Reklama

Emigranci emigrantom. Jak Polacy pomagają w Belgii i Wielkiej Brytanii

- Polacy mają poczucie, że wspomagają lokalne działania w Belgii, a Belgowie, że integrujemy się z nimi – mówi Jack Waldhaus, jeden z pomysłodawców inicjatywy „Sztab Pomocy Belgia”.

        Zaczęło się od grupy przyjaciół, cel był prosty – informowanie Polaków znajdujących się w Belgii o tym, co dzieje się na terenie kraju w związku z pandemią koronawirusa. Oficjalne działania sztab rozpoczął już 14 marca, czyli na kilka dni przed tym, jak belgijski rząd zdecydował o zamknięciu granic w kraju i podobnie jak inne państwa, ograniczeniu przemieszczania się obywateli.

       - W przestrzeni publicznej jest bardzo dużo informacji, przesiewamy je. Nie tłumaczymy artykułów z gazet. Korzystamy ze sprawdzonych źródeł takich jak Narodowe Centrum Kryzysowe. Nawet jeśli nasi „konkurenci”, w tym samym czasie publikują informacje o wszystkim. W naszym przypadku to kilka wiadomości dziennie. Koncentrujemy się na tym, żeby rzeczywiście były w stu procentach pewne i sprawdzone – mówi Jack Waldhaus, jeden z koordynatorów.

Reklama

       Pomoc polskim emigrantom, zwłaszcza psychologiczną, zaoferowały też Polskie Centrum Zdrowia Seksualnego w Londynie oraz warszawskie Stowarzyszenie Młodej Polskiej Emigracji przy współpracy z Polskim Uniwersytetem na Obczyźnie. W odróżnieniu od „Sztabu Pomocy Belgia”, z infolinii „coronaHELPLINE” korzystać mogą wszyscy Polacy przebywający na terenie UE. Wg statystyk 85% korzystających z londyńskiej infolinii, to Polacy zamieszkujący W. Brytanię, a 15% pochodzi spoza Wysp Brytyjskich. Wśród nich przeważają ludzie mieszkający w Polsce. Inicjatywa zrodziła się na seminarium doktoranckim, projekt ruszył 19 marca, a jego koordynatorką jest dyrektorka PCZS w Londynie, dr Grażyna Czubińska.

      - Mamy dwa podstawowe obszary pomocy: informacyjny nt. wszelkiego rodzaju wsparcia i zasiłków, kwestii administracyjnych, problemów zdrowotnych i obszar terapeutyczny. Grupa udzielająca konsultacji i wsparcia psychologicznego liczy 13 osób. Są to specjaliści różnych dziedzin - od nauk o zdrowiu, psycholodzy, pracownicy socjalni, pedagodzy, a także eksperci, którzy weryfikują fakenewsy. Współpracujemy też z grupą badaczy z Polskiej Akademii Nauk i SWPS-u, którzy przeprowadzili w Polsce badanie dotyczące lęku. Kontynuujemy je, uzupełniając o kwestie związane z lękami emigrantów – mówi dr Czubińska.

Reklama

    

     Lęk przed izolacją i oprawcą

      Do trzyosobowego zespołu inicjatorów „Sztabu Pomocy Belgia”, którymi są Jack Waldhaus, Marta Pytel, Sebastian Gojdź stopniowo dołączali inni. Od samego początku zależało im na tym, żeby przedsięwzięcie było apolityczne i łączyło ludzi z różnych środowisk. Ze względu na ułatwienia w kontaktach z instytucjami belgijskimi, całą akcję od strony formalnej koordynuje Biuro Regionalne Województwa Zachodniopomorskiego.

      Już po trzech dniach funkcjonowania sztabu okazało się, że prowadzenie strony internetowej czy kontakt poprzez media społecznościowe, to zdecydowanie za mało. Z pomocą przyszedł sztab Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Belgii. Dzięki niemu możliwe było utworzenie profesjonalnej centrali telefonicznej z belgijskim i polskim numerem, na który mogą dzwonić Polacy przebywający w Polsce, których bliscy znajdują się w Belgii.

Reklama

Infolinię łącznie obsługuje 30 wolontariuszy, w tym dwóch księży: z parafii katolickiej i prawosławnej. Pracują w trybie zmianowym od poniedziałku do piątku w godzinach od 8.00 do 20.00 i w weekendy od 10.00 do 18.00. W ten sposób przeprowadzili już ponad 1200 rozmów. Pomagają dzwoniącym kontaktować się z polskimi lekarzami, załatwić sprawy dnia codziennego, udzielają wsparcia psychologicznego osobom zakażonym.

       - Podjęliśmy decyzję o tym, że podajemy tylko swoje imiona, nie podajemy miejsca, z którego pochodzimy. To naprawdę niesamowite ile różnych środowisk się w to włączyło! Mieliśmy bardzo trudne przypadki. Np. Polaków, którzy zmarli na koronawirusa w Belgii. Potrzebna była pomoc psychologiczna i instytucjonalna w dotarciu do ambasady, pomoc już po przyjeździe żony zmarłego do Belgii. Najcięższa sytuacja miała miejsce, kiedy jeden z obywateli Polski był na intensywnej terapii i wszystko wskazywało na to, że zostanie odłączony od respiratora – opowiada Jack Waldhaus.

Reklama

      Waldhaus dodaje, że pomoc psychologiczna jest kluczowa. Ludzie obawiają się o pracę i dochody, tracą je. Pracownicy delegowani z jednej strony nie mogą wrócić do kraju, a z drugiej pracować na miejscu. Wielu osobom trudno poradzić sobie ze spędzaniem wspólnego czasu w domu. Niebieska linia, która funkcjonowała w sztabie na początku, została przekształcona w oddzielne centrum kryzysowe dla osób poszkodowanych w wyniku przemocy domowej. Wzrost przemocy domowej oraz konfliktów potwierdza również dr. Grażyna Czubińska.

      Odwołam się do statystyk ogłoszonych tydzień temu w Wielkiej Brytanii. Podano, że zanotowano ok. 20% więcej zgłoszeń dotyczących przemocy. Jaki procent naszej pomocy, związany jest z przemocą domową, tego dowiemy się dopiero za kilka miesięcy, kiedy przeprowadzimy kolejne badania. Wiadomo, że na ograniczonej, zamkniętej przestrzeni występują takie akty. Wtedy ofiara jest ofiarą podwójną. Po pierwsze sprawcy, po drugie izolacji. Ważne, żeby w takiej sytuacji wiedzieć dokąd się zgłosić – komentuje badaczka i zauważa, że to jak radzimy sobie z relacjami rodzinnymi, zależy od naszych kompetencji osobistych – Oczywiście mogą i pojawiają się konflikty. Wszystkie „pęknięcia” w relacjach zaczynają się pogłębiać, narasta agresja, niechęć, a z drugiej strony może być pozytywnie. Mamy więcej czasu na to, żeby pobyć ze sobą, z dziećmi. Wszystko ma swoje plusy i minusy. To, czego jest więcej, zależy od wewnętrznych kompetencji człowieka. Przede wszystkim trzeba nauczyć się rozmawiać z bliskimi. Podzielić czas między pracę, którą możemy w wielu wypadkach wykonywać zdalnie, a rodzinę.

Reklama

      Aby ludziom łatwiej się żyło, musi być prowadzona sensowna profilaktyka życiowa, czyli edukacja seksualna. Uwaga, słowo „sex” oznacza „płeć”, nie zachowania seksualne. W tym całym pojęciu to malutki wycinek. Jeżeli zdobędziemy te kompetencje osobiste w procesie wychowawczym i zaakceptujemy siebie, to będziemy akceptować również innych. W związku z tym łatwiej będzie nam się komunikować. A komunikacja werbalna i niewerbalna to podstawowe narzędzie społeczne człowieka – wyjaśnia badaczka.

       Belgowie dziękują Polakom

Reklama

       Oprócz psychologicznego, belgijska infolinia ma kilka innych działów, w tym pomoc żywnościową. A sztab nie poprzestaje wyłącznie na udzielaniu telefonicznych porad.

        - Trzy tygodnie temu zorganizowaliśmy zbiórkę żywności. W akcję włączyła się Ambasada RP oraz różne środowiska polonijne: sztab WOŚP, polskie sklepy, firmy należące do Polaków oraz osoby prywatne. Mamy spory zapas jedzenia. Każdy, kto zgłasza się z prośbą o pomoc, dostaje paczki żywnościowe, materiały higieniczne. Sami je dowozimy. W tej chwili to jeden z najważniejszych działów. Regularnie wspieramy rodziny w trudnej sytuacji i osoby samotne – mówi sztabowiec.

Reklama

      Poza żywnością zbierano również pieniądze, które zostaną przeznaczone na dalsze wsparcie osób w kryzysie, również w kryzysie bezdomności.

       - Obecnie Polacy, którym w ten sposób pomagamy to grupa 50 osób. Belgowie wiedzą gdzie zgłosić się po pomoc, a Polacy są dość oporni. Niestety jest ich bardzo dużo. Nie mogą zbierać na ulicy pieniędzy, nie mogą zbierać żywności, bo automatycznie są zatrzymywani przez policję. W wielu przypadkach są to wykształceni i młodzi ludzie, którzy w pewnym momencie stracili pracę, dom. Przed powrotem do Polski powstrzymuje ich wstyd, że nie poradzili sobie za granicą. Mamy wolontariusza, który wyszedł ze środowiska bezdomnych i doskonale sobie poradził, więc wie jak z nimi rozmawiać, jak do nich trafiać. Są wdzięczni za pomoc tak, że aż serce rośnie i chce się pomagać. Ogromnie doceniają to, że inni myślą o nich w tym momencie – mówi Jack Waldhaus.
      Pierwotnie sztab miał pomagać tylko polskim emigrantom, dziś widząc i doceniając aktywność organizacji, o wsparcie coraz częściej proszą Belgowie. Wolontariuszki m.in. z okolic Siemiatycz szyją więc maseczki w ramach współpracy z gminami Brukseli: Jette i Ixelles, Woluwe Saint Pierre oraz dla French Community Commission – Cocof. Dotąd uszyto ich ok. 1800, trafiają do placówek społecznych oraz zdrowotnych na terenach gmin. Powstał też czteroosobowy zespół do produkowania przyłbic ochronnych na 100 drukarkach 3D. Przyłbice, na prośbę tamtejszego gubernatora, trafią do Liege.

Reklama

       - Sami zorganizowaliśmy grupę szwaczek i zgłosiliśmy chęć pomocy. Potrzebujemy ochrony w przestrzeni publicznej. Kiedy idziemy do apteki, jedziemy autobusem czy idziemy do przychodni, gdzie niekoniecznie są lekarze w specjalistycznych maskach. Ci wszyscy ludzie potrzebują zabezpieczenia, żeby nas chronić. Takie było główne założenie. Odzew jest ogromny, ze względu na to, że w tej chwili Belgowie nie są tak dobrze zorganizowani, jak Polacy. Pojawiają się informacje o tym, że Polacy szyją maseczki Belgom, podziękowania, zdjęcia. Mamy świadomość tego, że jesteśmy na obcym terytorium, więc forma naszego wkładu jest minimalna. Polacy mają poczucie, że wspomagają lokalne działania w Belgii, a Belgowie, że integrujemy się z nimi. Myślę, że w czasie pandemii to dobra sytuacja dla wszystkich. W przyszłości pokaże, że Polacy nie są tutaj tylko po to, żeby pracować i brać pieniądze, ale też dają coś od siebie – opowiada Jack Waldhaus.

Reklama

 Wyjechać czy zostać – trudne dylematy

 Na początku kwietnia, również w związku z Wielkanocą, jednym z najczęstszych, było pytanie o powrót do Polski. Dziś sytuacja jest odwrotna, ludzie pytają o możliwość powrotów do Belgii. Zdaniem koordynatora belgijskiego sztabu pomocowego, ludzie przyjeżdżający do kraju w tamtym czasie, podeszli do sprawy zbyt lekko. Chcieli wykorzystać wolny czas. Rozmówca podkreśla jednak, że sztabowi konsultanci nie są od oceniania wyborów rozmówców, a od informowania ich o obowiązujących zasadach. Sam zauważa, że kwestia wyjazdów i powrotów, to trudny temat dla wszystkich.

Reklama

       - Docierały do nas informacje nt. tego, co działo się, kiedy ludzie z Belgii przyjechali w okolice Siemiatycz i nie stosowali kwarantanny. W pewnym momencie takie zachowanie było dość mocno napiętnowane. To działa w obie strony. Tutaj z mniejszym naciskiem dlatego, że kiedy Polak przyjeżdża z Belgii do swojego regionu, wszyscy wiedzą że przyjechał. Wracając, często ma tylko sąsiadów Belgów, którzy nie wiedzieli, że był w Polsce.

      Każdy, kto chce pracować w Belgii, musi przejść 14-dniową kwarantannę, nawet jeśli pracuje w sektorze publicznym. Ludzie przyjeżdżający z Polski bez stałego zatrudnienia, muszą przejechać Polskę i Niemcy. Narażają się na kontrole i karę finansową za przemieszczanie się między miastami w wysokości 4 000 euro. Staramy się uświadamiać, że jeśli jest możliwość lepiej zostać w domu – informuje Waldhaus.

      Człowiek jest istotą społeczną, mówił o tym (Elliot przyp. red.) Aronson. W związku z tym, w sytuacji lęku chce się być blisko człowieka, najlepiej tego najbliższego. Zarówno wśród swoich pacjentów, jak i innych rozmówców w Londynie, zaobserwowałam podejście – Wracam do siebie, bo mam w lesie domek, miejsce, gdzie mogę się odizolować. – I trudno odebrać temu pewną logiczność myślenia. Wsiadają więc w auto czy autobus, jadą do tego swojego domku i ograniczają kontakt z innymi ludźmi. Jeśli będą przestrzegać 14 dniowej kwarantanny, faktycznie nie stanowią zagrożenia dla innych.

      To nie jest tak, że wszyscy się zakażą. Bywa, że mieszkańcy miejscowości, do których wracają, obawiają się zakażeń. Obecna sytuacja przypomina mi czasy, kiedy powstawały pierwsze ośrodki leczenia dla osób uzależnionych od narkotyków. Okoliczni mieszkańcy reagowali podobnie, strachem przed wirusem HIV. Taka reakcja wynika z niewiedzy. Natomiast, jeśli naszym standardem stanie się przestrzeganie ustalonych zasad, ograniczających możliwości zakażenia COVID-19, czyli częste mycie rąk, używanie rękawiczek podczas robienia zakupów, chodzenie w maskach w miejscach publicznych do momentu, kiedy pojawią się masowe testy lub szczepionka i lek, wiedza ograniczy lęk – mówi dr Grażyna Czubińska.

      Musimy zaakceptować nasze słabości

      W połowie kwietnia głośno zrobiło się o staroście wysokomazowieckim, Bogdanie Zielińskim. Zasugerował on, że w ramach informowania społeczeństwa, domy czy mieszkania osób chorych na koronawirusa, mogłyby być znaczone. Społeczeństwo jest zdezorientowane i boi się, a w ostatnich tygodniach w wielu miejscach w Polsce na stygmatyzację narażeni są lekarze i pracownicy służb medycznych oraz ich rodziny. Czy można zatem zadbać o rzetelną informację w przestrzeni publicznej, nie narażając przy tym bezpieczeństwa zakażonych lub znajdujących się w grupie podwyższonego ryzyka osób?

       - Nie ulega wątpliwości, że pomysł starosty narusza podstawowe prawo człowieka do prywatności. Mogę zrozumieć, że miał dobre intencje. Chciał ostrzec ludzi. Tylko że taka postawa nie uchroni przed zakażaniem. Może wręcz skutkować postawami przemocowymi z powodu lęku i jego podbijania. Boimy się wtedy, kiedy nie rozumiemy jakiegoś zjawiska, nadinterpretowujemy i dajemy ogarnąć się lękowi. Co budzi agresję. Zakażenie koronawirusem nie wynika ze złego prowadzenia się czy głupoty. Po prostu go nie widzimy. Przypuszczam, że być może większość z nas przeszła zakażenie w jakiejś formie lub przejdzie w przyszłości, ale z różnym nasileniem. Zależy to od tego, na ile nasz organizm poradzi sobie w walce z wirusem. Każdy ma inny system immunologiczny.

      Stygmatyzacja zakażeń jest bez sensu, lepiej opracowywać i przeprowadzać działania profilaktyczne, profilaktyczne i jeszcze raz profilaktyczne. Takie, które działają na podnoszenie samooceny człowieka, na zdobywanie wiedzy w rzetelnych źródłach, na wypracowywaniu umiejętności społecznych, które w naszej kulturze społecznej są niestety zaniechane. Dlatego przestawiamy się w swoich zachowaniach na stereotypy, lęki i zamknięcie – wyjaśnia dr Czubińska i dodaje, że bardzo ważnym elementem mającym wpływ na nasze lęki, przestrzeganie norm społecznych i stygmatyzowanie lub jego brak, jest właśnie czynnik kulturowy: – Mamy w sobie poczucie misji. Nasz naród kieruje się filozofią atakowania czołgu z szablą w dłoni, co ma swoje przełożenie na poziom zdyscyplinowania i przestrzegania wprowadzanych zasad. Chociaż nie wyglądamy najgorzej na tym tle w stosunku do innych narodowości. Mam okazję obserwować jak to jest z tym w Londynie. Wiele zamkniętych grup etnicznych, kieruje się nie tyle zasadami opracowywanymi przez państwo, co przez swoich zwierzchników. Jeżeli wysyłany jest jakiś komunikat pochodzący z rządu czy od epidemiologów, to należy go kierować nie tylko do społeczności, ale też do tzw. Głów, przywódców etnicznych środowisk. Do autorytetów, które mają wpływ na ludzi.

      Kolejną sprawą jest stopień tzw. wrażliwości międzykulturowej danej osoby, wiąże się to z procesem akulturacji oraz akceptacji inności. Na ile akceptujemy siebie ze wszystkimi swoimi słabościami, do których mamy prawo? Jeśli akceptujemy siebie, akceptujemy innych. Inność nam nie zagraża, bo ją rozumiemy”  – tłumaczy dr Grażyna Czubińska.

       Aplikacja – inwigilacja czy postawa obywatelska

       Jak podaje Sztab Pomocy całkowita liczba osób zmarłych z powodu COVID-19 wynosi 7094, hospitalizacje stanowią mniej niż 4000 osób (dane z 26.04). Rada Bezpieczeństwa w Belgii, podobnie jak i polski rząd od niedawna stopniowo łagodzi wprowadzone restrykcje. Do wiadomości publicznej podano dwuetapowy plan powrotu uczniów do szkół (18 i 25 maja). Swobodny ruch obywateli jest jednak nadal ograniczony. Jednym z pomysłów na opanowanie rozprzestrzeniania się koronawirusa jest działalność śledczych, mających wykrywać wszystkie kontakty osób zakażonych. Ich działania mają być wspierane przez aplikację mobilną. Co ludzie w Belgii o tym myślą i jakie panują w związku z tym nastroje społeczne?

       - Bardziej niepokoi nas to, co dzieje się w Polsce, bo widzimy, że tam jest większy przegląd zakażonych osób. Sztab Pomocy Belgia włączył się jako instytucja związana z biurem zachodniopomorskim do tłumaczenia aplikacji belgijskiej „Flatten The Curve”. Przez dwa tygodnie tłumaczyliśmy wszystkie jej części. Pozwoli na to, żeby wiedzieć, ile w danym rejonie jest zarażeń. Każdy będzie mógł się w niej zarejestrować. Nie patrzymy na to, jak na inwigilację. Postawy obywatelskie w Belgii są dosyć mocno rozwinięte. Tutaj każdy ma poczucie tego, że wszyscy działamy w jednym celu. Jest dużo zarażeń i musimy się w pewien sposób ograniczać. Zdarzają się radykalne stwierdzenia na ten temat, że w pewnym stopniu to inwigilacja. Ludzie widzą jednak potrzebę takiej wiedzy. Mamy nadzieję, że aplikacja będzie dostępna już w najbliższych dniach – opowiada Jack Waldhaus.

      Pytam też o wybory za granicą. Jak jest, jakie są możliwości i atmosfera.

       - Konsulat poinformował, że wybory odbędą się w 3 punktach w Brukseli 10 maja. Każdy z Polaków, który chce wziąć w nich udział, musi stawić się osobiście. Co w praktyce oznacza ograniczenie ilości osób, które będą mogły głosować, bo zawsze było więcej punktów wyborczych. Ich ograniczenie automatycznie zamyka możliwość głosowania ludziom z Antwerpii, którzy nie mogą dojechać do Brukseli, bo jest to absolutnie zabronione. Nastroje ludzi w tej kwestii są bardzo negatywne. Nie wyobrażają sobie możliwości zebrania kilkudziesięciu osób w ciągu jednego dnia, w jednym miejscu. Władze Belgii na to nie pozwolą, bo to masowe zebrania. W tej chwili czekamy na rozwiązanie tej sytuacji. Fizycznie to niemożliwe. Wystarczy, że będziemy tam stać, a policjant wypisze mandaty za to, że znajdujemy się w miejscu, w którym nie powinniśmy być. Jest to wielka niewiadoma. Jeśli chodzi o głosowanie, nie ma optymistycznych prognoz dla Polaków za granicą – wyjaśnia koordynator Sztabu Pomocy Belgia.

      Niepewne jutro

      Kraje na całym świecie zaczynają nieśmiało spoglądać w przyszłość, planować funkcjonowanie w nowej dla wszystkich, nienormalnej normalności. Nie oznacza to jednak, że wszelkiego rodzaju wsparcie przestanie być potrzebne.

      - W moim odczuciu wzrost zainteresowania pomocą psychologiczną jest jeszcze przed nami, ciągle jesteśmy w okresie oswajania się i mobilizacji – mówi Jarosław Zieliński, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej.

       - Mamy nadzieję, że z czasem zapotrzebowanie na korzystanie z infolinii zmniejszy się, więc ograniczymy jej działanie do niezbędnego minimum. Natomiast nie wygaszamy działalności informacyjnej w mediach społecznościowych. Zakładamy też, że podobna sytuacja, czyli powrót do „lockdown”, może powtórzyć się we wrześniu i trzeba będzie wznowić działania sztabu. Przez najbliższy rok nie mamy w planach zmiany jego funkcjonowania, poza ograniczeniem pewnych aktywności, kiedy ludzie wrócą do pracy. Co do nastrojów, jest bardzo duża niewiadoma, ale też i duża nadzieja – mówi Jack Waldhaus.

      Kilkuosobowa inicjatywa koleżeńska, w której działa koordynator przerodziła się w prężną organizację zrzeszającą obecnie 90 wolontariuszy. Sztabowcy ze swoimi informacjami dotarli do ponad 150.000 odbiorców na Facebooku, ich fanpage obserwuje ponad 2600 użytkowników, a liczba ta ciągle rośnie. Ich stronę internetową odwiedziło do tej pory ponad 5500 unikalnych użytkowników. Waldhaus do tej pory nie dowierza, że oddolnej inicjatywie społecznej, udało się zgromadzić wokół siebie tak wielu ludzi wywodzących się z różnych, czasem bardzo podzielonych środowisk emigracyjnych.

      Pokazuje to, jak bardzo wsparcie jest potrzebne i powinno być kontynuowane. Tego samego zdania jest dr Grażyna Czubińska z infolinii „coronaHELPLINE”.

       - Dopóki będziemy potrzebni, dopóty będziemy funkcjonować. Jeśli epidemia wygaśnie, a myślę, że nie wygaśnie tak szybko, nadal niezależnie od „coronaHELPLINE” mamy swoją „Jasnoniebieską Linię”, gdzie służymy od ponad 10 lat. W mniejszym wymiarze, dwa razy w tygodniu.

      Na pewno będziemy mieli do czynienia ze zwiększeniem stanów depresyjnych w społeczeństwie. Mam nadzieję, że zachowania profilaktyczne, np. noszenie maseczek, będą przeważać do czasu pojawienia się szczepionki i leku. To absolutnie niezbędne. Jeśli chodzi o emigrantów, jesteśmy na etapie konstruowania ponownego badania związanego z Brexitem. Myślę, że w ramach badań zobaczymy też jaki wpływ na to miał koronawirus. Przypuszczam, że rozpoczną się w drugiej połowie roku. A jaki będzie świat po koronawirusie? Powtórzę, to co mówi wielu – na pewno będzie inny, jaki? Być może biedniejszy, a może też wolniejszy” – podsumowuje inicjatorka projektu „coronaHELPLINE”.

      Eleni Kryńska, fot. Sztab Pomocy Belgia 

       PS. W marcu Urząd Miasta Siemiatycze zaproponował mieszkańcom infolinię wsparcia psychologicznego, z której skorzystało dotąd 7 osób.

 

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    tomek - niezalogowany 2020-05-02 15:03:10

    dobrze, że taka inicjatywa się pojawiła. z perspektywy tych wielkich miast-molochów typu bruksela, cieszę się, że nie jestem tam na emigracji, a na spokojnym nadburzańskim podlasiu. tu i wolniej płynie życie, i jest mniej zachorowań. niedawno sam tam byłem tzn. w brukseli, na krótkim zarobkowym wyjeździe, i poza architekturą miasta, niewiele mi się tam podobało. ciekawi mnie również jak będzie wyglądał świat w przyszłości, gdy już ta epidemia dobiegnie końca.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama