Do lat 20-stych ubiegłego wieku w naszych stronach nie grano na harmoniach. Kapele wiejskie, weselne składały się z wiolonczeli, którą nazywano basetlą, skrzypiec i bębenka. W latach 30-tych z zachodu, z Austrii, na podlaską wieś przywędrowały harmonie. Nie wyglądały one tak, jak dzisiaj akordeony. Były to najprostsze półtonówki, w których od kierunku ciągnięcia miecha zależała wysokość dźwięku oraz ekskluzywne, bardzo drogie wówczas dwu- i trzyrzędówki.
W Zarębach
Feliks Zaremba urodził się w 1921 roku we wsi Zaręby. Od dzieciństwa jego największym marzeniem było posiadanie własnej harmonii i umiejętność grania na niej. Dziecięce marzenie było tak silne, że nie mogło pozostać niespełnionym. Pan Zaremba jest muzykantem z krwi i kości, takim, o jakich w dzisiejszym, współczesnym, brzmieniu muzyki coraz trudniej. I wcale nie świadczą o tym tytuły czy dyplomy muzycznych uczelni. Od ponad 70 lat przygrywa ludziom do tańca i nieustannie towarzyszy mu w tym harmonia. Choć jak sam przyznaje nie było łatwo. Wiele przeciwności i trudności dnia codziennego musiał pokonać, ale dzięki własnemu uporowi, pomocy rodziców oraz sile muzycznych pasji został muzykantem. O niełatwej drodze do spełniania marzeń i o swojej muzycznej pasji opowiedział nam z najdrobniejszymi szczegółami, z fotograficzną pamięcią odtwarzając to wszystko, co oddało jednocześnie klimat przedwojennego świata wiejskich muzykantów.
Dzieciece marzenia
- Na ustnej harmonijce grałem już wtedy, kiedy miałem 5, może 6 lat. Podziwiali sąsiedzi, że taki mały bąbel i już gra, a niejednokrotnie to i nie wiedzieli, kto gra – zaczyna swoją opowieść harmonista.
W tamtych czasach posiadanie instrumentu nie było rzeczą łatwą, nie tylko ze względu na jego cenę, ale także ze względu na fakt, iż w okolicy instrumenty muzyczne były bardzo mało znane i niewiele z nich można było gdzieś usłyszeć. Nie było wówczas jeszcze harmonii.
- Była wiolonczela, nazywana basetlą, i skrzypki. Jeden melodię prowadził, drugi wtórował – takie były wówczas orkiestry, tak odbywały się wesela i zabawy. Czasem bywały jeszcze bębenki. Harmonie zaczęły wchodzić w latach trzydziestych, ale to musiał być już naprawdę wielki muzyk, jeśli posiadał harmonię.
Półtonówka wuja
Pierwszy kontakt z instrumentem, pewną odmianą dzisiejszej harmonii, możliwy był dzięki jego wujkowi, który mieszkał w Wygonowie. Posiadał on tzw. półtonówkę. A kilkuletni chłopiec korzystał z każdej okazji, by bywać u wuja i mieć styczność z upragnionym instrumentem.
- Gdy poszedłem do szkoły, w roku 1929, moim wielkim marzeniem było, żeby naprawdę być muzykantem. Niestety, pełnej podstawowej szkoły wtedy nie było. W Dziadkowicach było 5 klas i na tym zakończyła się moja edukacja. Interesowała mnie szczególnie historia. Nauczyciela mieliśmy historyka, to był porucznik wojsk przy Piłsudskim, w legionach służył, a nas uczył pisać, czytać i śpiewać. Na skrzypcach fajnie grał. Te wszystkie piosenki o Piłsudskim, jak „Legiony”, „Pierwsza brygada” itp., to wszystko miałem w małym paluszku.
Jakbym się na nowo na świat narodził
Zdobycie własnego instrumentu w tamtych czasach nie było proste. Były to rzeczy bardzo drogie, więc jak miał to zrobić kilkunastoletni chłopiec? Musiał prosić rodziców, a kiedy prośby owe początkowo nie przynosiły efektu, gotów był nawet zostać parobkiem.
- Kiedy skończyłem swoją edukację, poprosiłem tatę, by kupił mi harmonię i nie ustąpię, musi być trzyrzędowa. Ale widzę, że tato się nie śpieszy wcale z kupnem. Byłem najstarszy, potrzebny do roboty, a muzykant to przecież pijak. I tak targowaliśmy się chyba z rok, ale widzę, że ojca nie przekonuję. Harmonia kosztowała wtedy 200 zł, to była równowartość dwóch dobrych krów. A taki wydatek w ciemno nie łatwo było zrobić, bo skąd ojciec mógł wiedzieć, czy ja naprawdę będę na niej grał? Same zdolności to jeszcze nie wszystko. Postanowiłem więc rzucić dom i pójść na służbę, by samodzielnie zarobić na instrument. Uwiązałem sobie mały tobołek, włożyłem tam trochę chleba, kawałek słoniny no i idę w świat – opowiada harmonista.
Takie postępowanie początkowo rozzłościło ojca nastoletniego zapaleńca, nie zgodził się na służbę syna. Widząc jednak, do jakich poświęceń zdolny jest chłopiec, z czasem ustąpił i zgodził się kupić instrument. Jednocześnie ostrzegł, że jeśli kupi harmonię, a Feliks nie będzie na niej grał, to wtedy źle się to skończy. W podciechanowieckiej wsi gospodarz Zaremba kupił 15-letniemu Feliksowi jego pierwszą, prawdziwą harmonię trzyrzędową „Zejbelt”.
- Jakiż ja byłem wtedy zadowolony, jakbym się na świat na nowo narodził. Przyniósł mi ojciec tę harmonię i mówi graj!
Wielkie było rozczarowanie chłopca, kiedy się okazało, że gra na trzyrzędówce jest zupełnie inna, niż gra na półtonówce i że nie potrafi nic na niej zagrać. Duma i młodzieńczy zapał nie pozwoliły jednak załamać rąk. Obiecał ojcu, że następnego dnia zagra „Sto lat”. Obietnicy dotrzymał - ćwiczył i uczył się całą noc. Tak zaczęła się muzyczna edukacja nastolatka ze wsi Zaręby.
Wędrowny cudotwórca harmonii
Początkowo uczył się sam, później pojawili się nauczyciele. Niektórzy z nich byli tylko epizodem w życiu dorastającego harmonisty, inni wywarli ogromy wpływ na jego muzycznej drodze.
- Pierwszy nauczyciel był u nas dwa dni. Tak mi przekazywał te swoje mądrości, że o mało nie zwariowałem. W Lachówce był harmonista, Władek Kościuk, którego później zabili Niemcy. Miał zespół. Tata dogadał się z nim, żeby wziął mnie do nauki. Pojechaliśmy do niego, zgodził się wziąć mnie jako czeladnika, ale w zamian miałem sieczkę rżnąć rękami, obrządki robić, kiedy on pójdzie grać, drzewa urąbać itd. Miałem być więc parobkiem, a wieczorami mieliśmy od czasu do czasu grywać.
Duma gospodarska ojca Feliksa nie pozwoliła jednak na to, by syna oddawać na parobka do jakiegoś marnego gospodarstwa.
- Nie pali się. Masz co jeść, masz harmonię i sam się powoli ucz.
Istotne znaczenie nasz rozmówca przypisuje zwłaszcza jednemu nauczycielowi.
- Po sąsiedzku mieszkał harmonista, muzykant. Chodził po weselach, grał. Pochodził ze Stadnik, nazywał się Mariański. Strasznie go ubóstwiałem i miałem za ogromnie bogatego człowieka, bo miał harmonię i potrafił na niej grać. Do niego przyjechał człowiek nazwiskiem Piesiak. Włóczęga gdzieś z Warszawy, grał, reperował instrumenty, stroił je itd. Kiedy usłyszałem jak gra, pomyślałem, że to jakiś święty, cudotwórca. Miałem wtedy 15 lat. Wstydziłem się tam iść, ale słuchałem jego grania z daleka i myślałem sobie "Boże, żebym ja chociaż trochę podobnie umiał grać jak on".
2 zł za kawałek
Nieśmiały chłopiec wysłał swojego ojca jako mediatora do Piesiaka. W imieniu syna miał poprosić, by ten przyszedł do ich domu i pokazał chłopcu, jak się gra na takiej harmonii. Piesiak zgodził się. W ciągu niespełna dwóch dni nastoletni harmonista nauczył się 5 utworów. Oczywiście trochę to kosztowało. Za nauczenie jednego, tzw. kawałka trzeba było zapłacić 2 zł. Była to dość wysoka stawka - równowartość dwóch lub czterech dniówek pracy (za cały dzień młócenia cepem parobek dostawał wówczas złotówkę, a kobieta za cały dzień zbierania ziemniaków otrzymywała 50 groszy). Nie tani, ale dobry nauczyciel, bo dbał nie tylko o postępy w nauce swojego ucznia. Młodzieniec tak chłonął tę muzykę, mógł uczyć się dniami i nocami, że czasami Piesiak wręcz zmuszał go do robienia przerw. Na siłę wyciągał na spacery, by nieustająca nauka nie odbiła się na zdrowiu chłopca.
Pierwsza zabawa
Pierwszą zabawę, w 1936 r., na której grał jako 15-latek i zarabiał już swoje własne pieniądze, Feliks Zaremba pamięta dokładnie. Może to za sprawą budynku, w którym zabawa się odbyła, bowiem każdego dnia ogląda go z okien swojego domu.
- Było w naszej wsi koło Związku Strzeleckiego. Kiedy usłyszeli jak gra Piesiak i że na dwie harmonie potrafimy już zagrać te kilka utworów, zgodzili nas na zabawę. Przyszły na nią tłumy. Od tego czasu zacząłem grać na swoją rękę.
Początkowo grywał sam. I jak mówi, pieniądz był dobry, ale trzeba było na niego ciężko zapracować. Na każdą imprezę trzeba było dojść pieszo. Pomieszczenia, w których odbywały się wesela, zabawy były bardzo małe, muzykant nie miał wydzielonego miejsca. Czasem tłok był tak duży, że trudno było ręką ruszyć. Pan Feliks pamięta do dzisiaj swoje pierwsze, samodzielnie grane utwory – polka „Michałowo nie popychaj” i taniec „Kontro”. Był to dość popularny taniec na Podlasiu, tańczony na zabawach, grupowy, na 4,6,8 lub 12 par.
Kapela
Pierwszy zespół był dwuosobowy i można powiedzieć rodzinny. Feliks grywał razem ze swoim, 4 lata młodszym, bratem. Harmonia i samodzielnie zrobiony bębenek (szczegółowo opisał nasz rozmówca elementy, z których był on wykonany: dwie skóry z cielaków, obudowa z kawałka blachy, dwie obręcze, śruby) wystarczyły. Dodajmy, że bębenki robiono także ze skór psów. Z czasem zespół się rozrastał, zmieniał się jego skład instrumentalny – czasem była trąbka, klarnet, potem skrzypce.
- Miałem kilku skrzypków. Zmieniali się, bo nie wszyscy mi odpowiadali. Dobry muzykant musiał być zgrany, mieć umiar w alkoholu, a przede wszystkim mieć chęć. Muzykant musi stale się uczyć. Namówiłem szwagra z Korzeniówki, nauczyłem go na tych skrzypkach grać. Nazywał się Kosiński. Miał piękny głos do śpiewu, był przystojny, dobrze się prezentował, grałem z nim kilka lat. Trochę grałem też z Fredkiem Zarzyckim i z Kociołkowskim z Siemiatycz. Tak zarabiałem. W 1946 roku kupiłem sobie w Warszawie nową harmonię „Meyera”.
Muzykant i społecznik
Zarabiał tak, choć wcale nie musiał tego robić. Gospodarstwo ojca prosperowało nieźle, potem jego własne również. Granie to była silna pasja, której nie mógł się oprzeć, ale przecież nie jedyna. Równie mocno tkwiły w nim pasje społecznikowskie. Starał się nadążać za wszelkimi nowinkami rolniczymi, wprowadzał innowacje, był pomysłodawcą wielu inicjatyw we wsi.
Po latach
Od tamtego czasu minęło wiele lat. Mamy XXI wiek, a Feliks Zaremba wciąż gra. Dwa tygodnie temu mogliśmy słyszeć go na żywo, na ulicy przy redakcji naszego tygodnika. Muzycznym bakcylem zaraził też swojego syna, Andrzeja, który wtóruje ojcu na saksofonie altowym. Tym, którzy z różnych powodów nie mogli być naocznymi świadkami tego wydarzenia przypominamy, że uliczne występy kapel rejestrujemy i można je oglądać w Internecie.
Tacy ludzie jak Feliks Zaremba to kopalnia wiedzy dla młodszych pokoleń. Żadne monografie, żadne prace naukowe nie oddadzą tak dokładnie atmosfery przedwojennej wsi ze wszystkimi jej kolorami i tradycjami. Podczas spotkania z naszym rozmówcą doszliśmy do wniosku, że warto by wiele aspektów tamtego życia opisać i utrwalić, np. dawne podlaskie wesele wraz z obyczajami i utworami, które grano w różnych jego momentach.
Panu Feliksowi życzymy zdrowia, by jak najdłużej mógł nas bawić swoją muzyką.
Ewa Magdalena Iwaniak, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. EMI
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze