Prawosławny dom pomocy społecznej na Grabarce działa już 13 lat. W kwietniu 2000 r. władze nurzeckiej gminy przekazały budynek na cele pomocy społecznej, a dwa miesiące później rozpoczął się jego remont. Wcześniej była tam szkoła podstawowa. Obiekt kilka lat stał pusty.
Przeprowadzenie prac remontowo - adaptacyjnych możliwe było dzięki pomocy metropolity Sawy i Diecezjalnego Ośrodka Miłosierdzia Diecezji Warszawsko - Bielskiej, Klasztoru śww. Marty i Marii na Grabarce, dofinansowaniu z funduszu kościelnego oraz ofiarom wiernych.
Rozmawiamy z dyrektorem ks. Ignacym Pytlem, jednocześnie proboszczem parafii na św. Górze Grabarce.
- Każde dzieło rodzi się w bólach - mówił Metropolita Sawa, 5 kwietnia 2000 r., podczas wyświęcenia tego domu. Co trzeba było zrobić, aby przyjąć pierwszych pensjonariuszy?
- Skoro zaczynamy o bólu, to trzeba powiedzieć, że był to ból głowy - jak znaleźć środki na wykonanie ogromnej pracy, by to funkcjonowało. Trzeba było oddać do użytku kuchnię, pokoje, łazienki, korytarze, bo w chwili przejęcia budynek był praktycznie normalną szkołą, sale lekcyjne wymagały przebudowy. Niektóre trzeba było powiększyć, inne przegrodzić. Najbardziej intensywne prace trwały około dwóch lat. Powstały pokoje, ładniejsze korytarze, łazienki, wymieniliśmy część kanalizacji, okna. Pomijając koszty przyświecała temu decyzja oraz błogosławieństwo metropolity Sawy. Była też i determinacja, już na początku, pensjonariuszy. Otóż jak jeszcze trwał remont, w 2000 r., przybyła tutaj jedna osoba i powiedziała, że nie pójdzie nigdzie, bo nie ma gdzie. Zgodziła się na warunki i została. To też niejako był znak, że może całość uda się wyremontować i jakoś kiedyś zacznie ten dom funkcjonować. Potem wprowadziły się cztery osoby z tutejszej parafii.
- O potrzebach domu oraz stale postępujących remontach i budowie rozmawialiśmy pieć lat temu. Co zmieniło się od tamtej pory?
- Przede wszystkim elewacja, budynek został ocieplony, pomalowany, mamy też windę dla niepełnosprawnych. Oddana została do użytku dwa lata temu. Z windą wiązało się też być albo nie być tej instytucji. Winda - spełniająca unijne normy jest podstawowym wymogiem, a brakowało na nią pieniędzy. Gdyby nie było windy, dom musiałby być zamknięty. Jednak metropolita Sawa mówił - nie rezygnujemy. Więc robiliśmy kwesty, zbieraliśmy pieniądze, po pewnym czasie pojawili się sponsorzy i to im zawdzięczamy nie tylko windę, ale i nasz byt. Problem był też tej natury, że winda musiała być zlokalizowana na zewnątrz budynku, bo wewnątrz nie było na to miejsca. Miejsce to znalazłoby się, ale po kolejnej kosztownej przebudowie, bo korytarze - jak to było w szkole - mamy wąskie, pewnie też trzeba byłoby przebudować lub zlikwidować inne ważne i potrzebne pomieszczenia. Ale udało się. Od dwóch lat mamy windę.
- Jakie są jeszcze potrzeby?
- Trwa budowa budynku gospodarczego. Będzie w nim garaż, pomieszczenie warsztatowe dla pensjonariuszy i zapasowa kuchnia, z tradycyjnym piecem na drewno, jakie są w starych domach, by można było z niej korzystać kiedy nie będzie prądu czy gazu. Kolejnym naszym celem, na razie marzeniem, będzie oczyszczalnia ścieków. Ścieki to chyba jedna z naszych najdłuższych bolączek. Odbiorca z okolicy wozi je do oczyszczalni w Siemiatyczach. To spore ilości. Pensjonariusze to w większości ludzie mocno schorowani. Bywa, że ktoś nocą odkręci wodę i nie zakręci jej. Za nim dopatrzymy tego, sporo jej uleci. Tak więc ścieków jest dużo. A znajdujemy się na pograniczu gmin Nurzec Stacja i Siemiatycze i z tego co wiem, na razie samorządy nie mają bliskich planów skanalizowania tych rejonów. Może więc uda się wybudować własną oczyszczalnię? A może będziemy korzystać z tej klasztornej?
- Ile jest teraz pensjonariuszy?
- Pierwsi pensjonariusze byli tu w 2000 r. Teraz jest ich 24 - tyle, ile mamy miejsc. Więcej nie możemy przyjąć, bo nie będziemy spełniać wymogów. Na jedną łazienkę może przypadać tylko pięć osób. Chyba, że dobudujemy dodatkowe skrzydło, ale to nowe koszty i na razie nie jest to możliwe.
- Czy zapotrzebowanie na takie domy rośnie?
- Tak. Mamy kolejkę. Obecnie na przyjęcie oczekuje dziesięć osób. Maksymalnie dwie damy radę przyjąć w tym roku. A resztę? Trudno powiedzieć.
- Przebywający w domu pochodzą z tych terenów?
- Między innymi. Są też z Gdańska, Białegostoku, Warszawy. Najstarsza osoba ma 97 lat, najmłodsza 65. Część umieściła tutaj rodzina, część z nich sama chciała tu zamieszkać. Jest też jeden bezdomny, z Gdańska, mający zasiłek.
- Wszyscy są chorzy?
- Prawie. Przyjmują leki, mają diety itd. Znajdują się pod stałą opieką lekarską, mamy na miejscu pielęgniarki. Trzeba dodać, że oprócz schorzeń fizycznych niektórzy znajdują się w różnym stanie psychicznym, część w ciężkim. Staramy się temu jakoś zaradzić.
- Przebywający w domu to prawosławni?
- I katolicy. Nie ma z tym żadnego problemu. To jedna wiara. Nikt tutaj na to nie patrzy, nie ocenia człowieka pod tym względem. Celem jest godna starość.
- W jaki sposób dom zaopatrywany jest w żywność i inne rzeczy codziennego użytku? Często bowiem księdza widać w sklepach w Siemiatyczach.
- Bo sam kupuje takie rzeczy. Od lat. Nie zamawiam produktów w sklepach czy hurtowniach, tylko wsiadam w swój samochód i jadę do sklepów. Mam listę potrzebnych produktów, widzę co kupuję, mogę codziennie coś przywieźć. Taki sposób jest najwygodniejszy.
- Pensjonariusze utrzymywani są ze swoich rent i emerytur. Ile płacą za pobyt? Jaka to część utrzymania domu?
- Miesięczny koszt to 1.600 zł. Razy 24 osoby daje jakąś sumę, ale to tylko część utrzymania domu. Gdyby nie datki wiernych i sponsorzy, to nie byłoby nas stać na funkcjonowanie - mamy dużo opłat, zatrudniamy personel itd. Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim darczyńcom za ofiary, m.in. lokalnym, którzy wspierają nas systematycznie i w tym przypadku nie mogę nie wspomnieć o pani Annie z Siemiatycz.
- Dom opieki odwiedzają dzieci i młodzież ze szkół.
- To już taka nasza tradycja, że nauczyciele z dziećmi przyjeżdżają przy jakiejś okazji - bożonarodzeniowej z jasełkami, na dzień babci i dziadka itd. Ostatnio była młodzież z Eleosu z Mielnika, częstymi naszymi gośćmi są uczniowie ze szkoły podstawowej w Szerszeniach, proboszcz Grzeszczuk z parafii katolickiej w Siemiatyczach Stacji sam przywozi tu dzieci z przedstawieniami. Kilka lat temu nauczycielka z ZSR Czartajew przywoziła swoim samochodem kilku uczniów - wolontariuszy, by poznali specyfikę pracy z takimi ludźmi, opiekowali się nimi, zajęli im czas, pomogli, może spokornieli.
- Ile jest takich prawosławnych domów opieki w Polsce?
- Cztery na Podlasiu, są też w kraju, ale nie ma ich dużo. Na Podlasiu najwięcej.
- Dziękuję za rozmowę.
Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz fot. CK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze