Reklama

Końskie Góry - Wieś jednoosobowa

31/01/2014 00:15

Sześć domów, obok stodoły lub budynki gospodarcze, chlewki po zwierzętach, żwirowa droga, kilka płotów, lasy wokoło. Poza tym cisza, spokój, pustka. Tak wyglądają dziś Końskie Góry - wieś w gminie Mielnik, położona niedaleko drogi Grabarka - Radzwiłłówka. Jest pani Irena – jedyna mieszkanka. Pochodzi z Końskich Gór i pamięta czasy, kiedy we wsi było kilka rodzin. Oprócz niej nikt w Końskich Górach nie mieszka na na stałe.

- Oj, Boże, całe życie tutaj mieszkam. Od dzieciństwa. Nie spodziewałam się, że sama we wsi zostanę, ale nie jest to takie złe. Przyzwyczaiłam się do tego. Niedługo już dziesięć lat minie, jak mąż zmarł. Ale dobrze mi tutaj, samej - mówi.

Reklama

Przed wojną i zaraz po niej sporo było w Końskich Górach domów, zamieszkałych: - Chociaż po wojnie te domy trzeba było pobudować, bo za okupacji tylko jeden został. Reszta spaliła się. Nasz, czyli mego ojca - Ludwika też się spalił. Obecny jest trzeci. Drugi stał obok. Największe rodziny, które tu mieszkały to Sobieskich, Bogowskich. W latach 60. i 70. to nadal kilka rodzin tu mieszkało, z dziećmi. Ludzie pracowali głównie na roli. Ale powyjeżdżali i powymierali. Tylko ja zostałam - tłumaczy.

No i kot.

Reklama

- To przybłęda. Przybłąkał się bodajże we wrześniu. Dałam mu jeść i został. Trzyma się domu. A może ktoś go podrzucił. Razem nam raźniej.

Właściciele pozostałych domów?

- To warszawiacy. Jedni z Bródna, inni też gdzieś stamtąd. Przyjeżdżają na weekendy - nie tylko latem, ale i zimą. W zeszłą sobotę i niedzielę jedni byli. No jest sąsiad Adam. Ale w Belgii siedzi. Ma robotę, to niech siedzi. Co by tu robił? Jakby i miał tutaj robotę, to za ile? Można powiedzieć, że to jedyny potomek tutejszych oprócz mnie, który ma tu dom.

Reklama

Jak sobie radzi?

- Nie zawsze jestem sama. Mam dzieci, wnuki, prawnuki. Nie wszyscy zawsze mogą być, bo mają swoje sprawy, ale ktoś od czasu do czasu zagląda. Najczęściej córka z Siemiatycz. Jak przyjedzie, to prawie cały dzień posiedzi. Niestety w te strony nawet nie przyjeżdża sklep, czyli samochód z chlebem i innymi rzeczami, więc żywność przywozi mi córka. W zasadzie można powiedzieć, że nie wiem czy dałabym sobie radę dłużej przeżyć bez niej. Ot, najważniejsze, że mocno schorowana nie jestem, chodzę, ugotuję, drzewa przyniosę, w piecu napalę, kota nakarmię, ale na dłuższy czas bez chleba to bym chyba nie dała rady. Owszem, mam ogródek, nawet kompostuję z niego zielsko i podsypuję potem tę zgniliznę, to i mam warzywko, ale chleb to chleb. Musi być. Tak więc córka zawsze coś przywiezie do jedzenia. Więcej mi nie trzeba. Resztę mam - drzewo do pieca, ubranie, lodówkę, telewizor, garnki. Da się żyć - odpowiada.

Reklama

Mówi, że nie boi się mieszkać sama.

- A czego mam się bać? Bać to się można było kiedyś, po wojnie, jak rodzinę trzeba było wykarmić, a nie było czym. A teraz? Dach nad głową mam, ogródek, światło, zawsze jakieś zajęcie, kota. Nawet śmieci przyjadą i zabiorą. Mam pojemnik, nauczyłam się już oddzielać szkło, plastik. Wokoło ładnie, czyste powietrze. Droga blisko - też spokojna, bo rzadko nią jeżdżą, tylko na Spasa to już się tutaj robi, że ho ho. Idą i jadą. No ale jak święto, to święto. Przyjechałby pan latem i zobaczył jak tu pięknie. Zielono wokoło, skowronki śpiewają - wyjaśnia.

Reklama

Złodzieje? Przestępcy?

- Nie boję się. A czego tu mają szukać. Nic nie mam poza tym, co córka przywiezie. Nawet grosza nie mam przy sobie. Córce oddaję. Co bym tu kupiła? Gdzie? Pekaesu nie ma. Gdzie pojadę? Czym? Po co? A w domu mam tylko to, co mi potrzeba. Bez luksusów. Piec, stół, łóżko. I kot. Wystarczy. Raz tylko tacy byli, co po domach chodzą i chcą, żeby coś kupić. Talerz chcieli sprzedać do telewizji satelitarnej. A po co mi to? Ale potem córka kupiła.

Nie lepiej byłoby zamieszkać u córki, w mieście? Wygoda, do sklepu blisko, ludzie wokoło.

Reklama

- A byłam u niej kilka razy. Zimą. Raz z pół roku. Ale wróciłam w Końskie Góry. Tu moje miejsce. Tutaj mi najlepiej. W mieście nie ma mojego domku, lasów, pola - mówi.

Zapytana, czy orientuje się skąd pochodzi nazwa Końskie Góry, odpowiada: - Oj, coś słyszałam. Podobno jak Potop był - Szwedzki, to tutaj się bili. I dużo koni było. Jakoś tak.

Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. CK

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama