Pan Arkadiusz Gierasimiuk wraz z żoną i trójką małych dzieci mieszka w Nurcu, na ul. Poniatowskiego. Lokum nie jest luksusowe, ale da się żyć, jak mówią jego mieszkańcy. Od pewnego czasu problemem utrudniającym życie stał się brak wody bieżącej.
Gierasimiuk mieszka w tym domu od lat i właściwie nigdy nie miał wody bezpośrednio w domu. Ale jeszcze niespełna rok temu woda była na ulicy, bo w odległości kilkunastu metrów od domu znajdował się dostępny dla ludności hydrant. Przez lata wodę stamtąd czerpało wiele rodzin i jak twierdzi pan Arkadiusz nikt za nią nie płacił. Nie było umów, nie było liczników, nie było też i rachunków. „Luksus” skończył się jakiś rok temu. Jak twierdzi pan Arkadiusz, ten hydrant został uszkodzony przez samochód ciężarowy jednej z firm, odbierających śmieci z Nurca. Szkodę zgłoszono do urzędu gminy, ale naprawa szkody nie polegała na przywróceniu do stanu pierwotnego, lecz na zlikwidowaniu hydrantu. - Na początku prosiłem, by go naprawiono. Kiedy okazało się, że został on zlikwidowany, zacząłem prosić o pozwolenie na przyłączenie wody do domu. Dzwoniłem do Bielska Podlaskiego, do wodociągów i tam powiedziano mi, że nie ma problemu. Powiedziałbym nawet, że się ucieszyli, że przybędzie im kolejny klient. Warunek jest jednak taki, że muszę otrzymać pozwolenie z gminy na przyłączenie domu do wodociągu. Pan wójt zaś nie chce mi takiego pozwolenia wystawić – wyjaśnia Arkadiusz Gierasimiuk. - Choć sąsiadce obok kilka miesięcy temu przyłączyli wodę. Do rozbiórki Na czym polega problem? Otóż dom, w którym mieszka nasz rozmówca i od kilkunastu lat jest w nim na stałe zameldowany, przeznaczono do rozbiórki. Jest to bowiem jeden z tzw. baraków, o których pisaliśmy już kilkakrotnie. Baraki pamiętają najodleglejszą historię samej miejscowości, a ponieważ wybudowano je z drewna i przez lata nikt nie dbał o nie, znalazły się w opłakanym stanie. Już pod koniec 2009 r. inspekcja nadzoru budowlanego wydała nakaz rozbiórki tych mieszkań. Sprawa się jednak przeciąga, ponieważ gmina ma problem z lokalami zastępczymi. Dla mieszkańców sąsiedniego baraku przygotowano mieszkania socjalne w tzw. „emkach”, budynkach pozostałych po dawnej jednostce wojskowej. Nie było łatwo, ale w ubiegłym roku dotychczasowi lokatorzy z baraku przeprowadzili się do nowych mieszkań socjalnych, a niebezpieczny budynek zgodnie z nakazem rozebrano. Taki sam los ma podzielić barak, w którym obecnie mieszka pan Arkadiusz. - Z tego właśnie powodu nie mogę wydać pozwolenia na przyłączenie do wodociągu. Pan Gierasimiuk dostał stosowne pismo informujące o tym, że powinien sobie szukać nowego mieszkania. Nie ma sensu ciągnąć tam wody, jeśli wiadomo, że długo tam już nikt nie pomieszka. Prawdopodobnie w przyszłości taki sam los czeka również ten barak, w którym mieszka pani Nowakowska, chociaż ten jest w najlepszym stanie. U niej jednak woda została założona, bo ona miała podpisaną umowę i płaciła rachunki. Jak tylko znajdzie się jakieś lokum dla rodziny pana Gierasimiuka, przystąpimy do rozbiórki tego budynku – wyjaśnia nurzecki wójt, Piotr Jaszczuk. Wygląda jednak na to, że zbyt prędko to nie nastąpi. W chwili obecnej gmina nie dysponuje żadnymi lokalami zastępczymi. Jeszcze tam mieszkasz? Wójt Jaszczuk dodaje, że gdyby udało się za symboliczną złotówkę pozyskać pozostałe budynki na terenie dawnej jednostki wojskowej, wówczas można by tam przygotować kolejne lokale socjalne. Póki co jednak pan Gierasimiuk musi radzić sobie sam. - Kilka razy byłem i prosiłem o pomoc. Ostatnio to tylko usłyszałem: „Pan jeszcze tam mieszka? Proszę szukać sobie jakiegoś mieszkania”. Ale z tego co się orientuję, to nie ja sam sobie mam szukać tego mieszkania. W sytuacji, gdy wydany jest nakaz rozbiórki, to na wójcie ciąży odpowiedzialność za mieszkających w takim budynku. Jak dla tych z sąsiedniego baraku miejsca się znalazły, a dla mnie, choć mam stały meldunek, już nie – opowiada Gierasimiuk. Rodzi się jeszcze jedna wątpliwość. Gdyby niewygodny lokator uzyskał pozwolenie na przyłączenie do wodociągu, wówczas zacząłby wreszcie, jak wszyscy inni, płacić za wodę. Mówi, że wcale się przed tym nie broni. W obecnej sytuacji jeździ po wodę do innego ulicznego kranu. Wozi ją w plastikowych, 5-litrowych butelkach i nadal za nią nie płaci. - Kiedy tak jak dziś, żona robi pranie, to pół dnia jeżdżę, by nawozić odpowiednią ilość tej wody. Przy trójce dzieci potrzeby są duże. Dlatego nie rozumiem podejścia wójta. Kiedy chcę założyć wodę i jak człowiek płacić za nią rachunki, to uniemożliwia mi się to – wyjaśnia Gierasimiuk. Trudno odmówić logiki takiej argumentacji. Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, to niewygodny lokator nadal będzie pobierał wodę z ulicznego hydrantu, a zapłacą za nią wszyscy ci, którzy mają podpisane umowy na jej dostawę.
Komentarze