Trochę się boję. Ostatnie tygodnie, to trudny czas dla tej formacji, dla ludzi, którzy tam służą. Tak jak dla każdego funkcjonariusza czy to z policji, czy z wojska, który znalazł się na odcinku granicy z Białorusią. Trudno mi powiedzieć czy ci ludzie powinni odmawiać pełnienia służby. Składali przysięgę na to, że będą wypełniali swoje obowiązki. A jednym z obowiązków jest chronienie granicy. Dziś przeczytałam coś, co mnie poraziło. Wpisy pod jednym z tekstów o straży granicznej. Ktoś zamieścił wpis o tym, że widział pograniczników po cywilnemu, którzy na placach zabaw bawią się z dziećmi. Pojawiły się pod tym komentarze, że SS-mani i hitlerowcy też bawili się z dziećmi, a potem szli do obozów, czy na ulicę, strzelać do Polaków. To jednak krzywdzące porównanie. Część osób może tak myśli i być może sądzą, że to książka na zamówienie straży granicznej, żeby zrobić im dobry PR. Tak nie było. Miała odpowiedzieć na potrzebę poznania straży granicznej i skonfrontowania z ze strażą graniczną jaką znamy z serialu „Wataha”.
- W obecnym kontekście, kiedy mamy bardzo dynamiczną sytuację i kiedy padają komentarze, że straż graniczna jest bardzo brutalna, a z drugiej strony, że wykonują swoją pracę i chronią nasze granice, co myśli Pani o tym jako osoba, która miała okazję być przy nich wtedy, kiedy było jeszcze w miarę spokojnie. Jako osoba, która obserwowała ich codzienną pracę?
- Bardzo trudno jest mi wyobrazić sobie ludzi, z którymi rozmawiałam, w sytuacji, gdy muszą przepychać Kurdów, Syryjczyków, czy innych nielegalnych imigrantów. Nie chcę mówić "nielegalnych imigrantów", bo nie ma nielegalnych ludzi, chodzi o samą formę przekraczania granicy. Rozmawiałam z ludźmi, którzy opowiadali mi o tym, jak nieraz spotykali imigrantów, których musieli wytropić, bo to ich zadanie. Jeden z funkcjonariuszy opowiadał mi o tym, że pies dotarł do grupki ludzi, którzy skupieni ze sobą nad czymś się pochylali. Okazało się, że chronili przed zimnem dwójkę czy trójkę dzieci. Opowiadał to ze wzruszeniem i było widać, że go to obchodzi. Zwykle w plecaku nosi kilka dodatkowych batoników, ponieważ nigdy nie wie, czy na służbie nie trafi na dziecko, które jest głodne przechodziło z rodzicami przez granicę. To był zwykły funkcjonariusz. Usłyszałam też od jednego z komendantów placówki, że niezależnie od tego, kim są ci ludzie, to są jednak dla nich ludzie. Pogranicznicy czuli się w obowiązku, żeby dać im gorącą herbatę, robili zrzutki z własnych pieniędzy na jedzenie, dawali swoje kanapki. Wiadomo, że to, co dzieje się na granicy polsko-białoruskiej, to zupełnie inna skala. Trzeba wziąć pod uwagę, że mamy tam skrajne warunki i sytuacje. Tak jak dzisiaj, czytamy, że kilku policjantów zostało rannych, że ludzie po tamtej stronie granicy są wyposażani przez Białorusinów w belki, łańcuchy, żeby przy bezpośrednim starciu bić się z naszymi funkcjonariuszami.
- Wiem, że książka powstała dużo wcześniej. Plany dotyczące jej treści były zupełnie inne i pewnych rzeczy wtedy jeszcze Pani nie przewidziała. Myśląc o pracy pograniczników, w dzisiejszych realiach, zabrakło mi elementu pogłębienia strony psychologicznej pracownika straży granicznej. Czy mają dostęp do opieki psychologa?
- Nie wiem, jak jest na co dzień, ale w sytuacjach skrajnych tak, a taką sytuacją skrajną była historia sprzed kilkunastu lat z Kamisą, której dzieci zginęły na granicy. Jej córki umarły z wyczerpania i wyziębienia. Z funkcjonariuszami, którzy odnaleźli dziewczynki spotkała się psycholog, przyjechała specjalnie z oddziału w Przemyślu. Myślę, że w sytuacjach skrajnych mogą skontaktować się z psychologiem. Czy to wystarczająca pomoc? Na to nie umiem odpowiedzieć.
- Czy strażnicy, z którymi miała Pani okazję rozmawiać, mówili coś na temat tego, w jaki sposób radzą sobie ze stresem?
- Nie mówili o tym. Mam wrażenie, że praca, którą wykonują, nie wymagała specjalnej pomocy psychologicznej, bo drastyczynych zdarzeń pewnie nie mieli tak wiele. Być może przydałaby się tym, którzy byli na misjach zagranicznych, bo spotykali się z wydarzeniami czy historiami podobnymi do tych, które dzieją się u nas na granicy. Ale ci ludzie też nie mówili o tym, żeby szukali pomocy psychologicznej. Jednak to, z czym stykali się dotąd funkcjonariusze w codziennej pracy, nie ma porównania z tym, co obecnie dzieje się na polsko-białoruskiej granicy.
- W książce pojawiają się sytuacje, których doświadczali strażnicy, ale też opisuje Pani tajniki ich pracy od kuchni. Wspomina Pani między innymi o grupie „Shadow Wolves”.
- To grupa Indian z Arizony, którzy w ramach międzynarodowego programu przez kilka lat przyjeżdżali do Polski. To funkcjonariusze straży granicznej, którzy wykorzystując tajniki typowego indiańskiego tropienia ścigają przemytników narkotyków i przemytników ludzi. To bardzo elitarna grupa. Przyjeżdżali do Polski, po to, aby naszych pograniczników uczyć rzeczy, które wydawałyby się trochę śmieszne, mało prawdopodobne. Mamy np. stereotyp myślenia, że kiedy przed kimś uciekam, wejdę do potoku i nikt mnie nie złapie. Okazuje się, że nawet w potoku zostawia się ślady, że po tym, w jaki sposób na drodze leżą kamienie można wytropić, czy ktoś nią szedł.
- Jedną z rzeczy, które najbardziej mnie zaskoczyły, był przypadek, kiedy ludzie próbowali podstawiać osoby podobne do tych, z oficjalnych dokumentów. Przy przekraczaniu granicy. A co najbardziej zaskoczyło Panią, kiedy zbierała materiały do książki?
- Jedną z najbardziej wstrząsających była historia Czeczenki, której dzieci zginęły na granicy. Ta historia porusza mimo upływu lat. Kiedy informacja o jej znalezieniu i o śmierci dziewczynek ujrzała światło dzienne, pojechaliśmy w Bieszczady. Próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś więcej. Było to bardzo trudne, ponieważ Kamisa razem z synem była w szpitalu i trwały przesłuchania. Potem śledziłam losy tej kobiety, jej historia bardzo tkwiła mi w pamięci. To było szokujące bo to nie była zima, trochę padało, było chłodniej. Ale wystarczyło, żeby trzy dziewczynki umarły. Zaskoczyła mnie też historia ludzi, którzy handlowali nielegalnymi papierosami. Wydawało im się, że są bardzo cwani, używając haseł: „Dziś kupujemy 50 kg czerwonej farby”, co oznaczało, że biorą 50 opakowań czerwonych Westów. Zastanawiałam się później, jak ludzie, którzy odsłuchiwali ich rozmowy, musieli być rozbawieni czy znudzeni, słuchając którejś już z kolei. Bo tych rozmów były setki, o farbie, kiełbasie, jabłkach czy innych śmiesznych rzeczach.
- Jak nawiązała Pani kontakt z przemytnikiem ludzi pochodzącym z Ukrainy? Jak skłoniła go Pani do rozmowy, którą odnajdziemy w książce?
- Przy okazji innej sprawy, w przemyskiej prokuraturze natrafiłam na jego historię. Odsiadywał karę w Uhercach, poprosiłam o zgodę na widzenie. Być może była to dla niego jakaś rozrywka, być może poczuł się w pewien sposób wyróżniony. Na spotkanie przyszedł ubrany w lanserską markową koszulkę, markowe spodnie. Sądzę, że o niektórych sprawach mówił prawdę, ale mam też świadomość, że o niektórych wolał nie mówić. Sporo pewnie przemilczał albo udał, że nie wie, o co chodzi. Mam na myśli jego powiązania. Nie sądzę, żeby działał sam. Kiedy słyszymy relacje z granicy polsko-białoruskiej mówi się o wozakach, czyli o tych, którzy podjeżdżają pod granicę, mają odebrać imigrantów i przewieźć ich dalej. Wystarczą mapy Google'a i pinezka z lokalizacją. Kola, bo tak przedstawiał się ten Ukrainiec, działał wtedy, kiedy nie było smartfonów. Świetnie znał granicę, bo wychował się w jej pobliżu. Jak sam powiedział, znaleźli też sposób, aby poradzić sobie z systemem elektronicznych powiadamiaczy na drutach. Dzisiaj byłoby mu chyba trochę trudniej, bo z tego, co wiem, granica ma więcej niewidocznych systemów. Termowizję, noktowizję, a i też urządzenia, o których strażnicy mówią „buraki”, czyli takie, które wyczuwają drgania ziemi jak sejsmograf.
- Ile z historii, które miała Pani okazję usłyszeć, trzeba było odrzucić i co nie pojawiło się w książce, np. z uwagi na ograniczone miejsce?
- Nigdy wcześniej nie pisałam książki. Przyzwyczajona do tekstów gazetowych, wysyłając pierwszą część, napisałam do pani redaktor prowadzącej, że zawsze można tekst skrócić. A okazało się, że to było jednak za mało tekstu i musiałam jeszcze sporo dopisać. Z wiadomych względów zabrakło realacji z ostatnich wydarzeń. A bardzo bym chciała porozmawiać z ludźmi, którzy tam pełnią służbę, zapytać o to co myślą, co czują, co widzieli.
W książce nie znalazły się historie, które przestały być aktualne bo pochodziły z czasów, kiedy funkcjonowały jeszcze „mrówki”, czyli przemytnicy papierosów, alkoholu. W Przemyślu i w powiecie przemyskim było bardzo dużo osób, które się z tego utrzymywały. Był czas, że przechodzili po kilka, kilkanaście razy przez przejście graniczne. Szli 100 m od granicy, kupowali alkohol, papierosy, przenosili je przez granicę i sprzedawali zaraz za przejściem granicznym. Pogranicznicy i celnicy ich znali. Kilka razy z kolegą fotoreporterem byliśmy wtedy, kiedy ruch „mrówek” był ogromny. Przed polskim budynkiem odpraw ludzie tłoczyli się w tzw. leju. To były setki ludzi, którzy czekali w kolejce. Obserwowaliśmy, jak ci ludzie przygotowują się do przemytu papierosów. Obrazki, kiedy kobieta w sklepie ściąga spodnie i wpycha do nich papierosy, owijając się przezroczystą taśmą. Człowiek, po przekroczeniu ukraińskiego punktu odpraw ściąga spodnie i wpycha papierosy do kalesonów. To były pojedyncze obrazki, ale ten tłum był agresywny, zdarzyło, że wybito szyby w budynku odpraw. Dla pograniczników i celników to był bardzo ciężki czas.
Eleni Kryńska, fot Anna Gorczyca, granica polsko - ukraińska
Posłuchaj podcast
Anna Gorczyca – dziennikarka, pracuje w rzeszowskim oddziale Gazety Wyborczej. W 2018 r. została wyróżniona w 10. edycji konkursu na Dziennikarza Medycznego

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
miały zapewne trafić do niemieckiego burdelu...nikt o tym nie pisz a tak jest..
miały zapewne trafić do niemieckiego burdelu...nikt o tym nie pisz a tak jest..