Reklama

Kaflarnia city

05/05/2011 18:13
est ich kilku. Ostatnio doszła pani. Mówią o sobie bezdomni. Dwóch z nich nie ma adresu, reszta posiada zameldowanie, ale z niego nie korzysta. Zameldowali się między Górną a Wysoką w Siemiatyczach. Miejsce to nazywają kaflarnia city.

          Przyjaciele?
          Grzegorz ma 31 lat. Pochodzi z Siemiatycz. Kiedy uczył się liceum w Siemiatyczach, nawet nie pomyślał, że może tak skończyć. Miał nawet plany. Chciał pracować. Mówi, że życie zaczęło się chwiać kilka lat temu, kiedy na półtora roku trafił do więzienia. Tamten okres nazywa pochyłą, która cały czas leciała w dół. Najgorzej było kiedy wrócił do Siemiatycz po odsiadce. A już wtedy miał problemy z alkoholem. Długo nie pomieszkał w domu. Wpadł w nieciekawe towarzystwo, awanturował się, pił, wynosił i sprzedawał rzeczy z domu. Od tamtej pory błąka się po Siemiatyczach, nie ma stałego dachu nad głową, pieniędzy. Jego obecne miejsce – kaflarnia city.
          Irek (46 lat). Prosi, by ksywki nie zdradzać. Ma rodzinę, część z niej jest w Belgii. Twierdzi, że żyje już tak ósmy rok. W melinach, u znajomych z takiego środowiska, w kaflarni city. A kim był? Gdzie pracował? Nie chce o tym mówić. Spośród wszystkich bywalców kaflarni ma największe poczucie humoru. Mówi, że humoru dodają mu trunki. Jego obecne miejsce – kaflarnia city.
          Krzysztof (49 lat). W domu nie mieszka trzeci rok. A mieszkał m.in. na Kościuszki, potem w jakimś opuszczonym domu. Też ma rodzinę. I rentę. Ile? Nie chce zdradzić, ale mówi, że mało. Pieniędzmi często dzieli się z kolegami. Czasami kupi im coś do jedzenia, jednak i tak większość idzie na alkohol. Przez ponad 20 lat pracował jako kucharz.
          Ryszard (53 lata). Twierdzi, że był żołnierzem zawodowym i przez lata służył dla kraju. Trudno w to uwierzyć. Ale na pewno pracował w Siemiatyczach jako ochroniarz w jednym z zakładów. Ma zakaz sądowy zbliżania się do żony. Mówi, że groził jej zabójstwem. Wygląda na najbardziej zadbanego – ogolony, z małą bródką, w dosyć czystym sweterku. Ma okresowy zasiłek – 238 zł.
          Pani – nazwijmy – X. Mieszka z nimi od kilku tygodni. Wcześniej przebywała na dworcu PKP w Siemiatyczach Stacji. Stamtąd trafiła do miasta. Poznała kolegów. Też pije, ale większość czasu spędza leżąc na starym materacu. Praktycznie nie wychodzi. Nie da rady i jest schorowana.
          Dlaczego?

          - A gdzie? – odpowiada Irek zapytany o przyczynę egzystencji w drewnianym budynku na terenie kaflarni. – Nie mamy swojego miejsca, więc żyjemy tu. Poprzedni burmistrz, jak robił przydział mieszkań, to nam nie przydzielił.
          - Powiedział, że baraki za Horteksem to budynki eksmisyjne – dodaje Krzysztof.
          - Dlatego nie mamy gdzie swojej d... posadzić i musimy tutaj – wtrąca się Grzegorz. – Ale dobrze nam tutaj. Mamy swobodę. Ja polubiłem to miejsce.
          - Ja też – dodaje Irek.
          - Takie życie wybraliśmy, tak żyjemy. Rodzina nas nie chce, bo pijemy – mówi Grzegorz.
          -
A do tego burmistrza jeszcze nie chodziliśmy. Ale pójdziemy – obiecują sobie.
          Teraz mają dobrze. Jest już ciepło, nawet rankiem nie ma przymrozków. Żyć, nie umierać. Można nawet na dworze się przespać. Gorzej zimą. Wtedy jest ich tu mniej. Nie chcą powiedzieć, gdzie wtedy przybywają. Irek i Grzegorz największe mrozy spędzili tutaj. W kajucie, gdzie przebywają jest jedno okno, więc zasłonili je dużą szmatą. Mimo to i tak do środka sypał się śnieg. Mieli kurtki, okrywali się tym, co było pod ręką. W kącie „pokoju” stoi piec. Stary kaflowy. Mówią, że ciągali skądś drzewo i palili na okrągło. Było cieplej?
          - Jakbyś d... posadził na tym piecu, to byś poczuł ciepło. Powiem tak – do minus trzydziestu wytrzymam. Ale muszę sporo wypić, żeby organizm ciepło trzymał. Jak wypiję, to przetrwam – wyjaśnia Irek.
          Piec to ich jedyne wyposażenie, poza dwoma materacami i kołdrami. Na piecu stoją słoiki z przetworami, pół butelki z octem, jakieś jedzenie zawinięte w reklamówki, papierosy, papiery, puszki, butelki, z boku ubrania. I pleciona torba z napisem „Jerusalem”. To ich cały dobytek.
          - Nie wiem skąd te materace. Jak przyszedłem, to już tu były – mówi Krzysztof. – Ale to jedyny nasz dobytek.
          - Skąd przetwory? Przecież sam ich nie robię. Z piwnic – mówi Irek.
          - My nie kradniemy – wtrąca się Grzegorz. – Jesteśmy przykładnymi obywatelami.
          - Musimy sobie jakoś radzić, nie? I tyle na ten temat – śmieje się Irek.
           Jest tu sporo butelek. W kilku jest woda, w innych wódka i denaturat. Zapach w pomieszczeniu nie sprzyja przebywaniu tam.
          Jak żyć?

          Mówią, że utrzymują się ze zbieractwa. Tak jak niektórzy grzybiarze idą do lasu po grzyby, by potem je sprzedać i mieć parę złotych, tak oni idą na miasto. Penetrują śmietniki, chodniki, blokowiska. Na kilogram trzeba ponad 50 puszek. Najczęściej 56. Cena za kilo – prawie 4 zł. Dziennie można zebrać, jak się dobrze zakręcą, to nawet parę kilo. Ale nie zawsze chce się aż tak wysilać, a i nie każdy da radę cały dzień chodzić po mieście. Zdrowie już nie to. Stąd często proszą znajomych lub przechodniów chociaż o 50 groszy.
          - Różnie wtedy ludzie reagują. Nie ma reguły. Jeden da 5 zł, inny nic. Pamiętam takiego, co beemką pod sklep podjechał. Poprosiłem go o złotówkę. A on mi mówi, żebym do pracy szedł. Skąpstwo – żali się Ryszard.
          Ze zbierania puszek i butelek tygodniowo można zarobić 30-50 zł.
          - Po puszki najlepiej iść rano, bo konkurencja w Siemiatyczach jest spora. Obchodzimy śmietniki, a to zajmuje kilka godzin. Niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy, że zbieranie i sprzedaż puszek to w naszym mieście dodatkowe źródło dochodu dla wielu, nawet pracujących osób – wyjaśnia Grzegorz.
          Zapytany, czy nie wstyd mu grzebać w koszach, odpowiada: - Mówi się, że pieniądze leżą na ulicy, trzeba je tylko podnieść. I to by się w moim przypadku zgadzało. Mam więc wstydzić się podnieść puszkę czy butelkę? Nie wstydzę się.
          Większość z nich chodzi na zupy do „opieki”. Twierdzą, że to wszystko, co dostają od kogoś.
          - Aha, jeszcze jak zajdziemy do sióstr, to kanapek dostaniemy – dodaje Ryszard.
          Skąd pomoc?
          - Dlaczego służba zdrowia odmawia nam pomocy? No dlaczego? Przecież jest demokracja. Jak usłyszą, że to ja albo Irek, to nie przyjeżdżają. Albo nie zawsze przyjeżdżają. I co mamy wtedy robić? – pyta Grzegorz.
          - Nasza nowa koleżanka ma wrzody – dodaje Krzysztof. – Nie w środku, tylko na ciele. Ropne. Może to zakażenie? Potrzebuje pomocy. Ale co mamy zrobić? Przyjmą nas?
          Żalą się też na policję, nie wiedząc dlaczego czasami ich wywozi z kaflarni. Ale zawsze wracają. Bo to ich miejsce.
           - Jak była zima, to owszem – przyjeżdżali tu do nas, zaglądali, pytali czy wszystko w porządku. Bo mogliśmy zamarznąć. Mówili, że zabiorą nas w ciepłe miejsce, ale my nie chcieliśmy. Przetrzymaliśmy – mówi Grzegorz.
          Po trzeźwemu się nie da?

          Mówią, że są niedożywieni. Zresztą na takich wyglądają.
          - Potrzebuję tłuszczu. Sama skóra i kości - tak wyglądam - żali się Grzegorz. - Muszę pić. Jeszcze mogę wypić sporo, ale muszę też zjeść. Kiedyś myślałem, że wystarczy tylko wypić i można przeżyć. Ale nie. Na samym alkoholu długo człowiek nie pojedzie - twierdzi.
          Przypomina sobie też, że był taki czas, kiedy było z nim źle. Kilka tygodni leżał w kaflarni bez jedzenia i wymiotował.
          - Coś mi się w żołądku zrobiło. Chyba się zatrułem. Chłopaki tylko mi naleli szklankę, wypiłem i zasypiałem. Budziłem się, jak w środku mocno bolało. Ciężko było, ale już minęło - wspomina.
          Piją wszystko. Ale najtaniej wychodzi im kupować denaturat. Rozcieńczają go z wodą. - To napój niebiański. Regenerujący – wyjaśniają.
          - Co mamy robić innego? Co nam pozostaje? Żal, smutek, że mamy takie życie. Nie wytrzymalibyśmy tyle po trzeźwemu. Tu nie da się po trzeźwemu siedzieć. Syf, myszy, pająki – dorzuca Irek.
          Higiena od święta?
          Nie myją się zbyt często. Ryszard mówi, że jak się myje, to tylko pobieżnie, bo nie ma gdzie. Najczęściej przepłucze się na pekaesie, w toalecie. Dodaje też, że kąpał się z miesiąc temu, u Florka. Krzysztof twierdzi, że nogi to najczęściej myje w Kamionce. Ale jest ogolony i wygląda na najbardziej zadbanego. Goli się chyba najczęściej z nich. Z kolei Irek twierdzi, że co dwa tygodnie ktoś musi go ogolić. Żeby zbyt mocno nie zarastał. Sam nie da rady. A Grzegorz nie pamięta kiedy mył się ostatnio. Pani X nic nie mówi na ten temat.
          Marzenia?

          Grzegorz: - Posiedzieć z chłopakami na ławce przed blokiem.
          Irek, śmiejąc się: - Albo kryminał, albo na linę. Bo co robić? Długo tak pociągnę? Aha i jeszcze chciałbym, żeby ludzie w blokach balkonów nie zamykali.
          Krzysztof: - Normalne życie dla wszystkich.
          Ryszard: - Może żeby dali większy zasiłek.
          Zapytani, czy chcieliby polepszyć swoją sytuację mówią, że tak. Ale praca na razie nie wchodzi w rachubę.
          - A kto nas zatrudni? Co mielibyśmy robić? Niewiele potrafimy, a zresztą przecież nie damy rady nic robić. Jak przez chwilę idziemy szybszym krokiem, to potem musimy długo odpoczywać. A pracować? Nie dalibyśmy rady – żalą się.
          Przyszłość

          - A jaka nasza przyszłość? Nasza przyszłość to kaflarnia city. To nasze miejsce. Ja zawsze tu wracam. Mamy tu spokój. Z właścicielem kaflarni już nie raz gadaliśmy. Pozwolił nam tu być. Jeszcze parę złotych dał – mówi Grzegorz.
          Irek: - Wolę tu zdechnąć, niż... Przyzwyczaiłem się do tego miejsca, polubiłem je. Nie wiem, czy przywykłbym do innego. Nie wiem jaka będzie moja przyszłość. Do kryminału nie opłaca się iść na dwa lata. Co najmniej na pięć. Dłużej czasu zagrzejesz. Masz dach nad głową. Jedzenie.
          Tylko wypić się nie da.
          Krzysztof: - Nie wiem, ile tu będę siedział. Nie wiem gdzie skończę.
          Ryszard: - Chciałoby się żyć normalnie. Ale weź...
          Wielkanoc

          Mówią, że mieli święconkę. Ktoś im przyniósł. Święta przesiedzieli w kaflarni. Było jajko, sól, chleb, wędlina. Zjedli i popili.
          Czy mogą oni liczyć na pomoc Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Siemiatyczach? Owszem. Ale muszą spełnić kilka warunków. Najważniejszy - przestać pić. Wtedy ośrodek kieruje takie osoby do schroniska. Nawet dadzą na podróż, odzież, jedzenie. Chętnie też wcześniej MOPS skieruje ich na leczenie od alkoholu. Taką propozycję jakiś czas temu dostali niektórzy z nich. Nawet zgodzili się na wyjazd do schroniska. I to wszystko. Przez jakiś czas nie pojawiali się w opiece. Wybrali znowu kaflarnię city.

          Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
        
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama