Na I finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w 1993 roku, przed denominacją, zebraliśmy 40 mln. zł (obecne 4 tys.) Łomża, wtedy miasto wojewódzkie, tylko 25 mln. Ręce nam się trzęsły, jak liczyliśmy pieniądze. Mieliśmy po 16-18 lat i prawie wszyscy dookoła mówili, że nam się nie uda... A my? Jechaliśmy na emocjach, tak, jak teraz ci młodzi goście z filmiku z waszej strony – tak I finał wspomina Mariusz Łupiński. Ówczesny sztab Można powiedzieć, że Maniek „Łupa” i ja byliśmy motorem tego wszystkiego. Oczywiście nie byliśmy sami. Mieliśmy wtedy super paczkę. W tej chwili nie pamiętam już wszystkich nazwisk, w pamięci zachowały się głównie ksywki i z góry przepraszam, jeśli kogoś nie wymienię. Był mój brat „Yogi” (Adam Jakimczuk) i „Kobra” młodszy brat „Łupy”. Było dwóch braci – „Wala” i „Młody Wala” (Wojtek i Maciek Walendziuk), „Andrusza” (Andrzej Buchowiec), „Beny” (Jacek Żembrowski), „Kaczak” (Mariusz Milewski), „Argo” (Artur Laszuk), „Mały” (Darek Litwinowicz), „Ryci” (nie pamiętam nazwiska – mam nadzieję, że mi wybaczy, jeśli to czyta). Była „Indianka”, dziś żona „Łupy” (Edyta Radzikowska), Marta Puch, „Wiercień” (Adam Wierciński, dziś mąż Marty), grupa młodych mieszkańców Sadów (m.in. „Kulfon”, „Whisky” – dziś piłkarze). „Kisiel”, czyli Krzysiek Kowalczyk, „Kargul” (Wojtek Boguszewski), „Rożek”, którego nazwiska też nie pamiętam i Wojtek Matysek. Nie sposób wymienić wszystkich, ale pamiętam, że często słyszeliśmy, że zadajemy się z siemiatyckimi chuliganami, że nikt nam nie da żadnych pieniędzy. Z dorosłych zadawali się z nami Andrzej Bobienko, którego córka Olga organizowała tegoroczny finał, a wtedy miała zaledwie trzy lata) i ś.p. Romek Maj, super facet, który wiele nam pomógł, nie tylko z okazji orkiestry, ale zawsze, kiedy potrzebowaliśmy wsparcia mogliśmy się do niego zwrócić. No i oczywiście nasi rodzice, którym też może nie zawsze podobało się, co robimy, ale chyba troszkę byli z nas potem dumni. Władze, SOK i orkiestra Od kiedy pamiętam w Siemiatyczach zawsze był problem z organizacją koncertów. W tym czasie, nie mając możliwości organizowania koncertów w SOK, zgłosiliśmy się do ówczesnego dyrektora Szkoły Podstawowej Nr 1. Wtedy był nim Stanisław Olędzki. Zgodził się i organizowaliśmy koncerty dla młodzieży, w formie comiesięcznych przeglądów młodych kapel. Grały zespoły z Siemiatycz i sąsiednich miast. I chyba od tych małych koncertów wziął sie pomysł na zrobienie w Siemiatyczach finału orkiestry. Żyliśmy wtedy Ćwierć Mrówką, festiwalem w Jarocinie. „Bobek” wspomina, że chyba przy okazji „kawy” u niego w mieszkaniu wymyśliliśmy akcję, a Łupa: - Parę lat minęło, a ja co 2 lata robię reset. Wiem, że było ciężko. Skąd pomysł żeby to zrobić, nie pamiętam, ale to chyba było tak, że chcieliśmy po prostu zrobić koncert, a WOŚP wyszedł nam przy okazji. Mieliśmy glejt od burmistrza (wtedy był nim Andrzej Kochański), w którym prosił ewentualnych sponsorów o wsparcie tego szczytnego celu. Ja już wtedy byłam w Warszawie, pamiętam, że chodziłam na Grzybowską, wtedy tam był sztab. Niestety, jeszcze byłam trochę za młoda, poza tym nie miałam osobowości prawnej. Musieliśmy mieć kogoś „dorosłego”, przez przypadek został nim kierowca z SOK (nie pamiętam nazwiska). Aż dziwne, że udało się finał zrobić w SOK-u. Być może pan Olędzki wspomniał, że nasze imprezy w szkole są w porządku, być może oni (SOK) sami zobaczyli, że, pomimo że „chuligani siemiatyccy”, to coś potrafimy zrobić. Nie wiem. Maniek też zachował w pamięci niechęć SOK do akcji (wtedy dyrektorem był Zenon Sielewonowski): - W SOK mieli to w d..., gość jechał do Warszawy i przy okazji, po naszych namowach wziął to na siebie. Pamiętam, jaki był wystraszony, że coś będzie nie tak i będzie miał ciepło. Nie pamiętam dokładnie, kto wtedy był komendantem policji, ale pamiętam, że chodziliśmy na policję i uzgadnialiśmy, że ma być radiowóz w pobliżu, jakby coś się działo, nie pamiętam jak było z karetką. Odbyło sie kilka spotkań organizacyjnych, co, jak co, ale policji i lekarzy było bardzo dużo. Potem okazało się, że byli też tajniacy w tłumie. Po tych paru latach wiem jedno - mieliśmy na to przyzwolenie, ale jakby coś nie wyszło, to raczej wszyscy umyliby łapy. Myślę, że oni dopiero mieli stracha. My jechaliśmy na emocjach, tak jak teraz ci młodzi goście z waszego filmiku, na stronie www.siemiatycze.com. Ksiądz nas wyklął z ambony Na przeglądy w SP 1 przyjeżdżała z Sokołowa Podlaskiego kapela, która nazywała się „Jezus i 12 rozbójników” - potem ksiądz wyklął nas z ambony, że drwimy z religii, zapraszając takie „szatańskie” zespoły. Gdy mieli grać na orkiestrze, dla świętego spokoju pisaliśmy na plakatach, że zagra JXIIR. Nie zagrały żadne sławy. Grał siemiatycki Progress, na perkusji Sebastian Miłkowski, na gitarze „Lopez” (Waldek Kłopotowski), też chyba w tym zespole (albo był to już inny zespół) grał "Cichy" (Cichocki - Marcin albo Grzesiek) i "Gajos" (Krzysiek Gajko). Był też Rasputin z Bielska Podlaskiego, Błękitny Nosorożec z Hajnówki, Loth Lorien z Białegostoku. Nazwy być może nie są tak ważne, bo zapewne żaden z zespołów nie istnieje. Serduszka jak świeże bułki Chodziliśmy sami po sponsorach i marzliśmy okropnie, bo chodziliśmy pieszo, nie było wtedy telefonów komórkowych. Pamiętam wyprawę na Łojki, do hurtowni pana Sapieżko chyba. Skostniały nam palce u rąk i nóg. No i najgorsze było proszenie, przekonywanie, że warto wspomóc akcję, że to nie tylko nasz interes. Pamiętam, że chyba od Feniksa dostaliśmy na fanty kamerkę, taką przedpotopową. Andrzej Bobienko pamięta jakąś jeansową bluzę. Sponsorzy albo dawali nam fanty na loterię (głównie były to jakieś drobne rzeczy), albo jakieś pieniądze. Nie pamiętam w tej chwili, kto i jakie pieniądze dał. - Fanty dawali chyba wszyscy więksi krezusi z miasta – wspomina Łupa - z łaską i niedowierzaniem, ale dawali. Nie pamiętam po ile były wejściówki, coś mi się kojarzy, że chyba ówczesne 2 zł i w tej samej cenie były fanty. Albo po 5 zł. Nie wiem. Ś.p. Romek Maj nam dużo pomagał. Potrafił zadzwonić do swoich kolegów biznesmenów, którzy wcześniej odesłali nas z kwitkiem i dosłownie opieprzyć, że nie rozumieją idei, że „przecież to dla dzieci z wadami serca”. Tak się złożyło, że w Siemiatyczach była dziewczynka, która w tym czasie miała operację na otwartym sercu, miała wadę serca. Więc nasza akcja miała wydźwięk symboliczny. Nie podam jej nazwiska. - Jej ojciec bardzo nam pomógł w kwestii plakatów - wspomina Mariusz. - Zaprojektował i zrobił część plakatów. W czasie koncertu siedział na balkonie ze swoja córką. Większość plakatów robiliśmy sami, zresztą jak na wszystkie koncerty. Pamiętam, że musieliśmy dodrukowywać serduszka. Zabrakło nam oryginalnych, które dostaliśmy od Owsiaka. Serduszka dodrukowywała nam drukarnia pana Szarego. Finał Pamiętam jak robiliśmy z bibuły duże serce na scenie. Okazało się, że ci wszyscy „siemiatyccy chuligani” poradzili sobie ze wszystkim, przygotowali salę, zorganizowali zespoły, które zagrały za zwrot kosztów. „Whisky” pamięta, że restauracja Oleńka ufundowała zespołom obiady, Kmicic (chyba) zasponsorował nocleg. „Chuligani” stali na bramkach i pod sceną. I nie pamiętam jakichś burd, awantur. Nie było problemu z wejściem na salę, nie było problemów wewnątrz. Nikomu nie wybito okien. A ludzi na koncercie była naprawdę masa. Wtedy na koncerty do Siemiatycz przyjeżdżali ludzie z Sokołowa, Hajnówki, Bielska Podlaskiego, Białegostoku, Siedlec, Łosic, Sarnak. Myślę, że na koncercie bawiło się z 500 osób. Zebraliśmy ponad 4 milionów złotych (to po denominacji 4 tys. zł). Nie zbieraliśmy do puszek. Pamiętam jak ręce nam się trzęsły, gdy liczyliśmy te pieniądze. Od Jurka Owsiaka, który sam nie krył zdziwienia, że Siemiatycze przywiozły tyle pieniędzy, dowiedzieliśmy się, że Łomża (wtedy miasto wojewódzkie) zebrała tylko ok. 25 milionów zł (obecne 2,5 tys. zł). Kasę do Warszawy woziliśmy z „Bobkiem”, granatowym maluchem. Właśnie wtedy Olga Bobienko spotkała Owsiaka, miała wtedy 3 lata. - Jak weszliśmy do biura, zaczęła jęczeć, że chce pić – wspomina Bobek. - Jurek poprosił Elizę, by dała dziecku pić. Ta wyciągnęła colę z lodówki. Jurek ją skrzyczał, że dziecku zimną colę daję. W tym roku Ola była współorganizatorką XVI finału. Anna Kondraciuk, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. archiwum AB
Komentarze