Reklama

Paweł Bukrewicz – z Mielnika do Telexpresu

28/02/2008 19:47
Od niedawna zespół „Teleexpressu” wzbogacił się o nowego prezentera. To pochodzący z Mielnika Paweł Bukrewicz. Z panem Pawłem rozmawiamy o jego pracy telewizji i nie tylko.
          - Chodził pan do szkoły w tych stronach?
          - Moja ojcowizna to Mielnik. Tam mam dom po babci i tam zaglądam w wolnych chwilach. Jeśli zaś chodzi o moje dzieciństwo, spędzałem je między Sokołowem Podlaskim, w którym mieszkałem z rodzicami i tam uczęszczałem do szkoły, a moim ukochanym Mielnikiem.
          - Potem były studia. Dlaczego AWF?
          - To była Akademia Wychowania Fizycznego w Białej Podlaskiej. Ukończyłem specjalizację "kulturystyka i podnoszenie ciężarów". A dlaczego akurat to? Odpowiedź jest prosta - z zamiłowania. Po prostu bardzo lubiłem sport - w różnych dziedzinach. Już od szkoły średniej razem z kumplami mieliśmy, można powiedzieć, hopla na punkcie ćwiczeń siłowych. Początkowo były to treningi w piwnicznych siłowniach, za jakiś czas warunki treningu były już lepsze. W sumie śmiało mogę powiedzieć, że praca nad własną formą stała się moją pasją. Nawet kiedyś chciałem mieć własną siłownię i przez krótki okres, jeszcze przed studiami, to marzenie spełniło się. Pomyślałem więc, że spróbuję swoich sił w tym kierunku i wykształcenie o takim profilu przyda mi się.
          - Przez pewien czas pracował pan jako instruktor fitness.
          - Zgadza się. To trwało sześć lat. Pracę tę zacząłem w 1998 roku, zaraz po skończeniu studiów. To były hotelowe kluby fitness w Warszawie.
          - Przejdźmy do pracy w telewizji. Jak to się zaczęło?
          - Jeszcze pracując w klubach fitness zainteresowałem się interpretacją tekstów. A wzięło się to z tego, że, jak to czasami bywa, ktoś powiedział, że mam ładną barwę głosu. Znajomi mówili nawet: "ty Paweł to mógłbyś nawet wiadomości w telewizji czytać". Pomyślałem więc, że może uda się to jakoś wykorzystać.
          - A kiedy tak na dobre zaczął pan myśleć o pracy w telewizji?
          - W ogóle nie myślałem o pracy w telewizji.
          - Jak więc pan do niej trafił?
          - Siedem lat temu poznałem, zresztą na jednej z siłowni, państwa Mołoniewiczów z Warszawy. Pani Alicja Mołoniewicz pisze listy dialogowe, czyli tłumaczy film, a potem ten tekst czyta lektor i to słyszy widz. Zainteresowała mnie tzw. „szeptankami”, czyli czytaniem filmów fabularnych. Potem poznałem Zdzisia Szczotkowskiego, jednego z najbardziej znanych głosów w polskiej telewizji. Zaczęło się więc od znajomości z nimi, a potem, jak to się mówi: "po nitce do kłębka", czyli w moim przypadku od zainteresowania do czytania tekstów, nie tylko telewizyjnych. W efekcie na antenie programu pierwszego Telewizji Polskiej zacząłem czytać od 2000 roku, najpierw w programie dla dzieci pt. „Jedynaczka”, jako typowy voiceover. Wcześniej dużo pracy kosztowało mnie dokształcanie się w tym zakresie. Były to setki spotkań z doświadczonymi lektorami oraz godziny przyglądania się, jak to robią najlepsi podczas nagrań.
          - Jaka była pana droga, od czytania tekstów fabularnych do roli prezentera w Telexpressie?
          - Czytałem m.in. w programach takich jak: "Plus - Minus", "Biznes z gwarancją", „Trzeci punkt widzenia", "Rozmowy istotne". Oprócz tego było podkładanie głosu do filmów dokumentalnych i fabuł. Nagrałem też płytę audio z bajkami dla dzieci, autorstwa Władysława Kopalińskiego. Zaś przygoda z Teleexpresem zaczęła się od czytania off-ów, czyli tekstów, które słyszymy, kiedy na wizji nie ma prezentera i lecą zdjęcia reporterskie.
          - Czy rola prezentera kosztowała pana dużo pracy?
          - W zasadzie praca i nauka trwają cały czas - z tą różnicą, że do tej pory była to praca głosem, a teraz nie tylko głosem, ale i twarzą oraz ogólną prezencją. W telewizji pracują sami fachowcy - dyrektor Krzysztof Juszczak, wydawcy Sławomir Kozłowski i Wojciech Hoflik, więc nie mnie oceniać czy dobrze wybrali prezentera. Ocena należy do nich, no i do widzów, rzecz jasna.
          - Jak pana przyjął zespół Teleexpressu, w szczególności starsi prezenterzy?
          - Byłem zaskoczony bardzo miłym przyjęciem, szczególnie ze strony Beaty Chmielowskiej - Olech oraz Maćka Orłosia, który przygotowywał mnie do prowadzenia programu. Cały zespół Teleexpressu to fantastyczni ludzie. I dziękuję im za to.
          - A jak wygląda praca nad Telexpressem od kulis?
          - To codzienne, wielogodzinne dyżury. Przede wszystkim dziennikarzy, którzy przygotowują materiały na dany dzień. Wyszukują odpowiednie tematy do wydania, piszą teksty, dobierają zdjęcia w archiwum, jeżdżą i kręcą własne zdjęcia, montują. Moim zadaniem jest zredagowanie tekstów i przygotowanie materiału "pod siebie", bo każdy materiał posiada inną składnię. No i zaczynamy program - na początek "trochę" stresu, a potem jakoś leci.
          - Mówienie tekstu z pamięci - czy to zdarza się?
          - Mówienie wiadomości z pamięci, przez kilka czy więcej minut, jest raczej niemożliwe. Nie da się zapamiętać wszystkich przygotowanych informacji, poza tym przed programem niektóre informacje mogą wypaść z wydania. Korzystamy więc z urządzenia zwanego prompterem, który wyświetla tekst do czytania. A jak zepsuje się prompter, odpukać w niemalowane, to są kartki z tekstem, odpowiednio poukładane, aby miały swój porządek.
          - Czy zdarzyły się panu wpadki podczas prowadzenia Teleexpressu?
          - Wpadki są oczywiście wliczone w naszą pracę. Można nawet powiedzieć, że nasza praca to ryzyko, bo jak zdarzy się wpadka, to sporo ludzi może ją zobaczyć. Miałem wpadkę nie dalej jak 14 lutego, która była wynikiem małej rutyny zawodowej. Można ją zobaczyć na stronach internetowych Teleexpresu. Nie biorę oczywiście pod uwagę drobnych wpadek, takich jak literówki, które przy tak szybkim czytaniu zawsze się zdarzają. Z przymrużeniem oka można dodać, że na youtube jeszcze mnie nie ma.
          - Jak często odwiedza pan rodzinne strony?
          - Nie tak często, jak bym tego chciał. Sporo jest tej pracy, no i rodzina. Ale jakoś razem dajemy radę, więc do Mielnika czy Siemiatycz nie raz jeszcze zajrzę.
          - Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w pracy.

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. TVP
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama