Kilkanaście lat trwa dyskusja o braku pielęgniarek w placówkach zdrowotnych. Doświadczone przechodzą na emeryturę, narybku brak. Dziś, w dobie koronowirusa i kwarantann, na które niejednokrotnie kierowani są pracownicy całych oddziałów, co chwilę słychać w mediach o brakach personelu. Na początku pandemii były też brawa, m.in. dla pielęgniarek. I w ramach podziękowań łosicki szpital zwolnił pielęgniarkę. Bez powodu, a przynajmniej nikt tego powodu oficjalnie nie wyartykułował.
W styczniu 2019 ,po wprowadzeniu rozporządzenia łóżkowego, mówiono o trudności w spełnieniu norm przez SP ZOZ w Łosicach. Problemem miały być pieniądze (bo te za rozporządzeniem nie szły) i braki kadrowe. Według rozporządzenia ministra zdrowia, szpital musiał zatrudnić dodatkowo 20 pielęgniarek, a od lipca, kolejne 3. Roczny koszt zatrudnienia dodatkowych pracowników szacowano na ponad milion złotych.
W tym roku, w marcu, na posiedzeniu społecznej rady SP ZOZ w Łosicach, obrady zdominował plan finansowy i inwestycyjny oraz niedobory kadrowe. Dyrektor lek. med. Grażyna Podlipniak-Sobczyńska mówiła, że w szpitalu brakuje fizjoterapeutów, pielęgniarek anestezjologicznych, instrumentariuszek oraz lekarzy. Tu też podkreśliła, że na sytuację mają wpływ nowe uregulowania rządowe dotyczące wzrostu płac i wzrost nakładów na płace, związane z ministerialnym wymogiem dotyczącym ilości personelu pielęgniarskiego w przeliczeniu na ilość łóżek na oddziałach.
Mimo braków kadrowych dyrekcja w połowie marca zwolniła pielęgniarkę. Właściwie wypowiedziała umowę kontraktową. Alicję Rozwadowską z Łosic, pielęgniarkę z 40-letnim stażem. Jak opowiada pracowała najpierw na oddziale chirurgicznym:
- Najpierw, 2 lata zaraz po skończeniu szkoły, pracowałam na chirurgii. Potem zrobiłam kurs pielęgniarki anestezjologicznej i przeszłam do pracy na bloku operacyjnym. Pracowałam tam do 2008 roku. Potem zaczęły się w szpitalu rotacje. Zaczęły się niemiłe sytuacje, lekarze kłócili się między sobą, było mało pielęgniarek, a te co były trzeba było do imentu wykorzystać. W czasie dyżuru wykonywały kilka zajęć. Wtedy też ówczesny dyrektor (Henryk Brodowski, obecnie wójt gminy Siedlce, dyrektorem był do 1 marca 2015 r - ak) zaczął zwalniać pielęgniarki. Ale to już historia.
Były to czasy ratowania łosickiego szpitala, likwidacji położnictwa i ginekologii, walki o utrzymanie placówki, na szeroką skalę zaplanowane oszczędności. Pani Alicja w czasie zamieszania kiedy usłyszała, że szykują się zwolnienia - sama się zwolniła, z zamiarem przejścia na kontrakt:
- Dwie koleżanki, które wcześniej odeszły i potem przyszły na kontrakt mnie namówiły. Pielęgniarek już wtedy było mało. Jeszcze na etacie trochę ciągnęłyśmy godziny nadliczbowe. Dyrektor Brodowski mówił, że za dużo pieniędzy zarobimy. Potem, kiedy zorientował się, że pielęgniarka anestezyjna, to trochę większa specjalizacja, zaczął się wycofywać z pomysłu zwalniania nas. Odeszłam, zatrudniłam się na kontrakt.
Dla szpitala korzystniejszy (bo bez wszelkich pochodnych od umowy o pracę), dla pani Alicji - mniej, ale jak mówi - chciała pracować. Przyjęto ją na izbę przyjęć:
- Z izby nas przerzucali w razie potrzeby, a to na chirurgię pomóc przy operacji, a to do reanimacji. Nie wiem, czy tam są cztery stałe pielęgniarki anestezyjne, wykwalifikowane. A jeżeli są, to na bloku załatwiają przeważnie dzień, czyli godziny od 7.00-19.00, a noce robiłyśmy my, izba przyjęć, gdzie właściwie pracują wszystkie jak ja, emerytki. Niby jest gdzież zapis, że jak odchodziłyśmy z warunków szkodliwych, to nie możemy w takie wracać. A wszystkie odeszłyśmy z warunków szkodliwych. W kontrakcie też nie mam wpisane, że pracuję na bloku, tylko na izbie i NPL (nocna pomoc lekarska). Pracowałam na tej izbie przyjęć, od 2009 r. do marca tego roku.
Pani Alicja zachorowała:
- Źle się czułam, jeden dyżur udało mi się zamienić z koleżanką. Drugiego dnia zadzwoniłam rano do oddziałowej, że nie dam rady przyjść, że mam za sobą nieprzespaną noc. Zadzwoniłam jeszcze przed godziną 7, jeszcze można było zorganizować zastępstwo. W kontrakcie jest niby coś takiego, że idąc na zwolnienie mam, w porozumieniu z pracodawcą, na swój dyżur załatwić zastępstwo. Na jeden dyżur załatwiłam koleżankę, potem już nie mogłam. I wtedy właśnie zadzwoniłam do oddziałowej.
Fragment umowy o którym wspomina pani Alicja mówi o tym, że przyjmujący zamówienie (czyli pani Alicja) „zobowiązuje do osobistego wykonywania zamówienia bez prawa do samodzielnego przenoszenia obowiązków wynikających z umowy na inne osoby lub podmioty gospodarcze”. Obowiązek ten nie dotyczy sytuacji, w której ze względu na okoliczności siły wyższej, niezależnej od przyjmującego zamówienie uniemożliwia wykonywanie zamówienia, przyjmując, że siłą wyższą jest brak możliwości wykonywania świadczenia z uwagi na stan zdrowia potwierdzony zwolnieniem lekarskim lub inne okoliczności (…) które nie mogły być przewidziane w dacie zawarcia umowy”.
W tym przypadku pani Alicja powinna, w porozumieniu z udzielającym Zamówienie (czyli szpitalem) ustalić zastępstwo i przekazać obowiązki wynikające z umowy. Co starała się uczynić.
W naszej rozmowie uczestniczy mąż pani Alicji, Tadeusz. Słyszał rozmowę żony z oddziałową:
- Ta oddziałowa chyba wszystkie dziewczyny zastraszyła, na drugi dyżur żona już nie miała z kim się zamienić. Sama jej powiedziała: "Idź na zwolnienie", a potem zarzuca, że nikt nic nie wiedział. Przecież ZUS automatycznie przesyła zwolnienie. Kiedy żona zaniosła zwolnienie do szpitala, kobieta w okienku jej powiedziała, że zanim przyszła to już ZUS przesłał jej zwolnienie. Żałuję, że nie nagrałem tej rozmowy. Bo oddziałowa zwyzywała moja żonę. Sugerowała, że ta się upiła, że nie przyszła do pracy przez alkohol.
Po 6 dniach zwolnienia pani Alicja dostała wypowiedzenie. Szpital wypowiedział jej umowę na podstawie paragrafu 13 umowy – ta może być wypowiedziana bez podania przyczyn:
- Przykro mi bardzo, że po 40 latach pracy tak mnie potraktowano. Zrobili ze mnie alkoholiczkę. Tym bardziej, że tak jak mąż mówi – sama oddziałowa mnie namawiała na to zwolnienie. Lekarz, który mi je wypisywał - znajomy, kolega, który zna realia - mówił jeszcze, że może papieru nie będzie wypisywał, że może dziewczyny pociągną za mnie te dwa, trzy, czy cztery dyżury, zanim nie wydobrzeję. Napisał zwolnienie, a oddziałowa, kwestionując prawdziwość chyba tego zwolnienia, zadzwoniła z pretensjami: "wydumałaś pijaku, alkoholiku, że nie dasz rady". Nie twierdzę, że jestem abstynentką. Wielokrotnie piłyśmy zresztą razem. Oczywiście nie w pracy, a na prywatnych imprezach. Nigdy w życiu nie byłam w pracy pod wpływem alkoholu czy na tzw. kacu. A teraz zostałam wyzwana alkoholiczką, że do pracy nie przyszłam przez alkohol. Na jakiej podstawie?
- Mnie bardzo to ruszyło. Tym bardziej, że wiem ile żona przeszła w życiu, ile jej zawdzięczam, kiedy ja zachorowałem. Z trójką chłopaków sobie dała radę, wychowała ich praktycznie sama, a ta mówi, że ona jest pijaczką, patologią?! Nie mam się może za bardzo czym chwalić, ale jakoś sobie radzimy i jak pani widzi patologii tu żadnej nie ma – mówi pan Tadeusz pokazując na dom.
Pani Alicja podejrzewa, że wypowiedzenie dostała dlatego, że jako pielęgniarka kontraktowa miała dać zastępstwo, a tego nie zrobiła. Mówi też o złośliwości przełożonych: - Nie odwoływałam się od tej decyzji, bo do kogo? Poszłam do naczelnej, która powiedziała, że ona już na moje miejsce kogoś zatrudniła, że kogoś tam znów z chirurgii przeniosła. A wiem, że to nieprawda, dołożyli tylko wszystkim innym dyżurów. No i powiedziała, że prawnik przygotowuje rozwiązanie umowy. Dostałam, jedno zdanie. Bez podania przyczyny. Owszem z powołaniem się na paragraf o takiej możliwości. Jeszcze mi powiedziała, że jakby co to przekaże mi pismo, przez ratownika, karetką mi przyślą... Dyrektor nie poświęciła mi nawet dwóch minut rozmowy. Nie wiem w ogóle czy wiedziała, czy tylko podsunięto jej papier do podpisania. Myślę, że naczelna z oddziałową to uzgodniły.
- Ja rozumiem – dodaje mąż pani Alicji, - duży szpital typu Siedlce, czy Biała Podlaska, tam pracuje 1000-2000 osób, dyrektor może wszystkich nie znać. Ale tu? Że naczelna, czy oddziałowa zwalnia pielęgniarkę, a dyrektor nie poświeci kilku minut na rozmowę, kiedy właściwie na co dzień się widzą? Przecież w szpitalu pracuje, nie wiem, ze 30 pielęgniarek.
- I naczelna jeszcze dodała, że tą pielęgniarkę, którą rzekomo zatrudniła, to za moje pieniądze, jakbym nie wiadomo jak dużo zarabiała. Koleżanka w szpitalu w Warszawie ma 50 zł za godzinę, a my, po 10 latach na izbie i na bloku, w ambulatorium, które niejednokrotnie robi za SOR (w Łosicach nie ma SOR - ak), dostaliśmy 1 zł podwyżki. Z 20 zł na 21 zł. Wstyd gdziekolwiek powiedzieć, że się za takie pieniądze pracuje - dodaje pani Alicja.
- To boli. Tym bardziej, że w kółko się słyszy, że pielęgniarek brakuje. W dobie tego co się dzieje. Że żona została tak potraktowana po tylu latach pracy, kiedy zamiast respiratora dmuchała w worek. Ona do dziś w nocy czasem takie ruchy rękoma wykonuje, jakby ten worek uciskała. Po ulicach chodzą ludzie, co jej życie zawdzięczają. A teraz co? Żołnierzy Błaszczaka się zatrudni, by za pielęgniarki robili? Już stoją przed drzwiami, nie wpuszczają do szpitala, żołnierzyna jakiś decyduje. Ale różne rzeczy się dzieją w służbie zdrowia i będą się działy...
Mąż pani Alicji podejrzewa, że zwolnienie żony to kwestia polityczna. Pani Alicja powątpiewa, niemniej jednak przypomina, że rzeczywiście nie podpisywała się na żadnych listach poparcia:
- Ja jestem jak najdalej od polityki. Nie znam się, nawet tych nazwisk nie kojarzę. Oddziałowa najpierw promowała męża na posła, potem zbierała podpisy na Biedronia. Zapytała mnie czy podpiszę, nie zgodziłam się. Tu mąż zauważył jedną kwestię – listy leżały u nas w socjalnym. Wszyscy tam wchodzą, lekarze, ratownicy, kierowcy. Mąż też, zdarzyło się że przyniósł mi kanapki. Na widoku leżały listy z peselami, ze wszystkim danymi. Tak chyba nie powinno być. Każdy też był namawiany, by listę poparcia podpisać. Koleżanki podpisały, niektóre wpisywały i za członków z rodziny. Ale dzięki temu miały grafik układany pod siebie. Nie powiem - kiedyś też, przed ślubem syna poszła mi na rękę, miałam trzy doby, by potem móc mieć więcej wolnego.
Zapytana czy przez dwa miesiące ktoś ze szpitala – dyrekcja, oddziałowa, naczelna - kontaktował się z nią, zaprzecza:
- Powiem więcej. Nie wiem dlaczego, ale zabroniono koleżankom się ze mną kontaktować. Ja nic nikomu nie zrobiłam.. Dwie koleżanki się oburzyły, ujęły za mną, to teraz są niedobre. Inne mówią, że „przepraszam, ale nie przyjdę na kawę, bo krzywo na to patrzą”, boją się że będą kolejne do zwolnienia. To pod mobbing podlega. Jedną ze znajomych podpytywano, czy u mnie wszystko w porządku, czy nic podejrzanego w domu się nie działo. O co chodzi? Przecież Łosice, to małe miasteczko, dowiem się co na mnie gadają, ale jakieś takie rzeczy wymyślać? Po co przez cały czas udawanie koleżanki, buziaczki na powitanie?
Pani Alicja ma już wypracowaną emeryturę, niemniej wypowiedzenie umowy to utrata dodatkowego dochodu:
- Mówimy o ok. 4 tys. zł. To nie jest kwota, której braku się nie odczuje. Moja emerytura to 1.700 zł. Męża renta - ok. 1.300 zł. Czy bym chciała wrócić do szpitala? Nie wiem, na izbę nie, na pewno nie do tej oddziałowej. Przede wszystkim chciałabym poznać przyczynę, dla której mnie zwolniono. Czy były skargi na moją pracę? Czy nie wywiązywałam się z obowiązków? Czy moja jedyna wina było to, że odważyłam się zachorować? Nie wiem, bo nikt mi tego nie potrafi powiedzieć.
Zapytaliśmy dyrekcję szpitala, jaki był powód wypowiedzenia umowy. Zapytaliśmy też jak to się ma (zwolnienie pielęgniarki) do podkreślanych przez panią dyrektor braków kadrowych i czy do dyrekcji docierały sygnały o złej atmosferze pracy wśród pielęgniarek, złych stosunkach panujących pomiędzy naczelną czy oddziałowymi.
Dyrektor SP ZOZ Łosice, Grażyna Podlipniak-Sobczyńska odpowiedziała, że o szczegółowych przyczynach wypowiedzenia kontraktu dla pani Alicji nie chce się publicznie wypowiadać (przypomnijmy, że ten umożliwiał to bez podawania przyczyny), ale wg niej powody były niejednokrotnie. Jak też zapewnia dyrektor Podlipniak-Sobczyńska - właśnie ze względu na braki kadrowe wśród pielęgniarek - bardzo chętnie zatrudni panią Alicję ponownie (którą też, jak dodała, ceni za jej pracę i uważa za profesjonalistkę), kiedy ta podratuje swoje zdrowie. Co do atmosfery pracy - wspomniała, że między innymi brak porozumienia pomiędzy koleżankami był powodem wypowiedzenia umowy:
- Nic nie mam do pani Alicji, uważam, że jest dobrym pracownikiem, niemniej jednak niektórych sytuacji nie mogłam tolerować. I tak jak powiedziałam, kiedy pani Alicja podratuje swoje zdrowie zapraszam na rozmowę, w każdej zresztą chwili jestem gotowa porozmawiać i zapraszam do współpracy.
Anna Kondraciuk, fot. ak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Taki łosicki grajdołek.
A tak między Bogiem a prawdą to do czego nadaje się prawie 70 letnia pielęgniarka. Może już czas odpocząć.
Taki łosicki grajdołek.
A tak między Bogiem a prawdą to do czego nadaje się prawie 70 letnia pielęgniarka. Może już czas odpocząć.