Reklama

Siemiatycze - Życie na szachownicy

01/02/2014 20:13

Andrzej Dzienisiuk - mieszkaniec Siemiatycz, inżynier budownictwa, z pasji szachista. Nie wie ile w życiu rozegrał partyjek szachów, w ilu turniejach brał udział, ilu rywali pokonał, ale na temat szachów wie wszystko.

Od lat 70. ubiegłego wieku w rankingach szachowych. Jest nestorem siemiatyckich szachów, bo wraz z innymi tworzył podwaliny tej dyscypliny w siemiatyckim LO i w mieście. Mówi: - Gdyby nie śmierć serdecznego przyjaciela Władka Olszewskiego, to pewnie Olszewski byłby tym pierwszym nestorem. A tak wypadło na mnie.

Reklama

Z panem Andrzejem rozmawiamy o jego pasji, sukcesach.

- Romans z szachami zaczął się gdzieś tak na początku lat 50. ubiegłego wieku – mówi. - Mieszkałem wtedy przy ul. Ciechanowieckiej w Siemiatyczach. Zjawił się nowy sąsiad, Eugeniusz Łojewski, zapalony szachista. No i zaczęło się. Od nauki poprzez ćwiczenia - od kilku do kilkunastu i nawet więcej partii rozgrywanych dziennie, albo nawet w ciągu jednego popołudnia. Najpierw były to oczywiście pojedynki przegrane z kretesem, ale z biegiem czasu było coraz lepiej. Zacząłem łapać o co w tym wszystkim chodzi i coraz bardziej te szachy mnie wciągały.

Reklama

- Po jakimś czasie wyszedł pan ze swoją pasją i umiejętnościami w świat.

- Jako uczeń siemiatyckiego liceum to właśnie w tej szkole kontynuowałem to zainteresowanie. Mieliśmy paczkę szachistów, dosyć silną - Tadzio Mojżyn, Władek Olszewski, Zygmunt Janke, Tadzio Kowalczuk, no i ja. Uczestniczyliśmy w wielu szkolnych turniejach szachowych i muszę nieskromnie przyznać, że szło mi całkiem całkiem. Miło wspominam tamten okres. To taka młodzieńcza miłość do szachów, jak również dążenie do sukcesów na tym gruncie. Dodam, że sporą pomoc mieliśmy wtedy od ówczesnego wieloletniego Jana Górskiego, prezesa Okręgowego Związku Szachowego w Białymstoku. Często odwiedzał nas w Siemiatyczach.

Reklama

- Standardowe turnieje szachowe to o Złotą Wieżę?

- Tak. Zaczęło się chyba w latach 60. ubiegłego wieku i trwało... ho ho. To liczne prestiżowe partyjki, wyjazdy, eliminacje niższego szczebla i wojewódzkie. Mile wspominam te turnieje w Augustowie. Przygotowywaliśmy się do Złotych Wież w naszej siedzibie, świetlicy przy obecnej ul. Pałacowej w Siemiatyczach, w ówczesnym Klubie „Merkury”. Jako świetlicowego mile wspominam Bogdana Bujnowskiego, wspaniały człowiek, wiele pomógł. Organizował turnieje, pomagał nam w organizacji, wyjazdach.

Reklama

- Sukcesy w Złotej Wieży?

- Największe osiągnięcie to udział w finale krajowym tego turnieju. Dwa razy. Indywidualnie. Żeby dostać się do tego finału, czyli ostatniego etapu rozgrywek, trzeba było pokonać wielu rywali na szczeblu gminnym, powiatowym, wojewódzkim. Zadanie praktycznie niewykonalne dla przeciętnego szachisty. Które miejsca zająłem na tych finałach, nie pamiętam. Tam liczy się sam udział. To było coś. To tak, jak teraz dostać się na Olimpiadę.

- Szachy kojarzone z małą dynamicznością, nie mniej jednak praca umysłowa jaką się przy nich wykonuje może pochłonąć mnóstwo energii.

Reklama

- Jak w każdej dziedzinie sportu, liczy się też przygotowanie fizyczne. A myślenie zabiera dużo sił. Czasami po kilku partiach człowiek czuje się normalnie, a czasami jedna tak może wyczerpać, że brakuje sił na wszystko. Przez umysł, który musi być, jak w każdej dziedzinie, skoncentrowany. Dlatego ważny jest też trening. Trzeba ćwiczyć i ćwiczyć, czyli grać i grać.

- Ostatni turniej?

- O puchar wójta w Perlejewie, 12 stycznia. Mimo silnej obsady udało mi się zająć jedenaste miejsce na ponad siedemdziesięciu uczestników. Niezły wynik, mimo sędziwego wieku, chociaż wiek w tej profesji nie musi być najważniejszy. A przykładowo wcześniej w Siemiatyczach nic nie wygrałem. Taki sport.

Reklama

- Nagrody?

- Bez liku. Najwięcej chyba mam dyplomów. Do tego mnóstwo pucharów. Cały dom mam tym zastawiony. Dodam, że teraz nie muszę wygrywać, a i tak przyjeżdżam z turniejów z pucharami. Dla najstarszego zawodnika. Każda nagroda cieszy…

- Mierzy się dwóch graczy i każdy z nich ma wyuczone na pamięć kolejne ruchy, kolejne możliwości. Nawet do 30 posunięć. Przegrywa ten, który jako pierwszy popełni błąd?

- Najważniejsze to nie oddać inicjatywy. Wtedy leżysz. A obrona najczęściej nic nie daje, tylko przeciąga w czasie twój koniec. Trzeba umieć przewidywać ruchy rywala. Zapobiegać jego ruchom. Wyprzedzać go. Zastawiać pola, możliwości. By nie miał manewru, który może przynieść mu przewagę. Dlatego ważna jest też teoria. Według niej każdy szachista powinien tuż po rozpoczęciu pojedynku wykonać z pamięci, automatycznie z dziesięć ruchów. Ja nie muszę myśleć przy pierwszych dwudziestu ruchach i w tym przypadku procentuje już doświadczenie. Jednak i to nie zawsze wystarcza do tego, by osiągnąć końcowy sukces.

Reklama

- Porada dla młodych szachistów?

- Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć na szachownicy. I rozwiązywać zadania szachowe. Np. jak w drugim ruchu zrobić mata? Wtedy siedzisz i dumasz. Jak w matematyce. Nie znam szachisty słabego z matematyki.

- Może jakaś ciekawostka z życia szachowego?

- Różne sytuacje zdarzały się podczas turniejów, ale wspomnę o tym - otóż podczas studiów przetłumaczyłem z rosyjskiego na polski książkę szachową "Obrona królewsko - indyjska". Można powiedzieć jedną ręką trzymałem książkę do nauki, drugą o szachach.

Reklama

- Jeśli nie szachy, to co? Pasje poza szachami?

- Teraz to już trudno mówić o jakichś pasjach, ale jak byłem młody, to były to: piłka nożna, ping pong, nawet boks, co ćwiczyłem w liceum.

- Dziękuję za rozmowę.

Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Gos Siemiatycz, fot. CK

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama