Reklama

Rozmowa z pogorzelcami..

17/01/2008 15:36
W stałym kontakcie z naszą redakcją pozostają państwo Beata i Jarosław Kopówka, rodzice 1,5-rocznej Wiktorii, poszkodowani w ubiegłotygodniowym pożarze w Klukowie.


          - Chcielibyśmy serdecznie podziękować tym wszystkim ludziom, którzy przejęli się naszym losem – drżącym głosem mówi pani Beata. – Pracownicy urzędu miasta w Siemiatyczach zbierali dla nas pieniądze, pracownicy biblioteki w Siemiatyczach. Taki pan strażak podarował nam komodę i regał. Od innych ludzi dostaliśmy wózek, łóżeczko i trochę ciuszków dla Wiktorii. Dostaliśmy też pieniądze z opieki. Moje koleżanki z pracy też przekazały mi trochę ciuchów. Naprawdę bardzo, bardzo dziękujemy – kończy ze łzami w oczach.
          Prawdopodobnie już od niedzieli (rozmawiamy w sobotę) poszkodowani zamieszkają w budynku gospodarczym, przy ul. Kasztanowej 25.
          - Na razie zatrzymaliśmy się u mojej mamy – kontynuuje pani Beata. – Ale ona też wynajmuje mieszkanie. Mam jeszcze młodsze rodzeństwo. Mama udostępniła nam łóżka, sama z rodzeństwem śpi na podłodze...
          - Opieka społeczna zaproponowała nam to mieszkanie na Kasztanowej – wtrąca pan Jarek - wcześniej była inna propozycja, ale tamten dom był raczej takim letnim domem. Przeprowadzimy się na Kasztanową. Tam też nie ma jakiś luksusów, ale to nie o to przecież chodzi. Będziemy mieli gdzie się podziać.
          Państwu Kopówka brakuje wszystkiego:
          - Nie mamy praktycznie nic, oprócz tych rzeczy, które dostaliśmy. Opieka dała nam jeszcze wersalkę. Trochę nam przykro, bo wiemy, że bardzo wiele ludzi zgłosiło się po waszym apelu. Dzwonili do sołtysa, ten wszystkie numery telefonów przekazał opiece społecznej. A opieka wydziela, co nam dać. Chcieliśmy wziąć dwie wersalki, ale powiedziano nam, że łóżeczko dla małej już dostaliśmy. Przykro było mi tym bardziej, kiedy pani w opiece podsumowała, że przecież mam już telefon komórkowy, kazała mi pokazać aparat. A telefon pożyczyłam od siostry, by mieć jakikolwiek kontakt.
          - Potrzeba nam wszystkiego. Nawet takich podstawowych rzeczy jak łyżka, kubek, czajnik. Z chęcią przyjmiemy pościel, koce. Brakuje nam rajstopek dla malutkiej.
          - Można sobie pomyśleć, że dostaliśmy pieniądze, ale nie wydajemy ich – mówi pan Jarek. - Chcemy się odbudować. Rozmawiałem już z ojcem. Teraz będę musiał rozejrzeć się za kimś, kto zrobi plany.
          - Nie chcę tak jak mama, wynajmować – dodaje pani Beata. – Bratowa znalazła jakieś mieszkanie w bloku. Mówią, że nie chcą sie odbudowywać, że będą wynajmować to mieszkanie w bloku. Ja chcę mieć coś swojego. Teraz też nie prosimy o pieniądze. Wolimy, by ktoś ofiarował nam z serca nawet używane rzeczy, niż pomyślał, że na naszym nieszczęściu chcemy się wzbogacić.
          Grażyna Jaszczuk, kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej zapewnia, że na ile mogą, na tyle udzielają pogorzelcom pomocy:
          - Na początek zaoferowaliśmy pomoc finansową. Potem, z racji tej, że nasza gmina nie posiada mieszkań socjalnych, uruchomiliśmy wszystkich, by znaleźć im dach nad głową. Pomogliśmy znaleźć stancję dla tych państwa z dwojgiem dzieci na ul. Kasztanowej, ale wiem, że oni znaleźli mieszkanie w bloku. Na Kasztanową wprowadzą się ci z jednym dzieckiem. Jest tam jeden pokój z kuchnią, ale myślę, że warunki są lepsze niż mieli poprzednio.
          Jak mówi pani Jaszczuk - w pomoc pogorzelcom ogromnie zaangażowali się przeróżni sponsorzy, organizacje pozarządowe:
          - Musimy to trochę przeczekać. Obiecaliśmy pomóc tym państwu i to zrealizujemy. W pierwszych miesiącach będziemy pomagali w opłacaniu czynszu, potem musimy zobaczyć, co te rodziny w ogóle będą potrzebowały, co zechcą zrobić, czy będą chciały odbudować dom. Na dzień dzisiejszy mają zapewniony dach nad głową, mają różne artykuły i sprzęt - wszystko, co ludzie zaofiarowali. Nadal ludzie dzwonią i ofiarują różne rzeczy, ale czekamy. Niech oni (pogorzelcy) wejdą do mieszkania, zobaczą, czego im będzie brakowało. To nie sztuka brać wszystko, co ludzie dają.

          Niemniej jednak państwo Kopówko proszą nadal o pomoc. Bezpośredni telefon do pani Beaty to 0782 160 304.

          Czy warto im pomóc? Kobieta, która przekazała ubrania, nie kryła wzruszenia, kiedy zobaczyła poszkodowaną w podarowanych przez siebie ubraniach:
          - Cieszę się, że w drobny sposób, ale pomogłam. Są różni ludzie – mówiła. - Jedni biorą, bo im się daje, bo „im się należy” i jeszcze narzekają, że używane. Inni z wdzięcznością przyjmą, nawet niewielki dar.

          Anna Kondraciuk, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. JSW
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama