Trzy kilometry od Radziwiłłówki, trzy kilometry od Sokól, cztery kilometry od Grabarki, na skraju ogromnego kompleksu leśnego, sięgającego Białorusi, leży maleńka wioska o dziwnej nazwie Końskie Góry. W samej wiosce nie byłoby nic ciekawego, ot kilka chałup na krzyż, gdyby nie to, że z dawnych, żyjących w niej z dziada - pradziada stałych mieszkańców, obecnie pozostała już tylko jedna osoba. Starsi mieszkańcy odchodzili w sposób naturalny, młodsi opuścili wieś w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia. Jeszcze niedawno było tam dwoje dawnych mieszkańców, ale dziś pozostała tylko pani Irena Wasilewska, mąż niestety zgasł.
Ponieważ od nadejścia jesiennych szarug aż po wiosenne roztopy dojazd do Końskich Gór jest bardzo trudny, panią Irenę zabierze na ten okres do Mielnika jej syn, który dawno już opuścił wieś wzorem innych. Ale wiosną pani Irena wróci na swoje, bo nie chce żyć gdzie indziej. Aż pewnego dnia... Nie, wieś nie zniknie z mapy, choć nikogo z tych, którzy kilka pokoleń wcześniej przesiedlili się tutaj "zza Buga" już nie będzie. Wieś bowiem zaczynają wykupywać nowi ludzie, którzy tutaj będą żyć sobie spokojnie, na uboczu cywilizacji, z wypracowanych przez siebie emerytur. Ale to już będzie inna historia. A skąd nazwa wioski? Ludzie przekazywali sobie legendę, a może prawdę, że dawno temu, w czasach potopu szwedzkiego, na tutejszych pagórkach Szwedzi w bitwie natracili mnóstwo koni, czy też może ruchome piaski pochłonęły wiele ich koni. Po jakimś czasie piaski zaczęły odsłaniać wiele końskich szkieletów, stąd nazwa Końskie Góry.
Tadeusz Sikorski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. TS
Komentarze