Reklama

Czeremcha - Szkoła ginących rzemiosł

17/12/2014 18:51

W latach 60. i 70. XX wieku wyroby rzemieślników z naszej części Podlasia były masowo wysyłane za granicę, ratowały budżet wielu rodzin, zajmowały czas starych i młodych, łączyły pokolenia.

W Czeremsze pamiętają o tradycji. Właśnie tam, w Gminnym Ośrodku Kultury w Czeremsze, działa Szkoła Ginących Rzemiosł. Ktoś miał pomysł, ktoś napisał projekt, pozyskano fundusze i działa. Warsztaty wyplatania ze słomy, w każdy czwartek, prowadzi Nina Jefimiuk. Koło garncarskie, w piątki, prowadzi Anna Markiewicz. Jest też otwarta pracownia tkacka. Wszystko dla wszystkich, bez względu na wiek, bezpłatnie.

Reklama

Projekt Szkoła Ginących Rzemiosł ma na celu m.in.: zachowanie tradycji rękodzielniczej szycia ze słomy, tkania na krosnach, garncarstwa, stworzenie alternatywnej oferty edukacyjnej kierowanej do młodzieży szkolnej w oparciu o tradycje rzemieślnicze regionu, wyzbycie się kompleksów związanych z pochodzeniem ze społeczności wiejskiej, promocję starych rzemiosł, dziedzictwa kulturowego regionu.

Nina Jefimiuk prowadzi warsztaty wyplatania ze słomy, czego nauczyła się od rodziców i dziadków.

- Kiedyś, gdy jeszcze byłam w szkole podstawowej, to były lata 60., 70., wtedy w naszej wsi, w Grabowcu, wszyscy wyplatali – opowiada Nina Jefimiuk. - Była duża potrzeba. Wyroby ze słomy eksportowano za granicę. Ludzie mieli nie tylko dodatkowe zajęcie. Często wyplatanie stanowiło główne źródło dochodu w gospodarstwie. Wszyscy wyplatali. Nieraz nawet mało spali. My, jako dzieci, pomagaliśmy rodzicom. Bo najpierw było dno, potem pokrywka, a nawet całą korobkę trzeba było wyplatać. Na export szły duże korobki, kosze z pokrywą. Tego wyplatano najwięcej. W Czeremsze jestem już 35 lat. Cztery lata pracowałam w GOK-u, prowadziłam zajęcia dwa razy w tygodniu. Były to zajęcia dla naszych dzieci, młodzieży. Mogli uczyć się wyplatać, bo pani dyrektor realizowała projekty „Szkoła ginących rzemiosł”. Teraz projekty „Szkoła ginących rzemiosł” realizuje Stowarzyszenie Miłośników Kultury Ludowej w Czeremsze. Projekt trwa siedem miesięcy. Zajęcia odbywają we czwartki, od godz. 15. Przychodzą dzieci, ale także dorośli. Latem trochę gorzej, bo każdy ma pracę w ogródku czy lesie. Zajęcia są za darmo, opłacone z projektu. Czasami jest bardzo dużo uczestników. Te warsztaty są o tyle dobre, że wszystko, co się tutaj zrobi, zabiera się do domu. Robimy różne pojemniczki, np. na czosnek, cebulę. Są też duże prace. Dorosły człowiek wyplecie większą rzecz. Obecny projekt trwa od czerwca, do końca grudnia. To już któryś z kolei. I są osoby, które przychodzą na kolejne projekty, powiem szczerze, że im wychodzi już bardzo dobrze. Ale nawet dzieci z pierwszej klasy, jestem pełna podziwu, bo wykonują bardzo ładne prace. Oczywiście pomagam, bo wszystkim sprawia trudność rozpoczęcie każdej pracy. Nie muszą mieć swojej słomy, we wszystko zaopatruję. Słoma nie może być z kombajnu. Biorę sierp i idę na pole. Można też kosą skosić czy kosiarką.

Reklama

Jest też wiklina. Najsłynniejszym wikliniarzem w naszej części Podlasia był Jan Sobieszuk z Bielska Podlaskiego. W Gminnym Ośrodku Kultury w Czeremsze, wiklina służy do łączenia słomy. Kiedyś dużo wyplatało się leszczyną. Łatwiej było pozyskać, bo potrzebny był tylko kij leszczynowy, „maszynka” do darcia pasów. W tym roku w Czeremsze zakupiono wiklinę. Do pasów wikliny są specjalne igły, zrobione przez kowala z Dubicz Cerkiewnych, pana Siemieniuka. Specjalna igła wygląda trochę jak spłaszczony lejek. Nie każdy kowal będzie umiał zrobić takie cudo, a i kowali coraz mniej.

W Szkole Ginących Rzemiosł w Czeremsze zajęcia z gliny i tkactwa prowadzi Anna Markiewicz. Nazwisko jakby tutejsze, ale to tylko przypadek. Pani Ania przyjechała z Warszawy. Kupiła siedlisko we wsi Bezezyszcze i od kilku lat jest mieszkanką gminy Czeremcha. Lepienia z gliny i tkania chodników na krosnach nauczyła się podczas zajęć w Szkole Ginących Rzemiosł. Teraz uczy innych.

Reklama

- Tutaj przyjeżdżał Jurek Fiedoruk z Choroszczy. Chodziłam na jego zajęcia i się nauczyłam. Podczas festiwalu „Z wiejskiego podwórza” zajęcia prowadzi głównie Jurek, a ja w ciągu roku. Gdy są „folki”, szkoli się nawet 30–40 osób w ciągu jednego dnia. W pozostałe terminy, głównie dzieci. Zdarza się, że przychodzą starsi. Jest pani Krysia i tata z synem. Dlaczego chcą się uczyć? Pewnie chcą spróbować. Niektórych to bardziej zainteresuje i coś tam zaczynają lepić sami. Przyjeżdżali ludzie spod Dubicz Cerkiewnych, spod Bielska Podlaskiego.

W GOK w Czeremsze jest koło garncarskie, elektryczne, jest nowoczesny, także elektryczny, piec do wypalania, wszystko zakupione z projektu Szkoła Ginących Rzemiosł. Są także krosna.

Reklama

- Skąd u mnie wzięło się tkactwo – zastanawia się Anna Markiewicz. - Przez przypadek. Zajęcia prowadziła starsza pani, jakoś tam mnie nauczyła. To jest bardzo proste. Umiem obsługiwać krosna, ale jeśli trzeba nawinąć osnowę, to osnowalnica jest u pani Nadzi Daniluk z Kuzawy, jeździmy do niej i zawsze nam pomoże. W domu też mam krosna, kupiłam od byłej właścicielki gospodarstwa, gdzie mieszkam. Teraz uczę robić ze słomy. Jeszcze nie wyplatam aż tak dobrze, żeby zrobić i zarobić, ale z gliny już można coś sprzedać.

Iwona Biszczuk z Czeremchy jest uczestniczką kursów Szkoły Ginących Rzemiosł. - Tka się bardzo dobrze. Moja mama kiedyś tkała, babcia też tkała, a ja się nauczyłam w Szkole Ginących Rzemiosł. Kiedyś może przyjdzie taki czas, że przyda się umieć wytkać, położyć na podłogę. Tego się nie kupi. Jeszcze tylko wzorów nie umiem.

Reklama

Krystyna Kościewicz, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot KK

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama