Do redakcji zadzwoniły mieszkanki Drohiczyna, należące do jedynej w tym mieście spółdzielni mieszkaniowej, panie Maria Tokarska i Eugenia Litwin. Jak same mówią – do tej pory znosiły sytuację w spółdzielni w miarę spokojnie – owszem pisały różne pisma, prosiły o remonty, o przedstawienie rozliczeń.
Bez odzewu ze strony władz spółdzielni. Miarka przebrała się, kiedy zaczęto ocieplać... ocieplany już kiedyś blok. Kotłownia jak łaźnia - W tej spółdzielni rocznie kupuje się 240 ton węgla – mówi pani Maria. – Ja rozumiem, że wodę ciepłą mamy cały rok, ale przecież w sezonie grzewczym w mieszkaniach jest zimno jak w psiarni, zresztą sama widzę, jak często palacz chodzi podrzucać do pieca. Dwa razy dziennie. Na wieczór - wtedy rzeczywiście nocą woda się gotuje i drugi raz dokłada się rano. Ja liczyć umiem. 30 ton na miesiąc, gdzie tylko dwa razy jest podkładane w ciągu dnia. Nie wierzę, że aż tyle tego węgla schodzi w kotłowni. Przecież jest nowy piec, bo nawiasem mówiąc stary zepsuli palacze właśnie dokładając niesystematycznie. Dla mnie to straszna ilość węgla. Druga sprawa – pani Maria pokazuje ogłoszenie zerwane z tablicy ogłoszeń. – Nie znam się na tym, ale czy w piecach normalnych, nie takich specjalnych do utylizacji, można palić gazety, tektury i inne? Kto dopilnuje, by nie spalano tam plastików czy zużytych pieluch? W naszej spółdzielni można. A przecież to wszystko nas truje. Tu rządzą palacze. W kotłowni palacz ma wszystkie samochody swoje i zięcia warsztat. Garaż sobie zrobili i magazyn na rupiecie. Dzieci palaczy i ich znajomych kąpią się w kotłowni, wielokrotnie widziałam jak dzieciaki chodzą z ręcznikami do kotłowni. Podejrzewam też, że mają tam lodówkę albo zamrażarkę, bo jak świniaka bili, to do kotłowni skrzynkę mięsa ponieśli. Szambo w piwnicach - Szambo zalewa nam piwnice - dodaje pani Eugenia. - Dosłownie pływamy w szambie, pod moją piwnicę nie da się wejść. Woda stała z pół roku non stop. Z tą moją piwnicą w ogóle cały czas mam problem. Sąsiadka zrobiła sobie pod balkonem rupieciarnię, zasłania mi okno do piwnicy, żadnego przepływu powietrza, ani wiatr nie dociera, ani słońce i nie dziw, że wilgoć się wdała. Nie można odezwać się, bo zaraz zakrzyczana jestem. Do depresji doszłam, psychicznie mnie wykańczają. Na pytanie czy kobiety próbowały rozmawiać z prezesem spółdzielni zgodnie odpowiadają: - Jeden i drugi prezes tacy sami. - Jak chciałam sprawdzić dokumentację, to mówili, że na urlop idą, że teraz nie sprawdzą i takie różne. Ale już na walne zebranie raptem mniej o 20 ton węgla się zrobiło. Jak mówimy, że wilgoć jest w mieszkaniach, to mówią, że to przez plastikowe okna, bo powymieniałyśmy. Sama ocieplałam sobie mieszkanie, ani za to, ani za okna nikt mi pieniędzy nie zwrócił – dodaje pani Maria. - Plastiki są po to, by było cieplej - wtrąca pani Eugenia. - Mierników ciepła też nie mamy, płacimy od metrażu mieszkania. Ale płacimy za to, że zimą siedzimy w mieszkaniach poubierani w kożuchy. Niedobór wody większy niż zużycie - Wymieniali nam wodomierze. Za nowe oczywiście musieliśmy płacić, zabrali stare wodomierze, a przecież to nasze, też kupione za własne pieniądze. I nie ważne było, że mój wodomierz jest jeszcze ważny, bo legalizację robi sie co 5 lat, a mój miał zaledwie rok - musiałam płacić i wymieniać. Wiem, że nie wszyscy oddali, wiele osób zostawiło sobie. Doliczają nam niedobór wody. W naszym bloku zawsze brakuje wody, 15 metrów sześciennych miesięcznie. W innych brakuje metr, dwa, a u nas 15. Mówią, że to strata na przepływie wody. Uważam, że powinnam płacić za zużycie wody, które wskazuje wodomierz. Proszę - pani Maria pokazuje rachunki - ostatnio 20 złotych prawie zapłaciłam. A proszę wierzyć, że czasami płacę więcej niedoboru wody niż jej zużyję, bo jak wyjeżdżam do szpitala, czy do córki, to nie ma mnie przez cały miesiąc prawie. Ile razy dzwoniłam do wiceprezesa i mówiłam, że w tej chwili jest kradziona woda. Że słychać odkręcanie rur francuzem. A on odpowiada, że to trzeba jednak za rękę złapać, mówi „nie pyskuj”. Wzajemne koło adoracji Kobiety mówią, że nie chodzą na zebrania spółdzielni: - To wzajemne koło adoracji. Na zebrania chodzi z 15 osób z całego osiedla. Wszystko to znajomi, koledzy wiceprezesa, palacze i zależni w jakiś sposób od nich. Co z tego, że są jakieś rozliczenia, takie, że nikt nie wie o co chodzi w nich. Nie ma sensu chodzić, bo nas nie słuchają, ignorują nas, słyszymy tylko „nie odzywaj się”, „nie pyskuj”. Wspólnoty mieszkaniowej tu nie ma, bo nie ma możliwości jej stworzenia, jak powiedziałam wcześniej - palacze tu rządzą, wiceprezes, księgowa. Wszystko robią dla siebie, żeby im lepiej było. A my co? Gorsze? Proszę zobaczyć ile pism wysłałam do władz spółdzielni z prośbami o remont, ocieplenie. Przecież był czas, że mnie 4 razy pod rząd zalewało. Woda z sufitu się lała, a przecież nade mną już nikogo nie ma, dach po prostu przecieka. To po każdym zalaniu przychodzili, zalepiali kilka dziur pianką i już - dach naprawiony. A na pisma raptem 4 odpowiedzi, oczywiście wszystkie negatywne, bo brak pieniędzy. Ale dlaczego pieniądze są na remonty w blokach, w których oni mieszkają? Dlaczego ociepla się blok, który już był ocieplany? Dlaczego w innych blokach sufity obite są panelami, wejścia na strych wyszykowane, tak jakby tam mieszkania były? Dlaczego drzwi zewnętrzne do bloków wymienia się w „wyróżnionych” blokach z futrynami, a u nas byle jak, z byle czego? Za mieszkanie płacę 364,92 zł czynszu za 52 metry, pani Litwin też coś ponad 300 zł za małą kawalerkę. Fundusz remontowy też płacimy, 0,70 zł od metra kw. miesięcznie. Mieszkamy tu już 23 lata, jesteśmy jednymi z pierwszych mieszkańców. Mamy takie same prawa, jak znajomi panów prezesów. Remonty tylko dla „swoich”? - Wychowuję wnuczkę - dodaje pani Eugenia. - Dziecko mało brakowało przez balkon by mi wypadło, bo gwoździe puściły w balustradzie. Bo balustrada to już próchno właściwie. Zresztą cały balkon pęka. Wiem, że na strychu drewno było, można było wiele nowych balustrad zrobić, czy nowe okienka, ale drzewa nie ma, ktoś przyjechał, zabrał. A u wiceprezesa wiaty nad balkonami zrobione, nowe drzwi powstawiane (...) Nam naprawdę brak już sił. My, samotne kobiety, jesteśmy dla nich nikim. Z tego powodu wpadłam w depresję - oni chcą mnie wykończyć. Dociepleń nie było i skarg nie zgłaszano Pomimo, że nasze rozmówczynie twierdzą, że „prezes to tylko pionek” poprosiliśmy o komentarz zarządzającego spółdzielnią, prezesa Eugeniusza Berezę: - Na pewno bzdurą jest, że ocieplane są bloki, które były ocieplane. Tam nigdy nie było dociepleń. Jeśli chodzi o kolejność prowadzonych remontów, to remonty zatwierdza rada nadzorcza w rocznym planie remontów. A nie da się wszystkiego od razu zrobić. Co do zalewanych piwnic – bloki postawione są na podmokłym terenie, tam kiedyś były mokradła. Nie wiem, czy kiedy budowano osiedle zrobiono jakąś izolację. Druga sprawa – kiedyś, kiedy bloki nie były podłączone do kolektora sanitarnego, wybijało szambo. Mieszkańcy zrobili dziurę w podłodze, którą szambo miało gdzieś tam odpłynąć, a teraz tą samą dziurą wybija im woda gruntowa. Planujemy odwodnienie, ale czy to do końca rozwiąże problem? Nie wiem. Prezes Bereza umówił się z nami na dokładne wyjaśnienie wszystkich niuansów na wtorek 25 sierpnia. Zakładamy więc ciąg dalszy tematu w najbliższym czasie.
Zapytaliśmy również Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego czy kiedykolwiek, ktokolwiek zgłaszał do nadzoru nieprawidłowości w stanie budynków spółdzielni. Pytaliśmy także o zalewanie piwnic: - Nie przypominam sobie – mówi Jerzy Kaźmierczak. – A przynajmniej nie w ciągu ostatnich dwóch lat, bo trudno pamiętać wszystko. Ale w ostatnim czasie nikt, ani z mieszkańców, ani burmistrz, ani żaden radny, ani zarządca spółdzielni nie zgłaszał, że coś tam się dzieje. Owszem, kontrolujemy budynki nie tylko po zgłoszeniu nieprawidłowości, planujemy kontrole różnych budynków, ale teraz niewykluczone, że sprawdzimy co dzieje się w Drohiczynie.
Anna Kondraciuk, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. AK zobacz Spółdzielnia w Drohiczynie – prezes wyjaśnia
Komentarze