Reklama

Nie opowiadam historyjek, opowiadam o człowieku – mówi Zdzisław Raczyński o swojej nowej książce

Wieloletni dyplomata, były ambasador RP w Tunezji i Armenii, dziennikarz, absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Siemiatyczach. Wydał właśnie kolejną, po „Haribie” powieść, która stała się okazją do rozmowy nt. rozumienia przeszłości i lat jego młodości spędzonych w Siemiatyczach.

    - Kto jest odbiorcą tej książki. Kiedy ją tworzyłeś, o jakim typie czytelnika myślałeś?

    - To człowiek wrażliwy, intelektualizujący, znający literackie tradycje i umiejący odczytywać tropy literackie. Jest to książka dla czytelnika, który współtworzy tekst, czytając go. Sztuka, jak mówi jeden z bohaterów mojej powieści, Bemol, rodzi się w kontakcie. Dzieło, wszystko jedno jakie - literackie czy malarskie, to tylko jedna strona sztuki. Potrzebny jest jeszcze odbiorca i interakcja między nim a dziełem. Nie pisałem pod określoną grupę docelową, związaną z płcią czy wiekiem. Oczywiście, osobom w wieku 35+ będzie łatwiej odczytać pewne rzeczy w tej historii, bo są bogatsi o doświadczenia. Nie łudzę się, że osoby, które odczytywały „Hariba” jako powieść przygodową, czy wręcz harlequina, będą w stanie odczytać ten tekst jako coś więcej niż opowiastka o tym, jak to koledzy spotkali się na suto zakrapianym zjeździe absolwentów.

    - W „Haribie” odnajdziemy tajemnicę, podróż, szukanie tożsamości, miejsca przynależenia. W „Maku na powiekach” mamy powrót do korzeni, powrót do przeszłości.

    - To nadal jest poszukiwanie samego siebie. Jeden z bohaterów powieści mówi, że ten powrót to nie tyle próba znalezienia korzeni, ile próba lepszego zrozumienia siebie w teraźniejszości. Poprzez sięgnięcie w głąb tego, co było. Główny bohater jest po części zagubioną i nieszczęśliwą osobą nie dlatego, że utracił miłość, a dlatego, że zerwał ciągłość swojej tożsamości. Odnajduje siebie dopiero po powrocie do gorzkiej przeszłości, której do końca nie znał.

Reklama

    - Akcja powieści dzieje się w czasach współczesnych, ale znajdziemy tam też wątki historyczne. Ważną częścią konstrukcji historii są realia społeczno-polityczne. Osią akcji jest powrót głównego bohatera, obywatela świata, na licealny zjazd absolwentów. Dlaczego ów bohater jest bezimienny?

    - To powrót każdego człowieka do swoich źródeł. Jeżeli przyjmiemy, że pełnia nas przejawia się wtedy, kiedy jesteśmy osadzeni w naszym środowisku, w którym czujemy się zarazem bezpiecznie… Czytelnik ma utożsamić się z dylematami, przed którymi staje główny bohater, zwłaszcza z problemem ciągłości tożsamości. Bohater czuje się poniekąd obco w Mieście, bo cały czas był tu obcy, gdyż nie znał prawdy o historii tego miejsca. To ta sama sytuacja, która występuje w „Haribie”. Tam, bohater był pozbawiony ojczyzny, tutaj bohater jest poniekąd wyrzucony z czasu. Stąd właśnie pojawia się dialog między różnymi opcjami politycznymi, który odnajdziemy w powieści. Chodziło o podkreślenie postrzegania przeszłości na różne sposoby.

    - Czytając „Mak na powiekach”, nie mogłam uciec od skojarzeń z „Żeglarzem” Jerzego Szaniawskiego, gdzie poruszony jest wątek tworzenia mitu bohatera w małym miasteczku. Nieudanej próby ukazania, że mit ten jest fałszywy. W twojej powieści poruszony został wątek żydowski i relacje polsko-żydowskie. Mam wrażenie, że w tym przypadku, tak jak u Szaniawskiego też starałeś się pokazać pewien mit.

    - Celnie to zauważyłaś. To jest demitologizacja iluś tam pojęć, którymi żyjemy, a którymi -  podejrzewam - karmione jest także młodsze pokolenie. Demitologizacja czarnej historii PRL, demitologizacja czystości ofiary, demitologizacja bohaterstwa jakiejś wybranej grupy nieskażonej żadnym występkiem. Nie. Prawdą wojny, jak opowiadali mi ludzie, którzy ją przeżyli, jest to, że nikogo nie pozostawia czystym.

Reklama

    Kluczową kwestią dla mnie była kategoria niepamięci,  zapomnienia. Niezależnie od tego, czy brak pamiętania jest wynikiem zwykłej ignorancji, czy świadomego odpychania od siebie bolesnej przeszłości. Kiedy dowiedziałaś się o tym, że w Siemiatyczach istniała społeczność żydowska, o tym, jaka była wpływowa? Kończyłem tutejsze liceum i nie słyszałem o tym na zajęciach. To jest tylko przykład jednego z wielu miast w Polsce. Tego, jak odcinamy od siebie pewne wydarzenia z przeszłości, przerywamy ich ciągłość. W Siemiatyczach czy w wielu pobliskich miejscowościach nie ma ulic nazwanych imieniem wielkich Żydów, którzy kiedyś tutaj mieszkali. To coś, z czym nie potrafimy się zmierzyć. Chcemy zepchnąć to w niepamięć. Dlatego wolimy jazgot taniej pop kultury, taplanie się w mitach. Nie chcemy wsłuchać się w siebie, we własne sumienie.

 - Dosłownie motyw mitu powraca w dialogu między głównym bohaterem, a jego partnerką, która mówi: „Wracasz do swojej młodości, która żyje w pamięci jako mit”. Dlatego nie decyduje się z nim przyjechać na zjazd, nie chce zmieniać tego mitu, co mogłoby wpłynąć na ich teraźniejszość. Czy z obawy przed tym, że mogłaby dowiedzieć się czegoś, co zmieniłoby jej myślenie o głównym bohaterze?

 - Nie to miałem na myśli. Jeśli w tej chwili zaczęłabyś opowiadać mi bardzo emocjonalnie jakąś historię ze swojego życia, w chwili opowiadania tworzyłabyś ją na nowo. Gdyby partnerka głównego bohatera ingerowałby w jakiś sposób w opowiadane przez niego wspomnienia, choćby tylko przez swoją obecność na zjeździe, wpłynęłaby również na porządek jego wspomnień. Postrzeganie ich przez opowiadającego. Główny bohater sam musi odnaleźć to, co dawniej utracił. Dokonać rozliczenia.

Reklama

    - Czy faktycznie odnajduje swoją arkadię, kiedy pyta go o to jedna z przyjaciółek?

   - „Mak na powiekach” jest trochę jak sztuka sceniczna, nic szczególnego tam się nie dzieje, większość akcji stanowią rozmowy postaci. Tak jak „Wesele” Wyspiańskiego nie jest o weselu, tak „Mak na powiekach” nie jest o zjeździe absolwentów. To pytanie pozostaje bez odpowiedzi ze strony głównego bohatera, a zatem kwestia ta pozostaje również otwarta. Udzielenie jednoznacznej odpowiedzi byłby zbyt banalne.

    - Dlaczego powieść rozpoczyna się fragmentem „Dziadów” Mickiewicza i sceną z diabłami? Jaki ma to związek z powieścią?

    - W scenie z „Dziadów” jeden z diabłów mówi do drugiego o śpiącym senatorze: „Syp mu na oczy mak”. Niech zaśnie, niech zapomni, niech da nam się porwać do piekła. Mak jest tu symbolem zapomnienia o odpowiedzialności, o dramacie, o winie. Kluczem do właściwego zrozumienia tej powieści jest filozofia personalizmu. Odpowiedzialność i wolność człowieka. Stawiam przed odbiorcą podstawowe pytanie: W jakim stopniu jesteśmy odpowiedzialni za przeszłość, także naszych przodków, a w jakim jesteśmy jej zakładnikami? Uważam, że jesteśmy odpowiedzialni za przeszłość, nie dlatego, że ponosimy za nią winę lub jest dla nas źródłem dumy, lecz dlatego, że nie chcemy pamiętać przeszłości prawdziwej. W „Maku na powiekach” widać to szczególnie w końcowej scenie mszy na kirkucie.

Reklama

    - Miasto, w którym rozgrywa się akcja powieści, również nie ma nazwy. Powiedziałeś, że jest jednym z wielu polskich miast. Jednak w książce można dostrzec wiele odniesień do realnych zdarzeń, miejsc, ludzi z Siemiatycz i innych części wschodniej Polski. Czy gdybyś nie wyjechał stąd jako młody człowiek, a mieszkał na tych terenach, zdecydowałbyś się na publikację „Maku na powiekach”. Zawierając tam odniesienia do ludzi, których znałeś?

    - Takie jest przyzwanie ludzi piszących, jeśli tworzą i są odpowiedzialni za to, co robią. Sztuka zawsze jest kontestacją rzeczywistości, podobnie jak dziennikarstwo. W „Kurierze Podlaskim” również pojawiają się tematy, które nie zawsze są wygodne dla wszystkich. Każdy piszący musi mieć odwagę mówić, o swoim postrzeganiu prawdy nawet wbrew temu, czego się od niego żąda w różnych środowiskach. Słowa, ludzie, wydarzenia, przytaczane w książce, wydarzyły się naprawdę, lecz mają służyć przekazaniu bardziej uniwersalnych treści. Weźmy przykładowo cytat na temat żydowskich dzieci: „Małe dzieci, a jakie wrażliwe. Przyglądały się, kto nie ma kanapki i dzieliły się swoimi. I postępowały tak tylko dzieci żydowskie. Nie nasze, chrześcijańskie dzieci. A żydowskie!” .Takie zdanie rzeczywiście padło na zjeździe absolwentów siemiatyckiego liceum, powiedział to duchowny. „Meander”, to oczywiście „Feniks”, gazetka, którą tworzyliśmy w szkole razem z Jerzym Nowickim. Prawdą jest, że „Feniksa” drukowaliśmy na powielaczu komitetu partyjnego... Pierwowzorem Natalii jest Jola, Romea – Roman, Jasia – Janusz, Mirasa - Mirek... Bez nazwisk, bo ci, kogo mam na myśli, odnajdą się w tych postaciach. Nie byliśmy klasą artystyczną. Byliśmy grupą przyjaciół, która dorastała w drugiej połowie lat 70. Mieliśmy w sobie potrzebę wyrażenia naszej wrażliwości, naszego oglądu świata, dlatego angażowaliśmy się, także w sztuce, a tym samym - tworzyliśmy siebie. Dlatego umieściłem postaci z powieści w klasie artystycznej.  Postać Eweliny jest natomiast całkowicie wymyślona. Żadna z realnych osób nie została przeze mnie opisana w sposób dosłowny i żadnej z nich nie uczyniłem swoim alter ego. Były punktem wyjścia do tworzenia pewnych konstruktów osobowości.

Reklama

     Sam główny bohater jest zmyślony, co pomogło mi przekazać wspomniany uniwersalizm. Szczegóły dotyczące planu miasta, jego architektury owszem, są prawdziwe. Pewne zdarzenia również, ale np. opis sceny z czerwonymi pantoflami dotyczy nie Siemiatycz, a innego miasta. Jednym ze źródeł, dzięki którym powstały wątki historyczne umieszczone w książce, były numery Kuriera Podlaskiego. Korzystałem też m.in. z dokumentów Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN-u, skąd pochodzi jeden z cytatów. Każda historia dotycząca Żydów jest historycznie udokumentowana. Obawiałem się, że powieść może pobudzić emocje i zarzucanie mi konfabulowania. A zatem wszystkie opisane historie musiały znaleźć swoje potwierdzenie w faktach.

     - Jak dalece, jako państwowy urzędnik, pozwoliłeś sobie odsłonić swoje poglądy? Czym kierować się, próbując odnaleźć w powieści twoje postrzeganie świata? Czy odnajdziemy je w kąśliwych uwagach bohaterów nt. współczesnej kultury, opisach narratora?

     - Wyłożyłem swoje credo artystyczne, jak pojmuję sztukę.  Jedni wolą kino, bo tam jest akcja. Ja wolę teatr i literaturę, bo tam jest słowo. Kiedy śledzi się fabułę, nie wsłuchuje się w to, co mówią bohaterowie. Stąd moje uwagi na temat kultury obrazkowej, w której dziś znakomita większość z nas jest wychowywana. Kiedy słucham Bacha, wiem, że to prawdziwa muzyka. Kiedy słyszę „Majteczki w kropeczki”, nie jestem o tym przekonany, choć może mnie bawić. Nie cierpię jednowymiarowych powieści. Mogę rozumieć potrzebę innych czytania takich rzeczy czy słuchania takiej muzyki, ale to nie jest mój świat.

Reklama

     W przypadku kwestii politycznych nie ma to tak jednoznacznego przełożenia. Myślę, że w polityce, tak jak ją najczęściej się uprawia, najgorsze jest zakłamywanie rzeczywistości i dehumanizacja konkurenta. Chociaż moje sympatie są oczywiste. Opisana w książce scena protestu Czarnych Parasolek pochodzi z Siemiatycz…

     - Kiedy jeden z bohaterów mówi, że nie ma nic gorszego niż „młody, głupi i zaagitowany”…

    - To moje poglądy. Cenię umiarkowanie, jestem przeciwko jakimkolwiek radykalizmom.

    -  A kiedy mowa o bezcelowości kandydowania burmistrza do Sejmu, bo po co mu to? „A tutaj jest wielkim bossem. I koryto swoje. Małe, na skalę Miasta, ale własne”.

     - To konstatacja rzeczywistości tak, jak ją widzę. W życiu, z racji swojego zawodu, spotykałem się z wieloma politykami. Myślę, że wyborcy byliby mocno rozczarowani, jeśliby się dowiedzieli, jak często są to ludzie nieświadomi wielu spraw.

Reklama

    -  Odniosłam wrażenie, że nie każdy wątek powieści jest niezbędny. Weźmy np. postać Anastazji.

     - Anastazja zjawia się jako odbicie przeszłości. Przywołuje tę przeszłość. Jest łącznikiem między tym, co było w  osobistej, intymnej historii bohatera a tym, co jest. Jeśli chcesz -  odgrywa rolę wyrzutu sumienia, przypomina bohaterowi o utraconej miłości. W książce przeplata się ze sobą wiele różnych wątków: historyczny, osobisty, polityczny, religijny, filozoficzny... Są jak włosy, które splecione w warkocz tworzą całość, inną niż tylko suma poszczególnych elementów. Pisząc tę powieść, chciałem, aby czytelnik z każdym kolejnym sięgnięciem po nią, odkrywał nowe elementy. Czasem zdanie, słowo, skojarzenie.

     - Jak przekonałbyś czytelnika, że warto sięgnąć po „Mak na powiekach”?

     - To trudne zadanie. Przyznaję – to nie jest książka dla każdego. Lecz dla tych, którzy potrafią czytać ze zrozumieniem, a nie dosłownie. Stąd jej interpretacja może sprawiać pewien kłopot, jak w przypadku „Hariba”, który w swojej istocie jest przypowieścią o dialogu kultur, o poszukiwaniu domu i tożsamości, a został odebrany jako powieść przygodowa.

Reklama

     - Czy twoim zdaniem książka promuje Siemiatycze? A może wręcz przeciwnie?

     - Podkreślam – Miasto to nie Siemiatycze. To uogólniony obraz sztetlu gdzieś na wschodzie Polski. To może być każde miasto. Owszem, pewne elementy nawiązują do Siemiatycz. Ale także do Bielska Podlaskiego, do Międzyrzecza Podlskiego, do Węgrowa... Powieść opowiada o dokonaniach tych miast, ale pokazuje też ciemną stronę ich historii,  tę, o której wolelibyśmy zapomnieć. Poza tym to ludzie promują miejsca i wydarzenia, nie przedmioty.

    Eleni Kryńska

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 05/09/2024 19:20
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama