Wspomnienia kilkunastoletniego chłopca o przedwojennym Bielsku są kanwą książki "Trzy Światy" Igora Zakrzewskiego, która niedawno pojawiła się w księgarniach. Spotkanie z autorem odbyło się w skansenie w Studziwodach, na które stawił się wiekowy już autor z liczną rodziną oraz kilkunastu zainteresowanych przeszłością miasta czytelników.
- Cztery czy pięć lat temu powstał pomysł stworzenia rękopisu - mówił Doroteusz Fionik, gospodarz spotkania oraz wydawca książki. - Od razu oceniłem rzecz jako kapitalną. Bielsk miał wielu poetów, ale prozaików niestety już nie. Może poza Józefem Tokarzewiczem, który w latach 80. XIX w. napisał romantyczną powieść o świecie idealnym "Pan Ślepy Paweł".
100 lat później jego daleki krewny pisze powieść autobiograficzną, która pokazuje życie m.in. przedwojennego Bielska.
- Tytuł książki "Trzy światy" nie jest ścisły, ale tak to już u mnie było, żyłem na pograniczu różnych światów katolickiego i prawosławnego, polskiego i wschodniosłowiańskiego, komunizmu i rewolucji. Te wszystkie światy krzyżowały się w Bielsku i w historii mojej rodziny - mówił na spotkaniu Igor Zakrzewski. - Moi przodkowie uważali się za Rosjan, ale często żenili się z Polkami. Miałem możliwość czerpania z jednej i drugiej tradycji i uważam to za nie lada szczęście.
Innym szczęściem - jak wspomina - było to, że miał kino w swoim domu. Dokładniej, w budynku jego ojca. Żyd Brzeziński był arendatorem kina.
- Byłem chyba najszczęśliwszym chłopcem w mieście, gdyż kino stało dla mnie zawsze otworem, nie płaciłem ani grosza i chodziłem na wszystkie filmy, na które tylko zechciałem.
Jak opowiadał Zakrzewski przed wojną w szkole, w której się uczył Polaków, Żydów i prawosławnych było mniej więcej po równo.
- W szkole, do której chodziłem dzieci prawosławne, katolickie i żydowskie trzymały się raczej osobno. Z Żydów się trochę wyśmiewano, ale większych konfliktów nie pamiętam. Owszem, kiedyś wracając do domu, byłem odprowadzony przez jakiegoś uczniaka z mojej klasy, który wołał za mną "U Rusina dupa sina". Wbiegłem do domu po ostry nóż szewski ojca i pogoniłem za nim, nie mając oczywiście zamiaru go uderzyć. Na tym sprawa się skończyła. Po pierwsze uważałem się za Rosjanina, a nie Rusina, po drugie siedzenie miałem dokładnie w tym samym kolorze co katolicy - opowiadał Zakrzewski.
W ostatnich latach przed wojną modne stało się kupować u chrześcijan.
- Cóż, kiedy sklepów chrześcijańskich w mieście prawie nie było, może prócz księgarni i zainstalowanego w ratuszu sklepu spożywczego naszego dalekiego krewnego prawosławnego Maziuka. Chyba to z powodu tego sklepu rodzina Maziuków znalazła się z nami na Ałtaju - wyjaśnił Zakrzewski.
Niedługo przed wojną powstał wreszcie w naszej okolicy, koło posesji Lubowickiego na ul. Kościuszki, polski, chrześcijański sklep.
- Ludzie próbowali w nim kupować, cóż kiedy wszystko tu było droższe, a na drzwiach wisiała kartka "Kredyt umarł, zabili go dłużnicy". Nie minął rok a sklep został zamknięty. Nadszedł rok 1939 i świat się zmienił – opowiadał Zakrzewski.
- Wywieziono nas 20 czerwca 1941 roku. Nie przyszło po nas NKWD, tylko miejscowa milicja, która jeszcze nie przyswoiła sobie mentalności ludzi radzieckich. Formalnie nie byliśmy zesłańcami, tylko przesiedleńcami. Dali nam więcej czasu na spakowanie. Mama, która 10 lat żyła w sowieckiej Rosji, zachowywała się przytomnie i zabrała najpotrzebniejsze rzeczy. Miałem 13 lat i zsyłkę odebrałem inaczej niż dorośli, dla mnie lata 1941-1945, które spędziliśmy na Ałtaju były wielką przygodą - wspominał Zakrzewski.
Jacek Prokopiuk, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. JaC
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze