Reklama

Sposób na konie - Siemiatycze

16/06/2010 17:32
Jeździectwo konne to pokonywanie kolejnych etapów wtajemniczenia i ciekawy sposób na spędzanie wolnego czasu. Dobrze o tym wie Beata Drywulska z Siemiatycz, której pasją jest jazda konna.

          - Kiedy rozpoczęła się przygoda z końmi?
          - Zawsze marzyłam, by za mną biegał źrebak jak za panią doktor w dawnym polskim serialu pt. „Karino”. W 2005 roku dość przypadkowo poszłam na pierwszą lekcję jazdy konnej do mojej koleżanki Moniki Pugacewicz. Wtedy złapałam bakcyla na jazdę konną. Później poznałam kilkunastoletnią dziewczynę Katarzynę Kroczak z Pieszyc, która została moją trenerką jazdy konnej. Jest to dziewczyna, która czynnie uprawia jeździectwo sportowe. Początki był bardzo trudne. Kolejne lekcje u niej kosztowały mnie dużo pokory, cierpliwości, czasu i niekiedy łez. Trzeba ciągle pracować nad techniką jazdy i kondycją fizyczną. Muszę wspomnieć o rodzinie Poletyło z Klina Połosy koło Siemiatycz, która nieraz do nauki użyczała mi swoje konie.
          - Pierwszy własny koń?
          - Mojego „Karino” kupiłam 3 lata temu. Jest to duże zwierzę o małym rozumku, ale wielkim sercu. Ma dość trudny charakter, ale rozumiemy się coraz lepiej.
          - Czy każdy może uprawiać jazdę konną?
          - Tak, jeśli jest cierpliwą osobą. Właśnie ta cecha jest chyba najważniejsza przy kontakcie z koniem. Potrzeba cierpliwości, jeśli chcemy żeby koń nam zaufał i z nami współpracował. Musimy pamiętać, że wina przeważnie leży po stronie człowieka. Jeśli koń robi coś niewłaściwego, zanim zadamy mu ból, musimy uświadomić sobie, gdzie tkwił nasz błąd. To nie jest zajęcie dla ludzi, którzy nie potrafią przyznać się do błędu. Konia trzeba po prostu pokochać. Ujeżdżenie to próba zatarcia granicy między jeźdźcem a koniem. Magia niewidzialnych sygnałów, na które koń reaguje w sposób niewymuszony, wyzwalając energię i ujawniając piękno.
          - Czy konie uzależniają?
          - Oczywiście, tak można powiedzieć. Jeśli ktoś naprawdę złapał bakcyla, to jest to miłość na całe życie. Rekreacyjnie można jeździć do późnej starości. Taka jazda terenowa i podziwianie przyrody z grzbietu konia to też świetna gimnastyka. Bo tylko tak się wydaje, że wsiadasz na konia i jedziesz - to naprawdę jest wysiłek fizyczny i inne partie mięśni pracują niż przy zwykłym chodzeniu czy nawet bieganiu. Nie ma nic piękniejszego niż rżenie konia, który cię poznaje, gdy wchodzisz do stajni. Koń to coś więcej niż zwierzę, to istota pełna mądrości. W Siemiatyczach koniarze praktycznie w każdą sobotę spotykają się na wspólną jazdę po miejscowych polach i lasach. Bierzemy udział w rajdach konnych, które najczęściej organizuje Waldemar Goliszek.
          - Czy pani rozmawia z końmi?
          - Kiedy się nie chce mówić, z nikim gadać, bo człowiek jest zdenerwowany albo smutny, to konie to wyczuwają. Potrafią przytulić, trącić łbem, popatrzeć i od razu robi się tak jakoś milej. To prawdziwy przyjaciel, który bez słów potrafi pocieszyć.
          - Czym jest praca z koniem?
          - To przede wszystkim sam urok konia, możliwość obcowania ze zwierzęciem, istotą żywą, która nie zawsze będzie robiła to, co chcemy. To też satysfakcja z tego, że razem nauczymy się czegoś nowego, jakiegoś elementu. Zawsze może nie posłuchać. Zdarza się, że konie wcale nie słuchają, mają swoje charaktery i są świetne na swój sposób. Średnio miesięcznie na koniu spędzam od 40 do 50 godzin. Jest to dość dużo czasu. Do tego należy dodać czas na tzw. „pracę z ziemi”.
          - Ile zaliczyła pani „zrzutek”?
          - „Dachowałam” 22 razy, w tym 3 wywrotki z koniem. Jednak ten z konia nie spada, kto na niego nie wsiada.
          - Czy pani córki jeżdżą konno?
          - Moja córka Natalia lubi towarzyszyć mi na koniu.
          - Jest to droga pasja?
          - Sprzęt potrzebny do jazdy, wyżywienie konia, a także utrzymanie go w stajni to wydatek kilkuset złotych miesięcznie. W miarę dobrego konia do jazdy można kupić za 3 – 4 tys. złotych.
          - Jak napotkani ludzie reagują, gdy widzą kobietę pędzącą na koniu?
          - Naprawdę reakcje są bardzo miłe. Kiedy jadę polnymi drogami, to rolnicy często zdejmują czapkę z głowy, zatrzymują, pozdrawiają, a niekiedy wspominając o swoich koniach nawet płaczą. Policjanci są dla nas, koniarzy, jak dotychczas wyrozumiali. Mam nadzieję, że tak pozostanie.
          - W maju i listopadzie, podczas świąt państwowych, można zobaczyć siemiatyckich koniarzy jako ułanów pod pomnikiem Tadeusza Kościuszki.
          - Jest to pomysł Jerzego Szawkało, który jest najstarszym koniarzem w naszym gronie. Swoje mundury kupowaliśmy lub dostaliśmy od znajomych.
          - Jakie plany na przyszłość?
          - Chciałabym w tym roku w certyfikowanym ośrodku jeździeckim zdać egzamin na brązową odznakę jeździecką.

          Marek Malinowski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. MM
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama