Reklama

Ludzie Cresovii - Tadeusz Podoliński

12/11/2008 18:46
Z cyklu "Ludzie Cresovii" prezentujemy sylwetkę pana Tadeusza Podolińskiego.

          - Ile lat grał pan w piłkę?
          - Chyba 15 lat, a więc dosyć długo. Zacząłem, kiedy uczęszczałem do pierwszej klasy Technikum Rolniczego w Czartajewie. Wtedy - za nauczyciela Zdzisława Sawickiego - sport był w tej szkole na bardzo wysokim poziomie. A tak na dobre przygodę z piłką zacząłem w 1965 r., od rozgrywek w juniorach.
          - Kto zaproponował grę w siemiatyckim klubie? Czy to była pana decyzja?
          - Zaproponował trener i nauczyciel Zdzisław Sawicki. Zresztą można powiedzieć, że był to swego rodzaju nakaz z jego strony. Bo jeśli ktoś posiadał predyspozycje w tym kierunku, to on od razu to wyłapywał i szkolił, tak więc pierwsze piłkarskie kroki stawiałem u niego. Chociaż dodam, że szlify kopania piłki pochodziły z byłej targowicy, która w 60-tych latach znajdowała w Siemiatyczach się przy szkole podstawowej nr 1. Tam rozgrywałem z rówieśnikami pierwsze mecze.
          - Debiut w seniorach?
          - W zasadzie debiutu nie pamiętam, ale myślę, że był to rok 1965 lub 1966. Zadebiutowałem w wieku juniora, bo trener tak uznał. Tak na dobre do drużyny seniorów wskoczyłem w 1968 r.
          - Jakieś statystyki - liczba meczów, goli?
          - Chyba nikt czegoś takiego nie liczył. Nie wiem ile zagrałem meczów, ale przez 15 lat trochę tego się nazbierało. Jeśli chodzi o gole, to z racji pozycji prawego obrońcy, trzymałem się tyłów i dużo ich nie strzeliłem, ale owszem były.
          - Jaki to był wtedy szczebel rozgrywek?
          - W większości sezonów klasa "A". Sporadycznie okręgówka.
          - Najlepszy mecz w barwach Cresovii? Największy sukces osobisty i drużynowy?
          - Jeśli chodzi o mój najlepszy mecz, to owszem, takie się pamięta. A najbardziej pod tym względem zapamiętałem mecz w Grajewie z Warmią. To było pod koniec lat 60-tych. Wprawdzie przegraliśmy, ale kilka moich interwencji uchroniło nasz zespół od wyższej porażki. Pochwalił mnie wtedy trener i poklepał po ramieniu. A sukces? Myślę, że największy odniosłem jako działacz, oczywiście przy wsparciu innych. W okresie, kiedy Cresovia brylowała w okręgówce i walczyła w barażu o trzecią ligę, pełniłem funkcję wiceprezesa. To był bardzo dobry sezon drużyny, a my - członkowie zarządu przyczyniliśmy się do tego.
          - Mocne i słabe strony pańskiej gry?
          - Byłem raczej zawodnikiem mało wyróżniającym się. Dodam też, że trenerzy żadnych problemów wychowawczych czy dyscyplinarnych ze mną nie mieli.
          - Trenerzy, których wspomina pan najlepiej?
          - Dwóch - obaj już nie żyją. Zdzisława Sawickiego i Ryszarda Grala. Wkładali dużo serca w ten klub.
          - Koledzy z boiska - z kim współpracowało się najlepiej?
          - Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że na pewno autorytetem był dla mnie Edward Biarda. Pochodził z Łomży. Był od mnie starszy. Ożenił się w naszych stronach i początkowo grał w Nurcu Stacji. Był jednocześnie nauczycielem i kolegą. Potrafił podpowiedzieć, pomóc, zmotywować. Był wyjątkowo zdolnym piłkarzem. Występował w Cresovii tylko dwa lata. Grał w ataku. Uważam, że pewnego rodzaju zaszczytem była gra u boku Jerzego Badowca i nieżyjącego już Tadeusza Kowalczuka. Mile wspominam współpracę, jako członek zarządu, z trenerem Grygorukiem. Może niewiele osób o tym wie, ale jako pierwszy zaproponowałem mu pracę w klubie. Dodam też, że szczególnie cenię tych, którzy kiedyś grali w Cresovii i są z nią związani do dziś w roli kibica, działacza lub sponsora. Myślę, że mniejsze znaczenie dla klubu ma to, kto ile lat grał w piłkę i ile strzelił bramek, a większe to, na kogo klub zawsze może liczyć. Jest jeszcze spora grupa takich kolegów, którzy przychodzą praktycznie na każdy mecz i sypną drużynie złotówką lub dobrym słowem. To przede wszystkim Józef Drywulski, Ryszard Orzepowski, Józef Malinowski, Jan Kiszczyński, a z młodszego pokolenia Dariusz Berski, Jan Kuca.
          - Ciekawe lub śmieszna zdarzenia z boiska?
          - Pamiętam mecz, który graliśmy w Uhowie. Przegraliśmy go 0:2, a obydwa gole zdobył nasz stoper strzałami samobójczymi i to ze sporej odległości.
          - Śledzi pan wyniki i postawę obecnej Cresovii. Która Cresovia według pana była najsilniejsza - za trenera Grygoruka, czy obecna?
          - Obie zaliczyłbym do silnych. Poza tym tamta i obecna oparte były praktycznie na wychowankach. Obecna drużyna jest młoda, ale posiada spory potencjał. Dajmy zawodnikom więcej czasu, a lepsze wyniki na pewno przyjdą. W tym miejscu apeluję do kibiców, szczególnie zaś były piłkarzy, aby nie krytykowali drużyny za słabszą postawę. Tym chłopcom należy się więcej życzliwości i zrozumienia.
          - Zamiłowanie do piłki to już chyba pana rodzinna tradycja. Syn Robert też grał w Cresovii. Czy nadal jest związany z piłką?
          - Zgadza się. Pierwsze kroki stawiał w Cresovii, obecnie też jest związany z piłką, ale w okręgu mazowieckim. Wiele lat był zawodnikiem warszawskich i podwarszawskich drużyn oraz zajmował się szkoleniem drużyn młodzieżowych i seniorskich.
          - Jak potoczyły się pana losy po zakończeniu gry w piłkę?
          - Cały czas jestem związany z Siemiatyczami. Prowadzę tutaj działalność gospodarczą i gospodarstwo rolne. Jednocześnie staram się być na każdym meczu Cresovii.
          - Dziękuję za rozmowę.

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    reneka - niezalogowany 2020-11-18 13:53:13

    Skromność kochany Tadeuszu przemawia przez Ciebie. Wszak byłeś też kolarzem , siatkarzem , dopóki nie machnąłeś za mocno ręką , tak że omal nie oddaliła się od Ciebie .Bo może byłbyś siatkarzem? A? ireneusz kutyłowski - 400 metr z Owiec.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama