Reklama

Granice wytrzymałości

05/04/2009 21:36
Marek Gulan z Mierzynówki został skazany na prawie dwuletnią karę pozbawienia wolności za to, że wbrew wyrokowi sądowemu ukrywał córkę, nie chcąc oddać jej matce. Sąd penitencjarny zezwolił mu na przerwę w karze do czerwca.
          Od początku lutego wiadomo, że prezydent wszczął procedurę ułaskawienia. Prezydent potrzebował dokumentów z Sądu Rejonowego w Bielsku Podlaskim i wniosku Prokuratora Generalnego. Te do tej pory nie wpłynęły do kancelarii prezydenta. Pan Marek cały czas ma nadzieję, że wszystko się uda.
          - Nie czuje się pan zmęczony?
          - Na pewno tak. Już straciłem rachubę, ile spraw sądowych mam za sobą, a wiem, że w kwietniu jeszcze cztery przede mną. Najgorsze jest to, że te wszystkie sprawy, to całe zamieszanie to jakaś zemsta byłej żony, tylko nie wiem za co. Nawet teraz, jak okazało się, że prezydent wszczął procedurę o ułaskawienie, to do kancelarii prezydenta wysłała pismo, które zresztą wysyła wszędzie, że ona nie prosi, ona błaga, by mnie nie wypuszczano na wolność. Nie wiem, może ma nadzieję, że przez ten czas dzieci zapomną o mnie?
          - Nawet ostatnio jak byliśmy w RODK (Rodzinny Ośrodek Diagnostyczno-Konsultacyjny) w Warszawie, spotkaliśmy rodzinę co się rozwodziła - dodaje mama pana Marka, pani Zofia Gulan. - Też mieli dzieci. Bardzo się dziwiłam, kiedy okazało się, że są w trakcie rozwodu. Oni normalnie ze sobą rozmawiali, ustalali na spokojnie, że ten pan po dzieci przyjedzie, o której godzinie i tak dalej. Spokojnie rozmawiali, nawet przyjaźnie, bez pretensji. A tu, u nas... Wszystko się robi, by dzieci zapomniały i o ojcu i o dziadkach.
          - Ma pan problemy ze spotkaniami z dziećmi?
          - Tak. Między innymi to kolejna sprawa, która mnie czeka. Podałem byłą żonę do sądu, bo utrudnia mi widzenia z dziećmi. Mam ustalone spotkania z dziećmi co dwa tygodnie, u niej w domu, w Warszawie. Zdarza się, że zajeżdżam i nie zostaję wpuszczony do domu. Zdarza się, że wzywana jest policja, że ja niby zakłócam spokój, tak jak ostatnio - zajechałem do szkoły, chciałem porozmawiać o postępach w nauce moich dzieci, ale została wezwana policja, bo ja nie mam prawa się tym interesować. Musiałem pokazywać wyrok sądu.
          - Cały czas ma pan przy sobie dokumenty sądowe?
          - Tak, bo sam też czasami muszę wzywać policję, ponieważ żona i jej matka uniemożliwiają mi spotkanie się z dziećmi. Albo wymyślają, że miałem widzenie, a nie przyjechałem, albo że stałem pod domem, a nie wszedłem do mieszkania i jeszcze świadków przedstawiają, którzy rzekomo widzieli mój samochód. Jaki dla mnie sens jechać do Warszawy i wystawać pod domem? Albo zarzucają mi, że mam widzenie w godz. od 9.00 do 17.00, a przyjeżdżam później, że się spóźniam. A ja mam gospodarstwo, zwierzęta, którymi też muszę się zająć, zrobić obrządek. W Warszawie są korki, nie zawsze dobra jest droga do Warszawy. Trudno co do sekundy zaplanować przyjazd.
          - Nie miał pan chwili zwątpienia? Nie pomyślał pan „rzucę to w diabły, po co mi te problemy”?
          - Powiem szczerze, że tak. To normalne, bo każdy człowiek ma jakąś granicę wytrzymałości. Gdyby dzieci nie były tak za mną, pewnie bym się poddał. Ale wiem, że one chcą mnie za ojca, kochają mnie, czekają na każdy mój przyjazd.
          - Agatka pamięta jak nazywają się nasze krowy, pamięta jak stały w chlewie, gdzie której było miejsce - dodaje mama pana Marka. - Dzieci chcą nas znać, chcą mieć dziadków. Jak spotkaliśmy się w RODK, Agatka poprosiła mnie „babciu przywieź mleczka z szumkiem”. Ona uwielbiała takie mleko prosto od krowy.
          - Zajechałem na święta Bożego Narodzenia. Przebrałem się za Mikołaja. Proszę mi wierzyć - dzieci były rozczarowane, że to przyszedł Mikołaj. Agatka powiedziała, że oni na tatę czekają, bo miał dziś przyjechać. Jak coś takiego się słyszy, wtedy odchodzi zwątpienie w sens walki o dzieci. Może to nawet nie tyle, że upieram się żeby były u mnie na wsi, chcę normalnie je widywać, zabrać czasami do siebie, na święta czy na wakacje. Chociaż też uważam, że u mnie miałyby lepiej. Tam w Warszawie mieszkają w centrum miasta, w komunalnym budynku, małej klitce, ani podwórka, ani placu zabaw. Ale trudno, tak postanowił sąd.
          - Ale na początku pan się nie zastosował do postanowienia sądu.
          - Wiem, źle zrobiłem, nie powinienem był tak zrobić. Ale proszę też zrozumieć, że co mogłem sobie myśleć, kiedy matka Agatki wyjechała, w ogóle się z dzieckiem nie kontaktowała?
          - Przecież ona była jeszcze tak mała, że w pampersach chodziła, trzeba było ją wychować, dopatrzeć. A kiedy chciałam się spotkać z wnukami, to mi ich matka drzwi przed nosem zamknęła i powiedziała, że nikt mnie nie prosił o wychowywanie dzieci. Mogli syna ukarać grzywną, ale więzieniem?! Tyle morderców na wolności chodzi.
          - I miałem oddać dziecko kobiecie, której ono wcale nie znało? Mówiłem, prosiłem żonę: „nam się nie udało, ale dziecko musi cię poznać, przyjeżdżaj do nas jak najczęściej, przecież nie wyganiam, nie biję”. Agatka znowu prosiła „tato nie oddawaj mnie, ja chce być z tobą”.
          - Chciałby pan cofnąć czas?
          - Trochę tak, wtedy nie związałbym się z tą kobietą, zastanowiłbym się nad jej rodziną. Ona miała to samo, co teraz funduje swoim dzieciom. Też nie miała ojca, też spotykała się z nim ukradkiem, kiedy matka nie wiedziała. Oszukiwała ją, że jedzie do koleżanki, a spotykała się z ojcem. A moje dzieci teraz mówią do mnie, że też będą do mnie przyjeżdżać, jak będą większe, jak mama nie będzie wiedziała. To moja była teściowa namawiała żonę, by ode mnie odeszła, jeszcze mówiła „zrób to teraz, póki dzieci małe, wiem to z doświadczenia”.
          - Do czerwca ma pan przerwę w odbywaniu kary, prezydent zgodził się wszcząć procedurę ułaskawienia. Co teraz jest dla pana najważniejsze?
          - Wszystko się ociąga, sąd nie przesłał jeszcze dokumentacji. Bo czegoś brakuje. A ja przeglądałem moje akta. W zaklejonych kopertach były wszystkie opinie, wszystko było gotowe. Powiedzieli nawet, że mogę je obejrzeć w obecności pracownika sądu. Czemu tak to się odwleka? Za kilka miesięcy będzie czerwiec i będę musiał wrócić do więzienia. A tu zaraz wiosna, trzeba orać, siać. Rodzice są starsi, schorowani. Tato teraz w szpitalu. Mama nogę miała skręconą - krowa ją popchnęła, a jak trzeba było do sądu przyjechać, to na dwóch kulach przyjeżdżała.
          - Ja już siedemdziesiątkę mam na nosie. Poprzednio, jak pani była, krowa się cieliła. Trzeba było sąsiadów wołać, bo Marek był w Białymstoku w sądzie. Dziś w nocy prosiła się maciora, syn całą noc nie spał. Sami starzy tego nie upilnujemy. Zresztą po to przekazywaliśmy gospodarstwo, by nas syn do śmierci dochował. A tak? Gospodarstwo podupadnie, syn w więzieniu, kto pić poda, nakarmi?
          - Sądy twierdzą, że gospodarstwo dobrze funkcjonuje, ale przecież musi funkcjonować, bo mam alimenty, na dzieci płacę 1.050 zł. Z czegoś muszę mieć te pieniądze. Kto to utrzyma, jak mnie nie będzie? Sędzina w Warszawie zapytała mnie, co ja teraz mam za robotę w gospodarstwie, przecież jest zima. Też mam żal do komornika, bo jak siedziałem, to ściągał alimenty z wypłat za mleko, na wniosek byłej żony, a mama swoją drogą płaciła. Więc szły podwójne alimenty. Teraz niby się gdzieś tam ktoś dopatrzył, mają zwracać te niesłusznie pobrane pieniądze. Najważniejsze teraz, by prezydent ułaskawił mnie, by wysłuchał. Czuję duże poparcie, i to zarówno sąsiadów, którzy pomagają rodzicom jak mnie nie ma, stowarzyszeń obrony praw ojca, ale też i zupełnie obcych mi ludzi. Dzwonią, pytają jak mogą pomóc, bo usłyszeli lub przeczytali o mojej sprawie. A sąd ociąga się z przesłaniem papierów. Nie ustanę w walce o dzieci, w Wielką Sobotę wypada „moja sobota” (dzień widzenia się z dziećmi). Złożyłem wniosek do sądu o możliwość zabrania dzieci na Święta Wielkanocne. No i zajmę się swoim zdrowiem i gospodarstwem.

          Anna Kondraciuk, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. AK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama