Reklama

Pasja pływania, pasja życia

06/10/2006 18:13
"Człowiek wtedy wie, że hymn grają wyłącznie dla jednej osoby, dla niego. To daje wielką satysfakcję, to jest podziękowanie za trud i wysiłek włożony w trening. Całe trybuny patrzą na tę jedną osobą. Raz mi się to zdarzyło - na Malcie. Będę to pamiętać do końca życia".


          Pani Edyta Bogucka pochodzi z Mielnika. Urodziła się w 1972 r. Miała zaledwie 3 lata, kiedy nieodwracalnie zmieniło się jej życie. Pewnego dnia przechodziła z mamą i siostrą przez tory, między wagonami. Nagle pociąg ruszył i dziewczynka znalazła się pod kołami. Straciła obie nogi. Nieustanne pobyty w szpitalach, żmudna rehabilitacja, pierwsze protezy.
Chodzić uczyła się w domu. Mama nie chciała, żeby długo przebywała w szpitalach. To dzięki rodzicom pani Edyta umie sobie radzić w życiu. Zawsze jej tłumaczyli, że nie powinna wstydzić się swojego kalectwa. Szybko nauczyli ją samodzielności. Po ukończeniu podstawówki wyjechała do Wrocławia. Ukończyła szkołę średnią, studia. Już w liceum zaczęła pływać. Po trzech latach treningów przyszły pierwsze sukcesy. Brała udział w ogólnopolskich i międzynarodowych zawodach osób niepełnosprawnych. Była na paraolimpiadach w Barcelonie, Atlancie, Sydney. Zdobyła ponad 100 medali, najwięcej złotych.           Z panią Edytą rozmawiamy o niepełnosprawności, pływaniu, rodzinnej miejscowości.
          - Skąd się wzięła pasja pływania?
          - Jestem zodiakalną rybą, może więc stąd? A poważnie, to zawsze lubiłam wodę. Mieszkaliśmy blisko Bugu. Praktycznie każdą wolną chwilę spędzało się nad Bugiem.
          - Kiedy na dobre zaczęło się to pływanie?
          - W szkole średniej, we Wrocławiu. Wyjechałam tam do szkoły. To było wielokierunkowe liceum dla młodzieży niepełnosprawnej. Kiedy zaproponowano mi treningi, sądziłam, że umiem już pływać. Okazało się jednak, że nie. Trzeba było trochę nade mną popracować, tym bardziej że byłam niepełnosprawna. Treningi zaczęłam w wieku 15 lat. Szło mi chyba nieźle. Inni na jakieś osiągnięcia czekają długie lata. Ja też czekałam, ale krócej, bo pierwszy złoty medal zdobyłam po trzech latach treningów.
          - Najważniejsze występy?
          - Wszystkie są ważne. Te na mistrzostwach Polski, Europy, świata, na paraolimpiadach. Pierwsze występy na sportowej arenie zaczęłam w 1988 roku. Wtedy zdobyłam swój pierwszy medal. To były mistrzostwa Polski. Potem były mityngi, zawody i inne mistrzostwa letnie i zimowe, w Polsce i za granicą.
          - W wywiadach prasowych często powraca pani do mityngu w Holandii w 1991 roku.
          - Ten mityng był nieoficjalnymi mistrzostwa świata niepełnosprawnych. Oprócz pływaków byli tam m.in. lekkoatleci, ciężarowcy. Tam zdobyłam swój pierwszy medal na międzynarodowej arenie - srebro. Płynęłam na dystansie stu metrów stylem grzbietowym. Od tego się zaczęło. Worek z medalami się rozwiązał.
          - Najcenniejsze medale?
          - Wszystkie są ważne, bo na każdy zapracowałam ciężkimi treningami. Ale jeśli miałabym wybierać te najcenniejsze, to chyba te z początków kariery oraz zdobyte podczas paraolimpiad i mistrzostw: srebro w 1992 roku w Barcelonie, złoto na Malcie dwa lata później, srebro w Atlancie w 1996 roku. Z olimpiady w Sydney w 2000 roku nie udało mi się przywieźć żadnego z trzech najcenniejszych medali. Zajęłam tam czwarte miejsce.
          - Co się czuje, stojąc na podium i słysząc hymn narodowy?
          - Wszyscy o to pytają! A tego nie da się opisać. Niesamowite, wyjątkowe wrażenie. Człowiek wtedy wie, że hymn grają wyłącznie dla jednej osoby, dla niego. To daje wielką satysfakcję. To jest podziękowanie za trud i wysiłek włożony w trening. Całe trybuny patrzą na tę jedną osobą. Raz mi się to zdarzyło - na Malcie. Będę to pamiętać do końca życia.
          - Wróćmy jeszcze do pływania. Jakie style były pani najmocniejszą stroną?
          - Złoto na Malcie i srebro w Barcelonie zdobyłam stylem grzbietowym. Z kolei srebro w Atlancie już żabką. Pływałam też 400 metrów kraulem, 200 metrów zmiennym i 100 grzbietem, kraulem i żabką. Aha, jeszcze 50 metrów delfinem. Jednak najwięcej medali zdobyłam chyba żabką.
          - Czy wyjazdy na mistrzostwa i olimpiady to tylko same występy na pływalniach? Jak pani wspomina tamte przeżycia?
          - Na przykład niezbyt miłe mam wspomnienia z olimpiady w Atlancie. Kiedy jeszcze byliśmy na stadionie i trwała ceremonia kończąca olimpiadę, na obiekt wjechały już buldożery. Zaraz po naszym wyjściu zaczęto wszystko burzyć. Ogromna komercja. To nie był zbyt miły widok. Miło natomiast wspominam Barcelonę z 1992 roku. Było cudownie. Mieliśmy dla siebie oddzielną plażę, dobre rozwiązania infrastrukturalne, zero barier. Zgodzę się też z opinią, że pierwszą olimpiadę wspomina się najlepiej. A co do jakiegoś zwiedzania miejsc, gdzie były olimpiady, to już było trudniej. Niestety, polski sport niepełnosprawnych kiepsko stoi z funduszami.
          - Zdobyła pani ponad sto medali. Część z nich znajduje się w szkole w Mielniku. Uczniowie urządzili tam jedną gablotę z medalami, dyplomami, opisali sukcesy. Dlaczego zdecydowała się pani przekazać szkole część medali?
          - Szkoda, żeby leżały na przykład w pudle i nikt nie mógł ich oglądać. A tak gdzieś są wyeksponowane. Może ta ekspozycja pociągnie coś za sobą, może ktoś zacznie trenować pływanie?

          - Czy to już koniec z zawodowym pływaniem?

          - Raczej tak. Teraz mam rodzinę, inne zajęcia. Swoje już wypływałam.
          - Na co dzień mieszka pani w Wrocławiu, ale porozmawiajmy trochę o Mielniku. Co najprzyjemniejszego pamięta pani z dzieciństwa?
          - W sumie większość tych młodszych lat spędziłam albo w szkole we Wrocławiu, albo na wyjazdach na zawody. Tych wyjazdów był ogrom. Praktycznie od dziecka byłam na walizkach. Dlatego bardzo miło wspominam powroty do domu, do Mielnika. Chciało się tu przyjechać i trochę odpocząć. A co wspominam najmilej? Bardzo podobał mi się park i zabawy w parku. Był bardziej zarośnięty, miał większe żywopłoty. Lubiłam tam przebywać. Poza tym nadal podoba mi się Góra Zamkowa.
          - Czy utrzymuje pani kontakty z rówieśnikami z lat dzieciństwa?
          - Oj, wszyscy rozjechali się po świecie, pozakładali rodziny. Najczęściej więc, będąc w Mielniku, pytam co u kogo słychać.
          - Jak radzi pani sobie w życiu teraz, a jakie były początki?
          - Trzeba sobie radzić. Przecież mamy z mężem dziecko. Początki były trudne. Na przykład w Akademii Medycznej we Wrocławiu zajęcia często miałam na trzecim piętrze, nie było tam wind. Tak samo w akademiku. Teraz, poza domem, najczęściej poruszam się na protezach. Łatwiej więc gdzieś dotrzeć. Ale dodam, że nie są zbyt wygodne. Będąc w domu, odrzucam je w kąt i poruszam się za pomocą rąk.
          - Czy zdarzały się w życiu chwile załamania?
          - Rodzice nauczyli mnie również tego, że muszę sobie w życiu radzić, że trzeba być ambitnym, nawet zawziętym. Najgorzej jest wtedy, kiedy osoba niepełnosprawna zaczyna angażować wobec siebie wszystkich dookoła, czeka, aż ktoś wszystko poda, nie podejmuje wysiłku. To wegetacja. Owszem, potrzeba jakiejś pomocy, ale na ile jest to możliwe, trzeba to wykonywać samemu. Ja tak robiłam. Wiedziałam, że dam radę. Nigdy nie miałam opiekunki. Teraz razem z mężem się uzupełniamy. Sama gotuję, sprzątam, piorę.
          - Jak żyć i mieszkać w miejscowości, gdzie jest mnóstwo barier architektonicznych?
          - W większych miastach takich barier jest mniej. W moim bloku we Wrocławiu jest praktycznie płasko, są windy. Sporo jest udogodnień. Również w Mielniku podobają mi się te chodniki z kostki. Jest na nich wygodnie. Natomiast gorzej wszędzie z podjazdami do sklepów, ale trzeba sobie jakoś radzić. Nie można się załamywać.
          - Dziękuję za rozmowę.

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama