W piątkowy wieczór, 28 października, w siemiatyckiej byłej synagodze, w ramach cyklicznych spotkań Dyskusyjnego Klubu Filmowego odbyła się projekcja filmu dokumentalnego Macieja Pawlickiego pt.: „Stella”. W projekcji, a później także w spotkaniu z widzami, udział wzięła bohaterka tego filmu, Stella Zylbersztajn-Tzur.
Kończąca niedługo 91 lat kobieta, Żydówka, wychowywała się w Łodzi, w tradycyjnej rodzinie żydowskiej.
- Chodziła do polskiej szkoły i dzięki temu, mimo pochodzenia, zawsze czuła się Polką. Kiedy w 1939 r. trafiła do Łosic, a później do utworzonego w miasteczku getta, jako kilkunastoletnia dziewczyna, mówiła: „Ten Hitler to jakiś wariat. Wsadził mnie do getta, a ja nie jestem przecież Żydówką, jestem Polką” – opowiadał o bohaterce prowadzący spotkanie Marek Jerzman, scenarzysta filmu „Stella”.
23 Sprawiedliwych
W trakcie wojny Stella wraz z matką przebywała w Łosicach, u wujka Altera Beckermana. Kiedy 22 sierpnia 1942 r. Niemcy rozpoczęli likwidację łosickiego getta, 17-letniej wówczas dziewczynie udało się uciec. Koszmarny czas wojny przeżyła dzięki pomocy ludzi z okolic Łosic i Siedlec. Po latach wielu nazwisk nie pamiętała, wielu nigdy nie znała, ale świadoma tego, jak duży był ich wpływ na jej późniejsze losy, nigdy o nich nie zapomniała. Grono tych, którym Stella zawdzięcza swoje ocalenie liczyło około 60 osób. Po wojnie doprowadziła do przyznania 23 spośród nich medalu „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Podczas pobytu w Łosicach odwiedziła też rodzinną miejscowość matki - Sarnaki. Tu przebywała przez trzy tygodnie. Kilka razy, razem z matką, odwiedzały zaprzyjaźnioną z Beckermanem, poprzez interesy w sarnackim browarze – jego właścicielkę, Marię Szumerową.
W prezentowanym przed bardzo kameralną widownią niespełna godzinnym filmie dokumentalnym, bohaterka opowiada o swoim życiu, o czasach wojny, o relacjach z sąsiadami w łosickiej społeczności, nieraz bardzo trudnych. W dokumencie Stella wraca do Łosic, odwiedza miejsca, które pamięta z czasów wojny, spotyka się z potomkami ludzi, którzy ją ratowali. Film nie jest wyłącznie słodkim obrazkiem o bohaterstwie Polaków. Bohaterka wspomina o tym, że jej matka została wydana przez Polaka, który razem sprzedał 9 Żydów, każdego za litr wódki.
W Izraelu
W dokumencie Stella opowiada również o szukaniu drogi do Boga, albowiem długo była niewierząca. Chrzest przyjmowała jako dorosła i bardzo świadoma swojego wyboru osoba. Będąc jeszcze w Polsce, wstąpiła do Karmelitanek. W 1969 r. wyjechała z Polski do Izraela. W zakonie, w Karmelu, w Betlejem była dwa tygodnie, po czym znalazła się w Hajfie. Z tamtejszego zgromadzenia została jednak… wyrzucona, bo jak sama mówi – „chciała się uczyć języka hebrajskiego”.
Do Siemiatycz Stella Zylbersztajn przyjechała w towarzystwie Krystyny Budnickiej, również Żydówki, której korzenie sięgają naszego miasteczka. W projekcji filmu udział wzięła także wnuczka niejakiego Radzikowskiego ze wsi Szańków pod Łosicami, u którego bohaterka znalazła schronienie po ucieczce z getta. W filmie Stella opowiada nie tylko o swoich wojennych losach. Widz razem z nią trafia do Hajfy, w której kobieta odnalazła dom. Tam, choć ma już swoje lata, wciąż pozostaje aktywną osobą. Wraz z innym Żydówkami angażuje się w działania na rzecz obrony palestyńskich kobiet. Drzwi jej domu wciąż są otwarte dla wszystkich potrzebujących pomocy.
Wzór ubóstwa
Życie i wojna nauczyły ją, że w ubóstwie jest coś świętego: - Kiedy patrzyłam na swoje koleżanki, jak dostają materiał na sukienkę, to widziałam jaka to była dla nich wielka radość. A te bogate niczym się nie cieszyły, bo miały wszystko – mówi kobieta. W swoim własnym ubóstwie, a jednocześnie w pomocy potrzebującym Stella odnalazła sens życia. Potwierdziła to obecna na spotkaniu jej przyjaciółka Krystyna Budnicka, mówiąc:
- Do Stelli zawsze może przyjść każdy potrzebujący, ona nie przechodzi obok takich ludzi obojętnie. Jak nie znajdzie miejsca na łóżku, to znajdzie je na podłodze, na kocu, materacu. Taki obcy może otworzyć jej lodówkę i wziąć sobie coś do jedzenia. (…) Chociaż Stella odeszła z zakonu, to wciąż zachowuje wszystkie śluby, a już najbardziej zachowuje śluby ubóstwa. Tego mogliby się od niej uczyć i siostry zakonne i księża…
„Bo byłem głodny..”
Bardzo sugestywna i plastyczna, a jednocześnie okrutna jest w filmie opowieść Stelli o tym, co widziała przebywając w trakcie wojny kilka dni w Warszawie:
- Przed drzwiami kawiarni, do której prowadziły trzy schodki, obok po prawej stronie leżał człowiek umierający z głodu. Siny, czerwony, mały, spuchnięty, oczy rozognione, czarne. Czuło się jak ludzie przyspieszonym krokiem wychodzą i wchodzą, żeby się nie spotkać z jego oczami, nie słyszeć jego jęku. Weszłyśmy z ciocią do środka, tam współwłaścicielka, matka mojej przyjaciółki, przyjęła nas. Poczęstowała dobrą kawą i dobrym sernikiem. Kelnerki z różowymi fartuszkami, na ścianach kandelabry ze świecami, w środku pianino, kilka par się kręciło przy jakimś tangu smętnym. Prawie w każdej bramie domu byli jacyś ludzie z głodu umierający. Przez trzy dni słyszałam jęki tego umierającego człowieka, pomieszane z dźwiękami muzyki tanecznej, kiedy otwierały się drzwi kawiarni.
Może właśnie ze względu na takie obrazy z przeszłości, w późniejszym życiu bohaterka była tak bardzo wyczulona na pomoc drugiemu człowiekowi: - Kiedy widzisz człowieka umierającego z głodu i nie dajesz mu kromki chleba, to tak, jakbyś go zabił. (…) I tak przecież rozliczani będziemy z tego: „kiedy byłem głodny daliście mi jeść, a kiedy byłem spragniony daliście mi pić”.
Bohaterka zapytana o to, czy jej Sprawiedliwi nie bali się ujawnić tego, że w czasie wojny pomagali Żydom, mówiła:
- To nie jest tak, że Gross sobie wymyślił tę historię „Sąsiedzi”. Długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak mało ratujących jest wśród Polaków, choć wiem, że masa osób ratowała. A to dlatego, że Polacy mają bardzo brzydką wadę zawiści. Z początku nawet paczek z Izraela nie chcieli przyjmować, by sąsiad nie zobaczył. (…) Kiedy poszłam do Yad Vashem, to mi powiedziano: „dlaczego się dziwisz? Jest tylko 300 Polaków, ale 1000 Holendrów i 1000 Francuzów, bo oni się od razu postarali o te tytuły, a Polacy nie”.
Życie Stelli to niebanalna lekcja historii, moralności, tolerancji i wielu jeszcze innych wartości. Szkoda, że tak niechętnie uczymy się od takich ludzi.
Ewa Magdalena Iwaniak, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. emi
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze