Zespół z Dobrowody tworzą: Nina Jawdosiuk, Walentyna Klimowicz i Barbara Jakimiuk. Śpiewają autentyczne pieśni wsi Dobrowoda koło Kleszczel, pokazują jak dawniej pracowały kobiety na wsi, a wszystko w języku także autentycznym. Z jedną z nich, Walentyną Klimowicz, udało mi się spotkać i porozmawiać.
Rozmawiałyśmy w języku oczywiście autentycznym, gwarowym, chyba najbardziej zbliżonym do języka ukraińskiego. Ale jest to język coraz bardziej niszowy, stąd przetłumaczyłam na język polski.
- Przy jakiejś okazji pani powiedziała mi, co w tym roku było w Lublinie. Chodzi o Jarmark Jagielloński. Tam was spotkała Katarzyna Groniec?
- Nie, ona przyjeżdżała tutaj, do nas. Nagrywała. U mnie w chacie też uczyła się śpiewać. My uczyłyśmy się jej piosenek, a ona naszych. Na Jarmark Jagielloński pojechałyśmy dzięki Julicie Charytoniuk, która robi u nas warsztaty, od kwietnia, co miesiąc. W listopadzie będą ostatnie, koladki.
- Wy trzy z Dobrowody od zawsze jesteście zgraną, śpiewającą grupą.
- Śpiewałyśmy na zabawach, gdy muzykant przestawał grać, różne wesninki i zwykłe, i wojskowe. Po swojemu, po polsku, ruskie też znałyśmy.

- Wasze stare pieśni, to te które słyszałyście w dzieciństwie?
- Tak, tak. Chyba lubiłam śpiewać. Pamiętam, że w czasach mojego dzieciństwa, starsze kobiety śpiewały koło rzeczki. Z jednej i drugiej strony ulicy, na brzegach rzeczki były obalasy, a tam, gdzie teraz jest basen przeciwpożarowy, był wjazd. Ludzie wracali z pola, zajeżdżali nad rzeczkę, konie poili. Moczyli drewniane koła wozów, żeby się nie rozsychały. Z drugiej strony rzeczki, teraz w okolicach cerkwi, ludzie przychodzili płukać pranie, szczególnie chusty. Pamiętam, że gdy śpiewali koło rzeczki, biegałam przy nich. Podobało mi się ich śpiewanie.
- Kto śpiewał w pani rodzinnym domu? Mama czy tato?
- Mama i tato, oboje lubili śpiewać. Rodzice też uczyli mnie pieśni, głównie podczas kopania kartofli.
- A pani dzieci śpiewające?
- Słabo. Głosy mają dobre, ale nie śpiewają. Wnuki też nie chcą śpiewać.
- Wszystkie trzy urodziłyście się tutaj, w Dobrowodzie?
- Tak. Jesteśmy tutejsze. Urodziłyśmy się w latach 40. w Dobrowodzie.
- Jeszcze ze 20 lat możecie pośpiewać.
- Ludzie mówią, śpiewaj póki możesz.
- Wcześniej śpiewałyście w zespole Lubaszki, ale nazwa Lubaszki z niczym mi się nie kojarzy. Gdy zaczęłyście śpiewać jako zespół z Dobrowody, stało się jasne, że promujecie kulturę Dobrowody.
- Nie starałyśmy się, żeby nasz zespół jakoś ochrzcili. Jesteśmy z Dobrowody i już.
- Pieśni z waszego bogatego repertuaru są zapisane?
- Tak! Kopa (Stefan Kopa - muzyk, popularyzator folkloru, autor zbiorów pieśni - przyp. red.) wydał książkę z pieśniami. Nasz batiuszka, Łukasz Bartoszuk, także spisywał teksty i nagrywał nas na kasety.
- Dobra robota, drogie panie! Różne były grupki, zespoły, ale wy stworzyłyście coś więcej, fundament na którym można budować. Obserwowałam, jak zachowywała się widownia podczas waszego pokazu na Dżerełach. Z uwagą i zainteresowaniem ludzie was oglądali, słuchali. Dziękuję, że bronicie naszej prawdziwej kultury.
- Trzymamy! Pierwszy pokaz z lnem mieliśmy w Gródku. Pokazujemy też robienie weselnego korowaja i prace przy tkaniu.
- Przyjaźnicie się od dziecka, macie dobre głosy, lubicie śpiewać. Wasz zespół istnieje od 1968 roku.
- Gdy nasze dzieci już się podhodowały, przyszła pracownica z kółka rolniczego w Kleszczelach i Sławek Misiejuk. Namawiali, żeby jechać do Kleszczel śpiewać. Nas pięć czy sześć kobiet pojechało żukiem. Tam było zebranie, w świetlicy w Kleszczelach, i był Janek Krupa. On tańczył w zespole Lawonicha. Pamiętam, że wtedy zaśpiewałyśmy m.in. „Tam u poli za reczkoju”. Zorganizował nas do białoruskiego towarzystwa, tam też pojechałyśmy, śpiewałyśmy i dostałyśmy dyplomy. Ale kiedyś w chatach było dużo much, i te muchy dyplom zniszczyły, więc nie wiem w którym to było roku. Po jakimś czasie, Krupa z Michałem Wiszenko jakoś się domówili, przyjechali do nas i nas zorganizowali.
- Gdybyście nie chciały śpiewać, nie znały pieśni, to nikt by was nie zorganizował.
- Tak. Teraz z młodzieży nikt nie chce śpiewać. Nie zainteresowani folklorem, czy głosów nie mają? Mogliby przyjść, nauczyć się, śpiewalibyśmy razem. Ale nie ma.
- W tym roku odbywają się spotkania muzyczne w ramach projektu stowarzyszenia Dziedzictwo Podlasia. Co miesiąc, w świetlicy w Dobrowodzie. Przychodzą młodzi?
- Nasi nie. Podczas ubiegłego lata spotykałyśmy się raz w tygodniu. Była Mirka Ziniewicz i Marysia Klimowicz, i Paulina Sawczuk, i Basia Jakimiuk. Uczyłam ich.
- Moja babcia też śpiewała, ale ja nie znam jej pieśni. Nie nauczyłam się. Przepadło, a wasz przekaz nie przepadnie. Zespół Hiłoczka to jak wasze dzieci. Czeremszyna także śpiewa wasze pieśni. Unowocześnione, ale wasze. Basia Kuzub – Samosiuk dziękuje wam przy każdej okazji i Irena Wiszenko.
- Sporo od nas zaczerpnęły, i Basia, i Hiłoczka.
- Wasze przedstawienia, jako drzewiej bywało, takie od serca, prawdziwe.
- Prawdziwe, bo tak jak kiedyś pracowałyśmy, tak i pokazujemy.
- Pamiętam, na któryś z pierwszych Dżerełach przywiozłyście korowaja i ciasto na korowaja.
- W Czeremsze chyba dwa razy byłyśmy z korowajem. Gdy pieczemy korowaja w Dobrowodzie, w świetlicy, to sporo naszych i obcych ludzi przyjeżdża.
- Jesteście prawdziwą perełką naszej kultury.
- Po Lublinie było dużo pozytywnych komentarzy, po Warszawie też, bo i tam piekłyśmy korowaja. W Warszawie planowałyśmy, że jedna będzie opowiadać, a dwie tylko robić ciasto, ale wyszło inaczej. Przyszło 200 osób, a trzeba było tłumaczyć, pokazać jak i co, bo każdy chciał się nauczyć.
- Warszawiaków również nauczyłyście robienia korowaja. Gdzie się pojawicie, tam ludzie się uczą jak dawniej bywało.
- U nas w świetlicy też uczymy. Pokazy robiłyśmy też w Wysokiem Mazowieckiem i w Ciechanowcu w muzeum parę razy. Proponowali nam eksponaty do pokazów, ale my wzięłyśmy swoje. Wszystko mamy. Tylko warsztatu do tkania jeszcze nie woziłyśmy, bo jest za duży, za ciężki.
- Sołtys Dobrowody, Irena Jawdosiuk, także chętnie was promuje.
- To właśnie ona poznała nas z Julitą Charytoniuk. Gdy zaprosili nas do Koźlików, gdzie jest skansen Związku Ukraińców Podlasia, Irena nas woziła. Potem zaprosiła ich do nas.
- Zespół z Dobrowody jest laureatem nagrody ministra kultury. Ma też odznaczenie „Zasłużony Działacz Kultury” oraz „Zasłużony Białostocczyźnie”. Dali chociaż trochę pieniędzy do emerytury za takie medale, za ogromny dorobek kulturalny?
- Nie. Nic.
- Dziękuję za rozmowę.
Krystyna Kościewicz, fot. KK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze