Spór o dużo mniejszym zasięgu i znaczeniu, ale także dotyczący smoleńskich symboli, mamy również na własnym podwórku.
Spór o smoleński krzyż, jako symbol pamięci o ofiarach katastrofy z 10 kwietnia, ustawiony przed Pałacem Prezydenckim, ucichł na chwilę po tym, jak podjęto decyzję o jego przeniesieniu do kaplicy loretańskiej warszawskiego kościoła św. Anny. Jak wyglądało przeniesienie, wszyscy wiemy. O krzyżu znów zrobiło się głośno. Mało kto jednak wie, że podobnie sporny symbol tej katastrofy mamy na terenie naszego powiatu, w samym Mielniku. Adam Tobota, jeden z radnych mielnickich (w imieniu swoim oraz radnych M. Boguszewskiej, B. Terpiłowskiej, K. Toboty, W. Kochanowskiego, J. Zduniewicza) zgłosił inicjatywę, by upamiętnić katastrofę smoleńską poprzez posadzenie 96 dębów. Pomysł spotkał się akceptacją radnych, dlatego też 30 dnia po tej katastrofie, 10 maja br. większość radnych oraz mielnicki wójt i sekretarz własnoręcznie posadzili drzewka wzdłuż żwirowej drogi, prowadzącej od hydroforni w kierunku mielnickiej wieży widokowej. Kość niezgody Długo nie trzeba było czekać, by okazało się, że nagle drzewka w tym akurat miejscu zaczęły niektórym przeszkadzać. Sprawa stanęła na ostatniej przed wakacjami sesji rady gminy. Pojawiły się głosy, że drzewa utrudniają wjazd maszyn na pola, położone przy tej drodze. Kilku właścicieli tych pól zwróciło się na piśmie do wójta z prośbą o przesunięcie drzew. - Miały być dębami zgody, a stają się dębami niezgody – mówił radny Kazimierz Tobota. - Zwrócili się do wójta z prośbą o przesunięcie tych dębów, a wójt w odpowiedzi poinformował, że zamówił usługę geodezyjną w celu odnalezienia punktów granicznych. Jaki ma sens wydawanie tych pieniędzy? Ludzie znają te punkty, wiedzą gdzie one są, nie trzeba ich nigdzie odkopywać. Będą to tylko niepotrzebne koszty, które nie mają nic wspólnego z przesadzeniem tych kilku drzew. Wniosek z dyskusji, która się wówczas wywiązała, był taki, że nie ma żadnego problemu z przesadzeniem dębów. Musi się to tylko odbyć o odpowiedniej porze roku, najlepiej jesienią, a nie w czerwcu czy lipcu, kiedy rośliny puściły już liście. Niektórzy z tych właścicieli pól, którym teraz drzewa przeszkadzają, podobno wiedzieli o planach sadzenia. Jeden z nich był podobno przy tym, inny przejeżdżał drogą i widział akcję sadzenia. Wówczas, kiedy jeszcze tego samego dnia, czy w ciągu kilku następnych dni, nie byłoby problemu z przesadzeniem drzew, nikomu one nie przeszkadzały. Zawadzać zaczęły nieco później. Tu z pewnością nikt do dębów nie będzie łańcuchami się przykuwał i utrudniał ich przeniesienia. Nasuwa się tylko pytanie, czy fakt, że dęby zaczęły z czasem komuś przeszkadzać jest zupełnie wolny od aspektów politycznych?
Ewa Magdalena Iwaniak, Tygodnik Głos Siemiatycz fot. CK
Komentarze