"Solaris", "Hibernal", "Regent", "Cabernet" to nazwy win, nagrodzonych medalami na targach winiarskich oraz Ogólnopolskim Konkursie Win w Zielonej Górze w 2013 r. Nagrodzona została też winnica, w której wyprodukowano te wina. Winnica Mikołaja Korola w Mielniku.
To jedyna z niewielu profesjonalnych winnic w województwie podlaskim, wpisana do ogólnopolskiego rejestru winnic. O winie rozmawiamy z Mikołajem Korolem
- Zacznijmy od przeprowadzki do Mielnika, bo wcześniejsza pana działalność wiązała się przede wszystkim z "Komirexem".
- I nadal jestem współwłaścicielem tej spółki, cały czas zajmujemy się runem leśnym. Rozkwit tej firmy to koniec lat 90, zaś moja przeprowadzka do Mielnika to rok 2011. Wybrałem Mielnik, bo to wspaniałe miejsce, poza tym blisko jest do Siemiatycz. Nie ukrywam, że przeprowadzka związana była nie tylko z tymi urokliwymi terenami, lecz również marzeniem z lat 70. - winnicą.
- W Polsce większość winnic zlokalizowanych jest na południu. Mielnicki klimat sprzyja owocowaniu szlachetnych odmian winogron?
- I to bardzo. Przykładem jest moja winnica. Wbrew pozorom, kiedy mówi się, że lata mamy może i upalne, ale krótkie, zaś zimy długie i mroźne - aura jest niezwykle sprzyjająca. Okres letni wydłuża się, co widzimy na przykładzie ostatniej dekady, jest coraz cieplej, nasłonecznienie jest świetne, do tego dobra cyrkulacja powietrza, w kwietniu i maju praktycznie nie ma już przymrozków, do tego piaszczysto - gliniane podłoże sprzyjające dobremu ukorzenianiu się sadzonek. Od początku tej mojej pasji mam specjalistyczną dmuchawę, która w czasie przymrozków ratuje winorośla rozpylając nagrzane powietrze wokoło, na odległość do stu metrów, ale jeszcze ani razu nie byłem zmuszony jej użyć. Na pewno sadzonkom sprzyja nisza, w której rosną i gdzie zalega cieplejsze powietrze. Tak więc jeśli chodzi o warunki klimatyczne, podłoże i temperaturę - same plusy.
- Powiedział pan - "pasja".
- Inaczej tego nie nazwałbym. Myśl o uprawie winogrona chodziła mi po głowie już w latach 70, jak jeszcze przebywałem w Puławach. Ale to były zupełnie inne czasy, stąd ewentualną realizację planów odkładałem na później. W zasadzie te plany były ukierunkowane na niewielką winnicę, na swoje potrzeby. I tak zleciało do obecnego wieku i 2010 r., kiedy to w mediach często pojawiały się informacje promujące taką działalność, nasadzenia, że takie miejsca rozkwitają itd. Wtedy powiedziałem sobie - jeśli nie teraz, to kiedy?
- I po prostu kupił pan sadzonki i posadził je?
- Mniej więcej tak, przynajmniej na początku, po przygotowaniu terenu i gleby, bo wcześniej w tym miejscu był sad. Zasadziłem kilkaset winorośli. Owszem, jakieś ryzyko - co do tego, czy większość przyjmie się, czy nie zmarzną, albo czy nie uschną lub czy poradzę sobie - było. Ale bez ryzyka nie ma sukcesu. Od 2011 r., od kiedy rosną pierwsze winogrona, a były to sadzonki jednoroczne, bo takie zazwyczaj sadzi się na plantacjach, wydajność ich rośnie, co potwierdził pierwszy zbiór w 2012 r. Miałem z tego prawie 600 litrów wina. Nieźle jak na początek. To mnie zmotywowało do dalszej pracy i inwestowania.
- W budowę winiarni?
- Tak. W tej chwili mam winnicę na powierzchni ok. hektara. Docelowo areał będzie powiększony, mniej więcej o tyle samo. Początkowo w ciasnych i powiedziałbym mniej profesjonalnych warunkach odbywała się produkcja wina, co być może jeszcze w tym roku zmieni się. Trwa bowiem budowa budynku głównego winnicy, gdzie produkcja wina będzie znacznie rozszerzona, a każdy etap produkcji będzie w odrębnym pomieszczeniu. Są już pomieszczenia do tłoczenia, pielęgnacji świeżego wina, leżakowania, rozlewania. Trzeba je wykończyć i wyposażyć.
Winnica jest zarejestrowana w stosownych urzędach, a to nie taka prosta i szybka sprawa. Również produkcja wina wymaga wielu zezwoleń i koncesji. Przykładowo trzeba zgłosić się do: Agencji Rynku Rolnego, Urzędu Celnego, sanepidu, Inspekcji Jakości Handlowej. Na dziś mam pozwolenie na detaliczną sprzedaż wina, nie hurtową. Niestety, uzyskanie tej drugiej sporo kosztuje. Moje wina mają od 12,5 do 14 procent alkoholu. Ale nie to jest najważniejsze. Liczy się aromat i smak.
- No właśnie, jaki on jest?
- Powiedziałbym mielnicki. Szczególny, wyjątkowy, delikatny, łagodny, produkt zawiera mało dwutlenku siarki, bo to składnik niezbędny, wykorzystywany do usuwania lub utrzymywania pod kontrolą różnych mikroorganizmów - bakterii, drożdży, grzybów groźnych, stabilizujący wino. Zawartość cukru w owocu jest na poziomie do 25 procent - nie za niskie i nie za wysokie, podobne jak u zawodowych producentów w Chile czy Argentynie. Produkt końcowy nie ma żadnych dodatków, jest na naturalnym soku, bez dodatku wody, bez słodzenia. Dobry produkt końcowy w tym przypadku to nie sama produkcja, lecz owoc. Jakie będą owoce, takie wino. Nie da się uzyskać dobrego trunku ze złych winogron.
- Mówi pan o prowadzeniu winnicy jak fachowiec
- Pomogło mi w tym ukończenie studium podyplomowego winiarstwa, inaczej enologii, na wydziale farmacji Uniwersytetu Jagiellońskiego. To bardzo przydatny fakultet. M.in. pomógł mi podjąć decyzję o tym, że moja uprawa będzie ekologiczna.
- Przejdźmy do oferty.
- Uważam, że jak na początek - jest szeroka, z 2012 r.: "Solaris", "Hibernal", "Regent", "Cabernet". Nazwy te zapewne niewiele mówią, dlatego dla uproszczenia dodam, że są to wina białe i czerwone. Jeśli chodzi o winorośla - zdecydowałem się na tzw. krzyżówki - "solaris", "regent" oraz szlachetne - "winifery" i na razie nie jestem zawiedziony, bo to odmiany odporne na choroby.
- A proces produkcji?
- Pierwsze owoce uzyskuje się w drugim roku po nasadzeniu, ale właściwy zbiór następuję w trzecim roku - z jednej winorośli 2-2,5 kg owoców. Owoc jest selekcjonowany na lepszy i gorszy pod względem zdrowotności. Do przerobu trafia lepszy. Najpierw trzeba go odszypułkować, potem zetrzeć na miazgę, następnie tłoczyć, sok oczyszczać z osadu, filtrować, fermentować, sprawdzać zawartość kwasów, cukru i alkoholu, potem wino leżakuje co najmniej rok. Produkcja wina białego nieznacznie różni się od czerwonego. Przykładowo - fermentację przeprowadzamy szlachetnymi drożdżami, dostępnymi w Polsce.
- W 2013 r. zdobył pan dwa prestiżowe wyróżnienia. Zobowiązują do czegoś?
- Na pewno motywują do pracy, dają satysfakcję, a na ścianie wiszą dyplomy. To wszystko. Lata pracy, mnóstwo kosztów i tylko dyplomy. Ale m.in. o to chodzi. Nie są to dyplomy, jakie możemy sobie wydrukować w domowych warunkach. Na taki świstek trzeba zapracować. Mi udało się je wypracować. To uznanie na V Konkursie Polskich Win o Medal Targów "Enoexpo" oraz Ogólnopolskim Konkursie Win w Zielonej Górze, medale - brązowy i srebrny.
- Plany?
- Docelowo w najbliższych latach powinna mi udać się produkcja do 10 tys. litrów wina na sezon. O zwiększeniu areału uprawy i dokończeniu budynku winiarni już mówiłem. A lokalny rynek? Pożyjemy, zobaczymy. Żeby sprzedawać wino do restauracji, trzeba posiadać kosztowne pozwolenie na hurt. Trudno mi powiedzieć, czy zdecyduję się na to. Na razie wystarcza mi obecna skala produkcji i zbytu. Żebym nastawiał się na biznes, to inaczej pokierowałbym produkcją i zbytem. Produkcja byłaby szersza, powiedziałbym bardziej masowa, zaś rynków zbytu szukałbym i za miedzą i za granicą. Ale wybrałem inną drogę. Jaką? Odpowiedź jest prosta - to nie biznes. To pasja.
Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz fot. CK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze