Reklama

Polska historia ukraińskiego mistrza

- Zawsze jakoś mnie ciągnęło w tę stronę. Jeszcze będąc na Ukrainie, czytałem polskie gazety, taki podobny język. Zawsze mi się wydawało, że u was to nawet trawa zieleńsza.

        Jak informowaliśmy w poprzednim numerze - mieszkaniec Siemiatycz, Wiaczesław Jelczyszczew, pochodzący z Ukrainy, elektromechanik z siemiatyckiego Polseru, zajął III miejsce w XXI Mistrzostwach Polski w Armwrestlingu, które odbyły się 13 i 14 marca na Zamku w Gniewie (w woj. pomorskim, w powiecie tczewskim). Wystartował jako zawodnik Armfight Piaseczno Armwrestling.

        Wiaczesław Jelczyszczew, dla Polaków Sławek, urodził się 8 lipca 1982 r. na Ukrainie. Tam mieszkał w Krzywym Rogu, dużym mieście we wschodniej Ukrainie, w obwodzie dniepropietrowskim, u zbiegu rzek Ingulets i Saksagan. To jeden z najbogatszych w minerały regionów Ukrainy. Najważniejsze z nich to rudy żelaza, złoża węgla brunatnego, marmuru, dolomitu oraz wiele innych naturalnych bogactw, również kamieni szlachetnych. Miasto słynie z wielkiego przemysłu, w skład którego wchodzą potężne przedsiębiorstwa i najgłębsze kopalnie w Europie, oraz gigantyczne kamieniołomy. Jedno z najludniejszych miast Ukrainy - ok. 620 tys. mieszkańców. I z tego dużego miasta do Siemiatycz przyjechał pan Sławek.

Reklama

        Od 2016 r. mieszka w Siemiatyczach z całą rodziną. Pracuje w siemiatyckim Polserze:

        - Wyjechałem z Ukrainy ze względu na sytuację polityczną. Już było po Majdanie, od linii frontu to niby też i 300 km do Krzywego Rogu, ale... tam cały czas, można powiedzieć, jest stan wojny. Kiedy władze zaczęły upominać się o mężczyzn do wojska, zdecydowałem się wyjechać. To nie tak, że przyjechałem tu za pracą. Tam zarabiałem dużo więcej. Z wyróżnieniem kończyłem technikum uniwersytetu politechnicznego - jestem technikiem pojazdów samochodowych i silników. Ukończyłem Ukraińską Państwową Akademię Transportu Kolejowego, jestem inżynierem mechanikiem podnośników transportowych, maszyn i urządzeń budowlanych, drogowych i melioracyjnych. Skończyłem też drugie studia, taką polską Akademię Wychowania Fizycznego. Ostatnio pracowałem jako starszy inspektor w dużej międzynarodowej firmie METINVEST, jeździłem po całej Ukrainie z audytem. Ale pracowałem i w kopalni, tam u nas dużo tego było. Górnikiem byłem, dwa lata zjeżdżałem pod ziemię 1200 - 1275 metrów. Byłem też takim szefem sztabu kryzysowego przy burmistrzu (tak jakby po polsku to nazwać) pilnowaliśmy zapory, ustalaliśmy, co ewentualnie robić w sytuacjach kryzysowych, opracowywaliśmy plany ewakuacji. Teraz na Ukrainie bywamy raz na rok, na 15 dni urlopu wyjeżdżamy do rodziców. U nas, w Polsce, mama tylko była i - jak mówi - dobrze wyszło, że my tutaj, a nie tam.

Reklama

        Zapytany, skąd pomysł na Polskę, czy miał tu jakąś rodzinę, odpowiada:

        - Zawsze jakoś mnie ciągnęło w tę stronę. Jeszcze będąc na Ukrainie, czytałem polskie gazety, taki podobny język. Marzył mi się też taki spokojny rejon. Małe miasto, zielone, spokojne. Zawsze mi się wydawało, że u was to nawet trawa zieleńsza - żartuje. - No i tak wyszło, że Polska. Znajomi z Warszawy podpowiedzieli, że jest taki Lactalis, ma zakład w Siemiatyczach, małe miasteczko i że tu szukają pracownika. Przyjechałem z przyjacielem, w ciemno trochę. Aż taki wstyd - nic nie znałem, z karteczką, kogo szukać dalej. I było śmiesznie, jak przyjechaliśmy. Pociągiem z Warszawy. Wysiedliśmy na stacji "Siemiatycze" i... No, miało być małe miasto, a patrzymy - ogródki jakieś, nie ma w ogóle ludzi. Pomyśleliśmy sobie "to nas załatwili, doradzili firmę". Pierwsza myśl, to że mam jeszcze 1.200 zł, uda mi się wrócić do domu. Dobrze, że telefony z nawigacją i patrzymy, a do samych Siemiatycz jeszcze 7 km. Jakimś takim szkolnym autobusem dojechaliśmy. No i cóż - zaraz potem ściągnąłem tu córkę, poszła do szkoły, do VI klasy, teraz już w liceum jest. Nie znaliśmy dobrze języka, a córka VI klasę z czerwonym paskiem skończyła. Po roku niecałym przyjechała żona z młodszym synem. Mały do przedszkola poszedł. Na początku też był w szoku, mówił "nic nie rozumiem", a teraz gada jak stary. Już ma 8 lat, do szkoły poszedł. Też się odnalazł, grał w piłkę nożną. Ja utrzymuję rodzinę. Wynajmujemy domek. Podoba nam się tu bardzo. Cicho, las, spokojnie. W dużym mieście dużo szybciej życie mija. O, na przykład nigdy w życiu grzybów nie zbierałem, tu się nauczyłem. Już jestem specjalistą w rozpoznawaniu grzybów.

Reklama

        Kiedy mówimy, że to taka trochę zawodowa degradacja, skromnie odpowiada:

        - Nie czuję tak. Każdą pracę trzeba wykonać. Nie wiem, może kiedyś będę chciał coś zmienić. Poza tym już jestem w takim wieku, że chcę spokoju. Jest dobrze jak jest.

        Lekko uśmiecha się i potwierdza, że spotkał się z ostracyzmem, komentarzami, że "on z Ukrainy pracę Polakom zabiera":

        - Ale też nauczyłem się nie reagować. Posłucham, co gadają i tyle. Nie zwracam uwagi. Na początku było trudniej, nie znałem dobrze języka. Już znam sporo słów, umiem odpowiedzieć. A polskiego uczyłem się sam, teraz zapisałem się na kurs, bo już trzeba poznać zasady pisowni "ó" z kreską, "u" zwykłe i te inne. Kiedyś też pamiętam, w 2017 r. pojechałem jako widz na mistrzostwa Europy w armwrestlingu w Katowicach. Tam taki uliczny sprzedawca miał książki historyczne. Zdziwił się bardzo, że je kupuję - ja Ukrainiec, książki o historii Polski. Odpowiedziałem, że przecież nie na rozpałkę do pieca, że chcę poznać historię kraju, w którym mieszkam. Proszę wierzyć, że o napaści Związku Radzieckiego na Polskę dowiedziałem się już jako dorosły, tutaj, w Polsce. U nas się tego nie uczy. U nas w większości to ruskie szkoły, większość uczy się języka rosyjskiego. Wcześniejsze władze mówiły, że ukraiński to bydlacki język. Tam cały czas, w mentalności, nawet niektórych młodych ludzi, funkcjonuje związek radziecki. Powoli się to zmienia...

Reklama

        Wracamy do tematu armwrestlingu.

        - Wcześniej jeździłem na motocrossie, startowałem w mistrzostwach Ukrainy, ale bez specjalnych sukcesów. A armwrestling trenuję od 1997 roku, już będzie 24 lata. A skąd siłowanie na rękę? Ot tak, po prostu, z chłopakami w szkole się siłowaliśmy, brat zauważył, że dobrze mi idzie i mówi "dawaj spróbujesz". Jeszcze jak byłem w technikum, poszedłem na pierwszy trening. Ciekawostka - trenerem był nauczyciel historii - Sergiej Leonidowicz Karacziun, zresztą do dziś z sukcesami trenuje zawodników. I tak jakoś wyszło. W 2005 i 2007 roku byłem mistrzem Ukrainy, dwa razy byłem drugi, trzecich miejsc już nie liczę. W 2005 roku występowałem też na Mistrzostwach Świata Studentów w Moskwie, zająłem IV miejsce. Właśnie stąd ten mój drugi kierunek studiów, bo trzeba było należeć do drużyny, zapisałem się na studia, a jak już się zapisałem, to pomyślałem, że skończę. W 2007 r. na mistrzostwach Europy w Armwrestlingu w Szwecji byłem III, ale na mistrzostwa świata już nie pojechałem... Brak pieniędzy. Za mistrzostwo Ukrainy też nie dostałem jakiejś strasznie dużej kwoty, 472 hrywien, w przeliczeniu na złotówki ok. 80 zł. Miałem tytuł, medal, dumę. A już była żona, małe dziecko. W pracy musiałem wziąć urlop bezpłatny. Straciłem tylko. A medali jeść się nie da. Przerwałem i treningi i starty. Na 13 lat.

Reklama

        Ale jak mówi pan Sławek - to jak narkotyk: jak już raz spróbujesz smaku zwycięstwa, treningu - nie rzucisz:

        - Do czasu kiedy przyjechaliśmy do Polski, nie trenowałem. Ot tak, kamieniami sobie rzucałem, dla ćwiczenia ręki. Już jak przyjechaliśmy tutaj, poszedłem na siłownię do Lecha. Profesjonalny stół do treningu był niby, ale gdzieś tam w piwnicy w hali sportowej. Tak poznałem Pawła Słowikowskiego, z nim trochę się siłuję. Stwierdziłem, że sam sobie zrobię swoją siłownię. I zrobiłem. Tanim kosztem. Też w piwnicy. Żartuję, że to taki sport dla biednych. Zbudowałem stół. Z gumy zrobiłem pas do naciągania. Za ciężarki służą kilkulitrowe baniaki z wodą. Zespawałem swój własny atlas. Zresztą na swoim profilu umieszczam śmieszne filmy z poradami, jak zrobić coś z niczego i zaoszczędzić sporo pieniędzy. Ale w tym sporcie najważniejsze jest wyćwiczenie, usztywnienie ścięgna, nadgarstka, palców. Nie pracujesz na ogólną masę, bicepsy.

Reklama

        Po 13 latach trafił na zawody:

        - Odnaleźli mnie koledzy ze startów z przeszłości. Alex Kurdecha i Marcin Lachowicz, chyba najlepsi armwrestlerzy w Polsce. Wyciągnęli z szafy i odkurzyli. A jak mnie odnaleźli, to namówili na start. Teraz jeszcze siłowałem się z młodzieżą, za rok już będę miał 40 lat, przejdę do kategorii masters. Żartuję, że to już czas na emeryturę sportowa, a nie starty od nowa. A wracając do tego odkurzenia - to zapisałem się do klubu w Piasecznie, staram się raz na tydzień pojechać, na ile pozwalają mi obowiązki w pracy i domowe, a tak to raczej trenuję sam, w swojej siłowni. Przypisanie do klubu dało mi możliwość startu w zawodach. Sam wszystko finansuję. To nie sport olimpijski, jest mniej finansowany. Teraz wyjazd do Gniewu: paliwo na 500 km, nocleg, wpisowe na zawody. Pewnie, że fajnie byłoby mieć sponsora. Dla niektórych to jedna kolacja służbowa, dla mnie taki start to połowa wypłaty. Oj, żona mnie przeklnie, jak to przeczyta - śmieje się. - Ale też rozumiem, że czyjeś pieniądze to nie tak łatwo wydawać. Jak pracowałem w urzędzie na Ukrainie, przechodziły przez moje ręce grube miliony, wiem, ile na to trzeba dokumentów. W mleczarni, jak powiedziałem, że jadę do Gniewu na mistrzostwa, śmieli się ze mnie, myśleli, że jaja robię. Zresztą ten mój start to też taki na wariata. Wszystko na ostatnią chwilę załatwiane, klubową koszulkę odebrałem dzień przed startem. Wcześniej szukanie lekarza sportowego, który poświadczy, że prawie 40-latek może uprawiać taki sport. Ale wszystko się udało. I na dodatek, po 13 latach przerwy, z młodzieżą wywalczyłem III miejsce. Ci, co wygrali naprawdę, byli dobrzy.

Reklama

 

        Kolejne zawody w listopadzie i Wiaczesław zapowiada walkę:

        - Chcę być pierwszy. Walczę na lewą rękę, ale chciałbym wrócić do prawej, kontuzjowanej. Już jest dobrze, już zaczynam ją ćwiczyć.

        Chce też zarazić tym sportem młodzież:

        - Po sukcesie w Gniewie widzę, że córka zaczyna częściej spoglądać na siłownię. Śmieje się, że to fajnie byłoby położyć faceta na rękę. Z chęcią zorganizowałbym grupę. Może ktoś, to ma już 14 lat, ale oczywiście i starsi mile widziani, chce się spróbować w tym sporcie, to bardzo zapraszam do kontaktu przez FB (Viaczeslaw Viaczeslaw). Lepiej ćwiczyć i jeździć na zawody po całym świecie, niż siedzieć przy komputerze.

Reklama

        Jak twierdzi pan Sławek predyspozycje są ważne:

        - Ale przede wszystkim chęć. Wszystko się da wytrenować. Tu ćwiczysz nacisk, siłę. Na przykład ten, co dźwiga ciężary, poderwie sztangę ponad 100 kg, ale jej długo nie utrzyma. Ja nie poderwę, ale spokojnie mogę ją trzymać.

        Pytamy czy to sport urazowy:

        - Statyczny, ale urazy się zdarzają, jak się nieprawidłowo walczy i trenuje. Najczęstsze urazy to zerwanie ścięgna, ale i kość można złamać. Generalnie - ćwiczy się palce, nadgarstek, przedramię, ścięgna w stawie łokciowym. I dalej mięśnie wyżej.

Reklama

        Pan Sławek opowiada też o zawodach:

        - Siadamy przy specjalnym stole z rączką i na sygnał musimy położyć rękę przeciwnika na specjalnej poduszeczce. Są różne techniki. Czasem taki pojedynek trwa sekundy. Czasem dłużej. Przed startem jest też takie siłowanie na wzrok.

        Na pytanie - czy zdarzyło mu się kiedyś tą silną ręką uderzyć, albo nosić żonę lub dzieci na jednym ręku odpowiada:

        - Córkę już trudniej, szesnastolatka. Młodego bardzo często. A żona, malutka, drobniutka, 45 kg. A uderzyć tak - raz w życiu, wcale tego nie chciałem. To było po XI klasie. Przestraszył mnie taki kolega. Nagrywałem film i zaczepiał mnie. I taki gest wykonał, jakby się zamachnął. Ja jakoś tak byłem po mistrzostwach, jeszcze adrenalina działała, taki trochę jak na igłach i odruchowo uderzyłem... Ale nic poważnego się nie stało.

Reklama

        Anna Kondraciuk, fot. ak i arch. WJ

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama